Z pisaniem do szuflady bardzo długo czułam się jak dziwak – mówi Anna Ciarkowska, autorka tomu Chłopcy, których kocham

anna ciarkowska

Zwyczajnie próbowałam mówić tak, aby ludziom chciało się wyjść z domu. Właśnie na tym polega promowanie w kulturze, a nie na zbieraniu lajków czy sprzedawaniu produktów. Myślę, że kluczowe jest traktowanie ludzi bez poczucia wyższości, słuchanie ich i odpowiadanie. Tak, aby się porozumieć, a nie coś komuś udowodnić – mówi w wywiadzie Anna Ciarkowska, autorka tomu Chłopcy, których kocham oraz fanpage’a o tej samej nazwie.

Narobiłaś w środowisku poetyckim nieco zamieszania, choć nawet do niego nie zapukałaś. To prawda, że jesteś geniuszem marketingu lub jego wytworem?

Z tym moim marketingiem to jakieś kosmiczne nieporozumienie. Jedyne wcześniejsze zetknięcie z tym obszarem to praca w domu kultury i promocja wydarzeń kulturalnych, która polega na zapraszaniu ludzi na wernisaże oraz zachęcaniu ich do przychodzenia na wydarzenia kulturalne. Zwyczajnie próbowałam mówić tak, aby ludziom chciało się wyjść z domu. Właśnie na tym polega promowanie w kulturze, a nie na zbieraniu lajków czy sprzedawaniu produktów. Myślę, że kluczowe jest traktowanie ludzi bez poczucia wyższości, słuchanie ich i odpowiadanie. Tak, aby się porozumieć, a nie coś komuś udowodnić.

Chłopcy… zdecydowanie nie są projektem komercyjnym, nad którym pracuje sztab ludzi. Po prostu piszę, robię zdjęcia i nagrywam filmiki. Jedyne, w czym potrzebuję pomocy, to techniczna strona tych ostatnich – montuje mi je kolega, ponieważ sama tego nie potrafię.

A co z metką „poetyckiego coacha”, którą również próbowano ci doczepić?

Staram się po prostu pokazywać jak tworzę i odbieram poezję. I żeby miało to otoczkę dobrą. Nie pozytywną, nie wesolutką czy memową. Po prostu dobrą i wartościową. Nie chciałabym, aby pisanie wynikało wyłącznie z cierpień, nakręcania się w bólu – a przecież właśnie tak myśli się często o twórczości poetyckiej. Kurczę, słyszy się tyle historii o ludziach takich jak Tomasz Pułka. One mnie ruszają i choć nie są codziennością, to wciąż warto podkreślać, że twórczość nie musi być pracą cierpiętniczą. Ze swojego doświadczenia mogę powiedzieć, że pisząc wiersze w wieku piętnastu lat łatwo wpaść w pułapkę tworzenia tylko na bazie złych emocji. A przecież można też pisać w momentach radości, cieszyć się pisaniem.

Na czym polega więc siła pisania wierszy w mediach społecznościowych?

Facebook czy Instagram to dla mnie całkiem naturalna przestrzeń, która daje szansę na dzielenie się z innymi. To zupełnie inny sposób komunikowania się z czytelnikami. Nie ma między nami żadnej instancji, więc i rozmowa toczy się inaczej. Za Chłopcami nie stoi, jak sugerują niektórzy, machina. Sama piszę wiersze i sama odpisuję na wszystkie wiadomości. Wynika to przede wszystkim z potrzeby dzielenia się, rozumienia i rozmawiania z czytelnikiem.

Twoje spotkania autorskie różnią się zatem od tradycyjnych?

Przede wszystkim są bardzo luźne i sympatyczne. Ale w ogóle nie chciałabym dzielić spotkań literackich na te poważne i niepoważne, empikowe i nieempikowe, te z poezją przez duże i małe pe. To różnice kreowane tak naprawdę przez mówienie o nich. Każde spotkanie, każdy autor i każda książka to przecież inna historia, inne emocje, inna temperatura i inny temperament twórcy.

Dla mnie najważniejsza jest część już po pytaniach ze strony prowadzącej czy prowadzącego, gdy mam okazję porozmawiać z zainteresowanymi osobami bezpośrednio. Niektóre dziewczyny podchodzą do mnie i mówią: wow, jaka ty jesteś normalna, gadasz z nami, jak to jest w ogóle możliwe. Bardzo mnie to cieszy, bo to znaczy, że nie ma między nami niepotrzebnej bariery.

Nie stajesz się więc w tym momencie tym „coachem”, przewodnikiem w pewnym sensie odpowiedzialnym za czyjeś życie?

Mówię tylko o swoich doświadczeniach, nie czuję się żadnym ciałem doradczym ani w sprawach poetyckich, ani tym bardziej życiowych. Cenną rzeczą, jaką można się podzielić z drugim człowiekiem, jest opowieść o swoim życiu. A przynajmniej ja czuję się lepiej jeśli wiem, że nie jestem sama w obliczu różnych wyzwań i trudności. Myślę, że to ważne dla wielu ludzi.

Być może faktycznie wiąże się to z jakąś odpowiedzialnością, ale więcej można w tym przypadku wygrać niż stracić. Przekazuję po prostu, że w przeżywaniu uczuć i byciu wrażliwym nie ma nic złego. Co więcej, warto to w sobie pielęgnować. Nikt mi tego nie powiedział gdy miałam piętnaście lat, więc z pisaniem do szuflady bardzo długo czułam się jak dziwak. A to jest po prostu okej i bardzo człowiekowi pomaga.

Zawsze było to pisanie wyłącznie do szuflady?

Jako nastolatka rzeczywiście brałam udział w konkursach poetyckich, udało mi się też, w ramach nagrody, opublikować opowiadanie w prowadzonej przez Rafała Bryndala „Chimerze”. Nie byłam fanką forów literackich, ale przez wiele lat prowadziłam blog z wierszami. Większość rzeczy trafiała jednak do szuflady. Myśl, aby zrobić coś więcej, pojawiła się dopiero rok temu, gdy niemal przypadkiem teksty trafiły w ręce osób, które na co dzień zajmują się poezją. Odbiór był bardzo pozytywny. Wtedy pojawił się pomysł, że warto pójść krok dalej.

Jak wyglądał ten krok?

Wysłałam swoje teksty do łódzkiego stowarzyszenia, które zajmuje się poezją profesjonalnie i wydaje duże poetyckie nazwiska. Byli zainteresowani, dostałam bardzo pozytywny odzew, w tomiku znajduje się zresztą kilka wierszy nagrodzonych wcześniej w ogólnopolskich konkursach. W pewnym sensie jestem jednak człowiekiem znikąd i miałam w tym sporo szczęścia. Droga do wydania książki jest zazwyczaj wyboista, kręta i długa.

Mając tę jedną propozycję postanowiłam spróbować też w wydawnictwie Otwarte. Po kilku dniach zadzwoniła redaktorka i stwierdziła, że powinniśmy z tym coś zrobić, bo te wiersze po prostu ją ruszają. To oczywiste, że wydawnictwo chce zarobić. Dla mnie jednak nie był to w żaden sposób projekt komercyjny.

Jak dużo czasu minęło od założenia fanpage’a do podjęcia przez wydawnictwo decyzji o opublikowaniu twoich wierszy?

Ta decyzja podjęta została dość szybko, wszystko było kwestią kilku miesięcy. Po raz pierwszy odezwałam się do wydawnictwa w kwietniu 2017 r., fanpage założyłam w maju, zaś w lipcu podpisaliśmy umowę. Tak więc wszystko to rozwijało się bardzo szybko, szczególnie że teksty zaczęły roznosić się po internecie właściwie poza moją kontrolą i moim wyobrażeniem.

Atutem był dość uniwersalny przekaz – reagują na moje teksty i dziewczyny nastoletnie, i kobiety po pięćdziesiątce. Wydaje mi się, że mam też pewne wyczucie tego, co może trafić do ludzi, więc nie musiałam podejmować jakichś specjalnych działań związanych z docieraniem do nich. Podsyłałam znajomym to, co pisałam, i jakoś się to rozrosło. To rosnące zainteresowanie było dla wydawnictwa zaskakujące. Widać, że istnieje wśród czytelników potrzeba kontaktu z czymś, co uderzy w ich emocje i będzie przy tym komunikatywne.

Emocjonalność połączona z komunikatywnością nie wszystkim się jednak podoba.

Spodziewałam się krytyki, ale nie spodziewałam się, że tak bardzo mnie zaboli. A boli to, że traktuje się pięćdziesiąt tysięcy śledzących fanpage jako zbiór osób, które nie wiedzą co czytają. I to tylko dlatego, że sięgają po coś prostszego i innego niż osoby krytykujące. Dyskusje i opinie na temat tekstu są dobre i potrzebne. Atakować można wiersze, ale w jakim celu krytykować ich czytelników oraz samo zjawisko sięgania po książki i pokazywania się z nimi na Instagramie? To są głównie młodzi, wrażliwi ludzie, w przytłaczającej większości dziewczęta, które mierzą się z gotującymi się w nich emocjami, których często nikt nie rozumie. Dzielenie ludzi na jakieś kategorie, za którymi stoi poczucie wyższości, jest bardzo krzywdzące i dla mnie nie do zaakceptowania.

Wiersze czyta się na różnych poziomach, wyciąga z nich różne wnioski i różną wartość. Jedni biorą do ręki to, co mogą przeanalizować na poziomie wręcz antropologicznym, inni nie wiedzą, czemu dany tekst się im podoba. I dobrze jest wtedy, gdy przedstawiciele obu tych grup mogą między sobą rozmawiać bez poczucia obcości.

Ważne jest dla mnie wysłanie wiadomości, że nie trzeba się wstydzić odczuwania, czytania, pisania, bycia twórczym. Wiersz wypuszczony w świat nie musi być zawodnikiem wypychanym na ring, nie musi walczyć i się bronić. Czemu różne nurty poezji nie mogą płynąć obok siebie, od czasu do czasu przecinając się i korzystając jeden z drugiego? Tak naprawdę możemy sobie tylko pomóc i myślę, że dla niektórych czytelników otwieram ścieżkę poetycką, którą pójdą i sięgną po coś więcej.

A jak patrzysz na swoją poezję jako doktor nauk humanistycznych, literaturoznawca – pod kątem uwag badaczy i krytyków?

Przede wszystkim twórczość i wykształcenie to dwie ścieżki, które się nie przecinają. Staram się rozgraniczać działania „literaturoznawcze”, akademickie, i moje własne lektury, przeżycia, próby literackie. Gdybym miała cały bagaż literaturoznawczy rozpakowywać za każdym razem, gdy czytam książkę, to odebrałabym sobie przyjemność z lektury. Kiedy wieczorem czytam sobie książkę w łóżku, nie analizuję jej pod kątem naukowym. Nie chciałabym też czynić tak ze swoją poezją. Nie była pisana ze stuprocentową chęcią publikacji, ale gdy pojawiła się już taka szansa, to z niej skorzystałam. Mało jest osób, które nie postąpiłyby podobnie i nie skorzystały z propozycji wydawniczej, szansy na pójście krok dalej. Po wydaniu tomiku jestem w pewnym sensie wolna i chciałabym jeszcze przez chwilę taką pozostać, bez myślenia, że muszę pisać tak samo lub zupełnie inaczej.

A entuzjastyczny odbiór i komercyjny sukces nie nakładają pewnego ograniczenia, nie zmuszają do pisania tak, żeby nadal się podobało?

Nie piszemy w próżnię. Odbiór czytelnika to zawsze jakaś presja. Wiersze wrzucane na fanpage były jednak napisane wcześniej, zdążyły swoje odleżeć i się poukładać zanim miałam jakikolwiek kontakt z czytelnikiem. Ustaliłam sobie wcześniej rytm ich publikowania i zwyczajnie to robiłam. Drżenie serca odczuwałam jedynie wtedy, gdy wiersz miał być skonfrontowany z czytelnikami.

Sposób publikacji – zdjęcia, czasem w dość nietypowych okolicznościach, zmienia nieco przekaz. Wiersze inaczej czyta się w Internecie, inaczej w książce. Ten komunikat ma inną ekspresję, czasem ładunek emocjonalny się zmienia poprzez kontekst publikacji. Na końcu jednak jest już tylko tekst na czystej kartce papieru.

Czytelnicy lubią zaś lapidarność i prostotę.

Ja chyba tak myślę – prosto, dość jasno, obrazami. Lubię skalę mikro, lubię rzeczy niewielkie i przenikliwe. Wybieram uniwersalność, wybieram taki temat, bo to dla mnie organiczne i naturalne. Cenię wprawdzie skomplikowane konstrukcje poetyckie, ale sama skreślam namiętnie, ograniczam, staram się zachować pewną czystość i przejrzystość. Lubię prostotę, proste słowa i proste obrazy, które zostają w głowie.

Odbiorców przyciągają też twoje wpisy filmowe. Jaki jest ich cel?

Wiele dziewczyn chce po prostu zobaczyć jak to jest pisać wiersz. Uważam, że sam akt twórczy jest niezwykle wartościowy i nie powinno się go tłamsić. Dopóki ktoś nie rzuca dla pisania szkoły, pracy i całego życia – niech po prostu pisze. To komunikacja z samym sobą, próba zrozumienia siebie i swoich uczuć. W kontekście samego wiersza nie chcę też mówić, że coś jest lepsze lub gorsze. Staram się wskazać alternatywy czy zaproponować poprzestawianie kilku elementów, tak aby osoby piszące same zastanowiły się co lepiej brzmi.

Często dziewczyny mówią też, że jestem pierwszą osobą, której pokazują te wiersze. Młody poeta powinien mieć kogoś, kto jest mu przychylny. Zazwyczaj są to polonistki czy bibliotekarki, bo brak jakiegokolwiek pozytywnego odzewu z konkursów czy magazynów literackich może działać na człowieka bardzo deprymująco.

Jak w tego typu działalności dydaktycznej sprawdza się twoja wiedza literaturoznawcza?

Musiałam ją mieć jako literaturoznawca, ale siadając do opowiadania o poezji przed kamerą chcę uderzyć w zupełnie inną, prostszą nutę. Jasne, można postawić w wielu miejscach zarzuty, że to czy tamto można o wiele bardziej rozwinąć i podać pięć innych przykładów. Wybrałam jednak ścieżkę, która niektórym może się wydać za prosta, ale dla innych będzie w sam raz. Ktoś zarzucił mi, że w kontekście prozy poetyckiej nie powinnam mówić jednocześnie o Bronce Nowickiej i Brunonie Schulzu. A przecież dobrze pokazać po prostu dwie zupełnie skrajne realizacje poetyckości tekstu zamiast tworzenia kolejnego kanonu lektur! Mam nadzieję, że ktoś zobaczy i zajrzy do Schulza a potem do Nowickiej albo odwrotnie. Może jakiś kawałek zapadnie komuś w pamięć? Otworzy coś nowego w głowie?

Oczywiście może być tak, że ktoś poprzestanie na moich wierszach, ale przecież dostaję też mnóstwo pytań o kolejne lektury. Jeżeli jedna osoba na pięć sięgnie później po Pawlikowską-Jasnorzewską czy Wojaczka – będzie wspaniale. Staram się jednak nie wskazywać nikomu konkretnych i jedynych wartych przeczytania książek, nie chcę stawiać się w takiej pozycji. W filmikach o pisaniu również tego nie robię, wolę raczej pokazać kilka dróg i zostawić odbiorcy wybór. Zachęcam do googlowania, do szukania nie tylko Świetlickiego i Transtromera, ale i dalej. Mówię dziewczynom: zobaczcie co was rusza teraz i zobaczcie co was poruszy za rok, to będą prawdopodobnie zupełnie inne rzeczy.

Trzeba szukać, badać, sprawdzać siebie na różnych etapach i nie wstydzić się, gdy nie rusza nas dzisiaj Miłosz. Nie rusza to nie rusza, może kiedyś poruszy, a może nigdy. Ludzie boją się, że wyjdzie na jaw, że czegoś nie zrozumieją, że coś do nich nie trafia i będzie wstyd, więc na wszelki wypadek nie sięgają po nic. Liczę na to, że jest pośrodku jakaś ścieżka, którą można iść dalej, ale można się też na niej zatrzymać i porozglądać.


Zdjęcie zaczerpnięte z fanpejdża Chłopcy, których kocham.


REWOLUCYJNY PROJEKT LITERACKO-WYDAWNICZY

KLIKNIJ LISTY DO LAURY:

LISTY DO LAURY - PROMO2