Anna Mochalska – Same głosy – wywiad

Same głosy również nie są wypełnione poirytowaniem i wkurzeniem. W mojej naturze nie leży wkurzanie się na świat, lecz przetwarzanie bodźców i akceptowanie ich, jakiekolwiek by nie były – mówi o swoim drugim tomie poetyckim Anna Mochalska.

Czemu Same głosy?

Anna Mochalska: Możliwości interpretacji tego tytułu jest sporo i opowiadanie o nich wszystkich mogłoby zawęzić pole do popisu, które wolałabym czytelnikowi zostawić. Tytuły książek poetyckich często są sugestiami lub wręcz kluczami interpretacyjnymi zostawionymi przez autora, więc nie do końca dobre byłoby odsłanianie wszystkiego. Powiem tylko tyle, że jest to zabieg podobny do zastosowanego w moim wcześniejszym tomie, Syndromie obcej ręki. Sugeruje pewną zewnętrzność i to, że w tym przypadku niekoniecznie należy utożsamiać autora z podmiotem wypowiadającym się w wierszach. Tych głosów jest kilka i mogą one wchodzić ze sobą w polemikę – czy to na poziomie wiersza, czy pomiędzy poszczególnymi tekstami. I na tym poprzestańmy.

Należysz więc do tego rodzaju poetów, którzy zezwalają czytelnikowi na odnalezienie w wierszu wszystkiego, i cieszą się z najdzikszych nawet interpretacji?

Zdecydowanie uważam, że czytelnik ma prawo do interpretacji swojej, niezałożonej przez autora. Tekst powinien dawać mu dużą swobodę, choć wiadomo, że nie wszystko, co czytelnik wyniesie z książki, będzie w niej zawarte. W przypadku poprzedniego tomu słyszałam wiele interpretacji, które były bardzo świeże dla mnie jako autorki, przez co dały ciekawą informację zwrotną, rozbudowującą mój ogląd na własne teksty.

Znajdowanie przez czytelnika w wierszach zupełnie innych rzeczy, ciekawszych niż autor sobie założył, uznajesz więc za sukces, a nie porażkę?

Kryterium ciekawości jest bardzo niemiarodajne – bardzo trudno je do czegokolwiek przyłożyć i obiektywnie zmierzyć. Czytelnik może dostać od autora informację, że tekst był pisany z takim a takim zamysłem, ale nie to jest najważniejsze. Natomiast dla mnie jako twórcy cenna jest informacja, że wiersz jest napisany na tyle dobrze, że można w nim się doszukać rzeczy pierwotnie nieplanowanych.

Czyli dobry wiersz to taki wiersz, w którym da się odnaleźć wszystko?

Dobry wiersz to taki wiersz, który daje czytelnikowi zarówno pewne sugestie, jak i możliwości różnorodnego odczytania. Nie oznacza to oczywiście, że poezja zamknięta na czytelnicze interpretacje nie ma racji bytu i nie powinna funkcjonować, jednak sama jako odbiorca bardzo cenię przestrzeń pozostawianą mi przez autora.

Nie kusi cię jednak odejście od potencjalnej wieloznaczności i przekazanie pewnych rzeczy wprost, pokazanie rzeczywistości taką, jaka jest wyłącznie z twojego punktu widzenia? Estetyka ponad wszystko?

Mam nadzieję, że Same głosy pokazują, że nie interesuje mnie sama estetyka. Pewnymi zabiegami zastosowanymi w nowym tomie chciałam ustosunkować się wobec zarzutów o używanie wyłącznie języka klasycystycznego, nienadążającego za współczesnością. Chciałam też różnymi zmianami w dykcji i sięgnięciem po coś, co nie jest dla mnie oczywiste, wzbogacić swój warsztat. Naturalne wydaje mi się pójście w stronę do tej pory nieznaną, niezbadaną – taką, która nie jest mi bliska. Dzięki temu zmieniło się moje podejście do wiersza, stało się mniej wsobne i dało utworom nieco zewnętrzności.

Ma to jednak także swoje wady.

Istnieje niebezpieczeństwo, że ta obcość udzieli się również czytelnikowi, i dojdzie on do wniosku, że posługuję się nowymi środkami niewystarczająco naturalnie i sprawnie. Z drugiej strony język bardziej potoczny niż ten zaprezentowany w Syndromie obcej ręki może też być odbiorcy bliższy, lepiej wpasować się w jego codzienność oraz to, co słyszy na co dzień.

Przyjęcie odmiennego języka w poezji wiąże się też ze zmianami w życiu?

Nie, nadal jestem miłą i grzeczną dziewczynką – w tej sferze nic się nie zmieniło. Same głosy również nie są wypełnione poirytowaniem i wkurzeniem, choć oczywiście „głosy” mogą się kojarzyć czytelnikowi z pierwiastkiem schizofrenicznym, który próbuje namieszać w życiu człowieka. W niektórych kulturach głosy pojawiające się w przypadku chorób psychicznych nie są jednak złe i destruktywne. Podobnie jest z nimi w Samych głosach, wypełnionych raczej afirmacją. W mojej naturze nie leży wkurzanie się na świat, lecz przetwarzanie bodźców i akceptowanie ich, jakiekolwiek by nie były.

Sporo jest w tomie didaskaliów z nawiązaniami osobistymi, mocno hermetycznymi.

Wydaje mi się, że nie ma tych hermetycznych nawiązań na tyle dużo, aby czytelnik poczuł się odrzucony. Jasne, czasami odbiorca zostaje wrzucony w jakąś obcą mu sytuację, ale zawsze dostaje ode mnie jakieś informacje i potem z nimi wchodzi w tekst. Choć są one niekiedy szczątkowe, to zawsze bardzo pomocne. Jest to także programowa część pozostawiania czytelnikowi miejsca.

Jeżeli chodzi o nawiązania bardziej uniwersalne, najbliżej jest ci kulturowo do tradycji biblijnej.

Zawsze będzie mi to tradycja najbliższa, choć w Samych głosach jest jej znacznie mniej niż w Syndromie obcej ręki. Każdy autor ma swoją idée fixe, a pytanie o powody wybrania tej konkretnej bardzo przypomina pytanie o powody lubienia lub nielubienia różnych innych rzeczy. To najczęściej naturalna wypadkowa tego, czego się od dzieciństwa uczyliśmy i co nam towarzyszyło od najwcześniejszych lat, jak również całkowicie prywatnych, subiektywnych preferencji.

Pod względem czysto kulturowym tradycja biblijna jest właściwie niewyczerpywalna, zawsze można odczytywać w niej nowe rzeczy i osadzać w świeżych kontekstach., dostrzegając coraz to kolejne aspekty. Właśnie to wydaje mi się w niej najbardziej pociągające.

Nie jest to jednak tradycja powoli zanikająca, będąca kompletnie nieobecna w popkulturze?

W popkulturze być może rzeczywiście boom biblijny już dawno się skończył, ale wciąż jest to tradycja pozostające przynajmniej na marginesie zainteresowań kultury współczesnej, a nie całkowicie poza jej obszarem. Świadomość społeczna w tej konkretnej sferze wydaje się niemała, stykamy się z tradycją biblijną chociażby w szkole. Poza tym grzebanie się w czymś, czego byłoby w nadmiarze i co wyciekałoby ze wszystkich współczesnych wierszy, mogłoby wzbudzać uczucie przesytu. Jest to niewskazane zdecydowanie bardziej niż hermetyzm.

W Samych głosach poszłaś w kontekście kulturowych nawiązań w stronę grania klimatem, nie zaś dosłownego i punktowego wskazywania danych postaci lub dzieł.

Z jednej strony jest to element rozszerzania warsztatu, śmielszego wychodzenia od szczegółu do ogółu, a z drugiej próba wyjścia poza wspomnianą hermetyczność. Mniejsza liczba nawiązań dosłownych przyczynia się do szerszego otwarcia wierszy na czytelnika i pewnego ułatwienia mu lektury. Sięgnięcie po inne środki i oferowane przez nie możliwości pozwoliło także na napisanie tomu odmiennego niż wcześniejszy. Wydanie dwóch bardzo podobnych książek nie miałoby chyba większego sensu.

Tę odmienność widać też w wyraźniejszych ciągotach ku językowi pospolitszemu, bliższemu codzienności. Starasz się tym samym podebrać czytelników swoim rówieśnikom?

W Samych głosach skaczemy po różnych wątkach i głosach. Strategia oparta na tworzeniu przeciwieństw zwiększa amplitudę czytelniczych doznań. Nie projektowałam konkretnego czytelnika tej książki, nie miałam w głowie modelowego wzorca, pod który dobierać muszę teksty. Jak najbardziej można jednak zestawiać Same głosy z poezją moich równolatków – ani nie czerpią z nikogo na tyle, aby można było mówić o zbyt mocnej inspiracji, ani nie są szczególnie odmienne i oderwane od współczesnej poezji. Jak najbardziej mieszczę się na mapie roczników dziewięćdziesiątych. Choć zaproponowana przez Rafała Różewicza idea szukania wyraźnych i jednoznacznych powiązań między naszą poezją już upadła, to nie wydaję się być odszczepieńcem. Jeśli istnieje jakikolwiek wspólny obszar pomiędzy współczesnymi młodymi poetami, to raczej się tam znajduję.

A komu będą się Same głosy podobały?

Ich odbiorca z pewnością musi być już zainteresowany poezją. Nie jest to tom dobry dla kogoś, kto nie miał jeszcze do czynienia z poezją współczesną i nie wie, co się w niej dzieje. Powinien też być otwarty na tekst i gotowy na wykonanie pewnej pracy. Lektura wymagać będzie od niego nieco wysiłku, ale w zamian oferuje – mam nadzieję – pewien rodzaj satysfakcji.

Jak już wspominałam, Same głosy oscylują między skrajnościami na poziomie poszczególnych części, i istnieje ryzyko, że zostanie to niezrozumiane lub spotka się z jakimś oporem. Przy wydawaniu książki zawsze się to ryzyko ponosi, a moją rolą jako autorki jest w tym momencie oczekiwanie na informację zwrotną. To czytelnicy powiedzą, czy udało się zrealizować pewne założenia, i na ile wartościowe są one w odbiorze.