antologia hałasu - rafał skonieczny

Antologia hałasu – Rafał Skonieczny

To, co jednym wydawać może się refleksyjne, dla innych będzie pełnym otwarciem się na różnorodny świat pełen bodźców. – Włożyłem tam mnóstwo pragnienia życia oraz doświadczania go poprzez najprostsze czynności, jak wyjście na miasto czy nad rzekę, symbolicznego zrzucania skóry i chłonięcia wszystkiego jak leci. Zapachów, widoków, kolorów, dźwięków – w najprostszym, najświętszym wymiarze – mówi o tomie Antologia hałasu jej autor, Rafał Skonieczny.

W tomie gdańskiego poety znajdziemy tych wszystkich impulsów mnóstwo, wiersze w nim zawarte stanowią bowiem wielobarwny opis zjawisk bliskich człowiekowi mimo upływu czasu oraz technologicznego i cywilizacyjnego postępu. Kultura łączy się z naturą i jej nieruszonymi ręką człowieka przejawami, zbiegając się w korowód o cechach niemal manijnych. – Z moich wszystkich książek Antologia wydaje mi się najbardziej ekstatyczna, choć podobnie jak pozostałe jest tomem o utracie – zaznacza autor. – Wiesz, węch już nie ten i chociaż cały czas czuję intensywne zapachy, to nie potrafię, jak kiedyś, po zapachu rozpoznać wiosny albo zimy. Zostały w niej zapisane takie drobne utraty, ale też te większe, gdy zrywają się więzi i tracimy coś, co wcześniej wydawało się wieczne – wyjaśnia.

I może właśnie stąd bierze się poczucie, że nawet wzmiankując sytuacje tak prozaiczne jak poszukiwanie sznurowadeł, Rafał Skonieczny bierze się za barki z czymś większym, znacznie bardziej refleksyjnym. – Zdaję sobie sprawę, że będę musiał pogodzić się jeszcze z wieloma utratami. Poprzez muzykę i wiersze mogę jednak te wrażenia w jakiś sposób zachować, aby po latach je sobie przypomnieć. Być może również czytelnik dzięki nim o czymś sobie przypomni. Kiedyś prowadziłem w tym celu dziennik, pamięć jest dla mnie kwestią tożsamościową. – wspomina. Ta praktyczna funkcja poezji wiąże się nierozerwalnie z życiem autora, i tym minionym, i tym obecnym. – Odkąd mam dziecko, istnieje też we mnie dojmujące poczucie, że o czymś zapomniałem, o czymś fundamentalnym. W dzieciństwie obiecywałem sobie, że będę zachowywał się w stosunku do własnych dzieci o wiele lepiej niż czynili to dorośli, których sam obserwowałem jako dziecko; że będę rozumiał emocje i potrafił współuczestniczyć w ich życiu na 100%. Nie wiem jednak, jakie dokładne były to obietnice. Wiersze, szczególnie te zawarte w Antologii, mają formę fiszek z przypomnieniem o tym, o czym z czasem zapomnę ­– tłumaczy.

Wiersze z tomu noszą więc znamiona osobistej przypominajki, choć chyba żaden z nich nie wydaje się hermetyczny i przynależny wyłącznie autorowi. W jaki sposób udało się osiągnąć Skoniecznemu coś w rodzaju obiektywizmu? – Nie chodzę i nie podsłuchuję ludzi na dworcach i w kawiarniach, aby potem oddać im głos w książce. Zdaję się na intuicję, która ostatecznie zawsze się ode mnie odkleja. To jest właśnie moja metoda komunikacji. Sięgam możliwie najgłębiej do własnych doświadczeń, by następnie wyjść z siebie i przyjrzeć się sobie i swojemu otoczeniu z dystansu, już jako ktoś odmieniony. Jim O’Rourke powiedział kiedyś mniej więcej coś takiego, że pracuje nad muzyką tak długo, aż będzie brzmiała, jakby została napisana przez kogoś innego. Napisany wiersz mówi znacznie więcej niż się wydaje podczas pisania. Albo mniej, ponieważ czasami w wierszu okazuję się autorem prostolinijnym i dość ograniczonym – zaznacza.

Inna wyraźna cecha Antologii hałasu, którą najtrafniej określiłoby słowo „wyważenie”, jest wypadkową charakteru autora oraz historii samego tomu. – 99% tej książki stanowią wiersze najstarsze, których przed dziesięcioma laty nie udało mi się opublikować. Pod tym względem jest to dla mnie tom bardzo daleki. Przygotowywany był zresztą z myślą, że jest to jakiś koniec – czy to pewnej poetyki, czy mojego wierszowania w ogóle – wspomina. Perspektywa czasu pozwoliła więc na spojrzenie nieco chłodniejsze, nie wpływając przy tym na jakość samych tekstów, poddanych ostatecznie solidnej obróbce. – Antologię spisywałem ciurkiem – jako poemat. Potem wydzieliłem z niego osobne części, sonety, a na koniec nadałem im tytuły, ponieważ tak mi było wygodnie i tak podpowiadała mi intuicja. Gdy zostałem laureatem Połowu organizowanego przez Biuro Literackie, razem z Mariuszem Grzebalskim wówczas tam pracującym zajęliśmy się pracą redakcyjną i wykrajaniem co lepszych kawałków. Publikując cały tom po latach w wydawnictwie Mariusza nie miałem poczucia, że muszę mierzyć się z czymś słabym, nieprzemyślanym, niedojrzałym – podkreśla.

Tym, co może zaskoczyć czytelnika mojego pokroju – niezbyt bystrego jeżeli chodzi o wyłapywanie intertekstualnych nawiązań – jest mnogość zabiegów charakterystycznych dla literatury atomowej ery. Tom, który wydawał mi się zbiorem tekstów klasycznie klasycyzujących, okazuje się być książką najeżoną pułapkami czytelniczymi najszlachetniejszego sortu. – Nie mogę zrozumieć, z jakiego powodu mianuje się mnie „klasycystą”. Czy to forma sonetu, wybrana ze względu na moje upodobanie symetrii?  Antologia hałasu jest na wskroś nowoczesna, idzie się przez nią jak przez pole minowe. To przecież jedna wielka intertekstualna gra, którą czytelnik Petrarki odrzuci z obrzydzeniem – wyjaśnia Rafał Skonieczny. A jak wygląda to w praktyce? – Antologia hałasu to tytuł zaczerpnięty z Anthology of Noise & Electronic Music, siedmioczęściowej składanki wydanej przez belgijską wytwórnię Sub Rosa, zawierającej mało znane utwory kompozytorów, muzyków i zespołów, które ukształtowały obraz XX-wiecznej awangardy. Zatem obok utworów Edgarda Varese i Iannisa Xenakisa znajdziesz tu zupełnie unikatowe kawałki Autechre, Merzbowa czy Otomo Yoshihide. Obok cut-upów Burroughsa mamy elektroniczną miniaturę Ligetiego i tak dalej. To imponujące zestawienie uzmysławia jak wiele różnych eksperymentów się zadziało w XX wieku na polu muzyki, ale nie tylko muzyki i dokąd nas one zaprowadziły wymienia kilka przykładów.

Myliłby się jednak ten, kto z klasycystycznym zajobem próbowałby doszukiwać się w takich zabawach bezsensownego wydziwiania. Ponowoczesne podejście ma przecież i wyraźny sens, i konkretny cel. – Skorzystałem z tej metody w mojej książce. Przepuściłem całe swoje doświadczenie życiowe przez własnoręcznie spreparowany przester kulturowy, odpaliłem w ekstremalnie zwolnionym tempie i zacząłem nasłuchiwać, czy aby spoza namacalnej powłoki nie odzywa się „ktoś inny”, czy – jak moja ulubiona bohaterka Czarodziejskiej góry – usłyszę w głowie szept, który „wypełni we mnie przepaść” – podsumowuje.


natalia malek

natalia malek kord

izabela kawczyńska

maciej robert wywiad

maciej robert nautilus