Coachingowo-motywacyjna krytyka literacka

Uważasz, że poezja może powiedzieć coś o tobie oraz otaczającym cię świecie? Myślisz, że świat jest niesprawiedliwy i masz na to niezbite dowody wypływające z twojego serca i twojego życia? Chcesz o podobnych przeżyciach czytać lub, uchowajcie bogowie, pisać? W takim wypadku omijaj szerokim łukiem recenzentów i felietonistów Małego Formatu – tak długo jak twoje spojrzenie na świat nie będzie wpasowywało się w ich estetyczne koncepcje, raczej nie możesz liczyć z ich strony na elementarny szacunek, o czym przekonała się właśnie Dominika Dymińska.

Napisany przez nią tom „Pozdrowienia ze świata” wydany został przez Korporację Ha!art w serii poetyckiej „seria poetycka pod redakcją Mai Staśko” (szkoda swoją drogą, że nie ma ona normalnej nazwy, na którą idealnie nadawałby się chociażby cykl „Wiersz nie jest cudem” redagowany przez tę samą krytyczkę), konsekwentnie prezentującej czytelnikom wiersze odarte z przekonania o immanentnej Wielkości oraz Cudowności poetów i poezji. Nie potrzeba niesamowitej przenikliwości, aby pojąć podstawowe założenia tej konwencji – poeta piszący „wiersz, który nie jest cudem” świadomie odrzuca bagaż wielkich liter i zaczyna opowiadać o rzeczywistości dokładnie takiej, jak odbiera ją na co dzień. Czy Aleksandra Byrska, recenzentka MF, nie dostrzega tego programowo czy dostrzec nie potrafiła jednorazowo – nieistotne. Liczy się tylko fakt, że poprzez pominięcie tej najważniejszej kwestii uskutecznia w swoim tekście typową dla krytycznoliterackiego podejścia napierdalankę, ubierając własne wymogi względem innych ludzi oraz ich wyborów życiowych w płaszczyk estetycznego zatroskania o Literaturę.

Przeszkadza krytyczce fakt, że liryczna podmiotka tomu (którą nazywał będę dalej autorką, bo nie jesteśmy w podstawówce, aby unikać tego jak ognia) patrzy na świat swoimi oczami. Co więcej, oprócz lekceważącego podejścia do prezentowanego przez autorkę odbioru problemów społecznych, wchodzi badaczka w buty motywacyjnego coacha. Nie wystarcza jej rozwleczone na kilkanaście linijek stwierdzenie, że istotne dla Dymińskiej i jej czytelników problemy to sterta banałów i problemów godnych nastolatki (co staje się kategoryczną obelgą w ustach woła zapominającego o minionej cielęcości), musi dorzucić do tego genialne w swojej prostocie rozwiązanie z cyklu „weź kredyt, zmień pracę”. Jeśli zbyt mało wam złotych rad Mateusza Grzesiaka (doktora nauk coachingowych) tudzież Jerzego B. Bączka (ich praktyka), jeśli wytapetowaliście już pokój każdym inspirującym cytatem z Einsteina i Arystotelesa, jeśli świat nadal daje wam w kość – idźcie za przewodnictwem Byrskiej!

Dymińska pokazuje, że nie każdy doskonale radzi sobie z życiem, że niektórym żyje się tak trudno, że wręcz beznadziejnie? Świat jest zły i trudny, no tak – komentuje ze wzruszeniem ramion krytyczka, po czym wskazuje dokładnie, co należy wtedy zrobić – próbować o cokolwiek zawalczyć, zmierzyć się z wysiłkiem przepracowania choćby pojedynczego problemu – tłumaczy głupiutkim.

Przed jej oczy wskakują liczne opisy życia z brakiem celu i sensu? To wina tylko i wyłącznie człowieka, który nie bierze przykładu z Billa Gatesa czy innego Steve’a Jobsa, stając się kowalem swojego losu. Nie podoba mu się to, co go otacza, ale nie podejmuje realnego działania, nie zajmuje też bardziej zniuansowanego stanowiska wobec „poruszanego” problemu, poprzestając na dobrodusznej i naiwnej konstatacji, że tak być nie powinno – analizuje z chirurgiczną wręcz precyzją, wskazując możliwe rozwiązania.

Reakcja na opis paraliżującego i wstrząsającego opisu gwałtu ze strony najbliższej osoby? Asekuranckie zaznaczenie, że to temat ważny i w ogóle, a następnie przypierdolenie z grubej rury: to tylko świadectwo, brak w tym jakiejś poważnej propozycji poetyckiej (sic!) i kolejna seria pretensji wobec autorki, która nie jest tak supersilna jak chciałaby ją widzieć krytyczka, a jej doświadczenia sprawiają, że w świecie „Pozdrowień…” nie ma miejsca na kobietę, która jest wartościowa sama w sobie, która ma siłę, by swoim wkurwem powiedzieć „nie” patriarchatowi, która znaczy bez męskiego spojrzenia.

Tej, a przecież zabrakło Dymińskiej tak niewiele, przecież recenzentka łaskawie daje jej szansę na rehabilitację! Gdyby ubrać w ironię te trudne doświadczenia, o których można i należy mówić wprost także w poezji, nie byłoby tematu. Gdyby tylko Dymińska więcej planowała i reżyserowała, gdyby tylko dogodziła krytyczce intelektualnie, gdyby zamaskowała swoje emocje i wyrzekła się własnych doświadczeń takimi, jakimi je widzi – wtedy z pewnością tom nie zostałby nazwany nastoletnim fochem, wystawionym na sprzedaż produktem pseudopoetyckim czy (co dla autorów i czytelników MF jest chyba najgorszym grzechem) prostym, zrozumiałym dla wszystkich przekazem.

Nie wiem jak wyglądało to w głowie Byrskiej (zgaduję, że w ogóle nie wyglądało, przesłonięte sloganami o Wielkiej Literaturze czy Jeszcze Większym Wysiłku Intelektualnym), ale ja po przeczytaniu tej recenzji całkowicie inaczej traktować zacząłem okładkowy apel Alex Freihert. I mam nadzieję, że użyjesz swojej czułości i tej empatii, którą emanujesz publicznie podpisując petycję, bo tylko tego trzeba, by lubić Dominikę, człowieku. Z zachęcającego blurbu zmienił się on w mojej głowie w zalążek niezwykle smutnej myśli: nasz świat będzie chujowy tak długo, jak w głowach wykształconych humanistów z doktoratami w drodze i milionem mądrych fakultetów za sobą wciąż kwitło będzie przekonanie, że poezja jako zjawisko jest stokroć ważniejsza od zjawiska zwanego człowiekiem.

Warunki te nie zmienią się z dnia na dzień. Znowu dowiemy się pewnie od tego czy innego poważnego i poważanego krytyka, że to wszystko jest tak naprawdę grą, a poeci i czytelnicy muszą zdawać sobie sprawę, że są w tej rozgrywce pionkami. Ale czy będą nimi wiecznie?