Czego poeta nauczyć może się na slamie

Zapis odczytu, który miałem przyjemność wygłosić w ramach warsztatów literackich „Rozmowy z Poezją”, które odbyły się w Puszczykowie 5 i 6 maja 2018 r.

Muszą mi państwo wybaczyć, że następne kilka czy kilkanaście minut upłynie w klimacie dość jednostajnym. Nie odznaczam się niestety umiejętnościami dydaktycznymi i krasomówczymi, którymi mogą szczycić się osoby prowadzące wcześniejsze warsztaty, zatem wystąpienie pt. Czego poeta nauczyć może się na slamie zdecydowałem podzielić się na dwie części – kilkunastominutowy odczyt, mający na celu przedstawienie głównych zalet slamu jako narzędzia poetyckiego rozwoju, oraz znacznie żywszą sesję pytań i odpowiedzi, podczas której postaram się rozwiać wszystkie wątpliwości co do rzeczonego tematu.

Slam wydawać może się państwu dość dziwną formą poezji, ale warto umiejscowić ją w szerszym kontekście historyczno-literackim. W ten sposób bowiem, w atmosferze poetyckiego agonu, rodziły się dwa największe eposy świata starożytnego: Iliada i Odyseja. Dwa jest tu liczbą nieprzypadkową. Zawsze było bowiem dwóch poetów, zwanych ówcześnie rapsodami, i dwie były intepretacje pieśni spisanych potem i znanych ludzkości do dnia dzisiejszego.

Do złudzenia podobnie wygląda slam poetycki: dwóch poetów staje naprzeciw siebie, recytuje lub czyta swoje wiersze, a zebrani słuchacze decydują, kogo woleliby słuchać dalej. Taka sama publika, która dwa i pół tysiąca lat temu rozkoszowała się gniewem Achillesa czy rzezią zalotników sprawioną przez Odyseusza, teraz zbiera się w ciasnych salkach lub na pełnych przestrzeni festiwalach, aby dokonać wyboru poety najlepszego w tylko jednym miejscu na ziemi – w tej właśnie chwili, gdy wygrywa slam, gdy publiczność poczuła jeden do jednego to, co artysta chciał jej przekazać.

Wyjdę więc od punktu najoczywistszego: na slamie poeta musi wyjść do publiki. Z początku artysta przywiązany do biurka, wiecznego pióra i stosu tomików może się poczuć tym zdeprymowany. Czemu to właśnie losowa publiczność ma raz usłyszeć napisane przez poetę arcydzieło i ocenić je zerojedynkowo (przechodzi do kolejnej rundy lub odpada), bez wgłębiania się w tekst i miąższ metafor? Przecież to profanacja warsztatu poetyckiego i poetyckiej pracy!

Jak najbardziej szanuję takie podejście i nie mam zamiaru nikogo przekonywać, że jest ono złe lub niemądre – to po prostu podejście inne, które warto w sobie pielęgnować, nie tracąc jednak przy tym okazji do rozwinięcia w jakiś sposób swojego warsztatu twórczego. A jeśli zgodzimy się wszyscy, co do czego nie ma chyba żadnej wątpliwości, że poezja i twórczość artystyczna są w mniejszym lub większym stopniu środkami społecznej komunikacji, to rozwijanie swoich umiejętności bycia zżytym z żywym człowiekiem jest możliwością nie do przecenienia. Taką właśnie możliwość daje poecie slam.

Niestety, jak z każdą umiejętnością, nawet przy sporej dawce talentu człowiek musi ćwiczyć i sprawdzać się w boju. Z początku bywa to trening ciężki, wywołujący pot i łzy, zmuszający do sporego wysiłku mentalnego – tutaj nie chronią poety grzeczne laudacje i środowiskowe poklepywania po plecach, nie uświadczy się na slamie budowania autorytetu i zdobywania posłuchu stosem wydanych tomów. Kontaktu z publicznością nie ma się raz ustalonego jak na spotkaniu autorskim, mówiąc do zebranego grona ex cathedra czy odpowiadając na życzliwe pytania prowadzącego. Stając przed publicznością mającą człowieka ocenić, jest się samemu ze swoim utworem, który musi być żywym obrońcą przed lękiem co do odpadnięcia czy otrzymania małej liczby głosów.

I to właśnie pierwsza rzecz, której poeta może nauczyć się na slamie – trafianie do odbiorcy. Nie chodzi tutaj jednak o charyzmatyczne porywanie za sobą tłumów czy ciągłe świecenie uśmiechem wyjętym wprost z telewizji śniadaniowej. W czasie dwóch czy trzech minut poeta występujący na slamie nie jest w stanie prześwietlić serc wszystkich ludzi zebranych na widowni, nie jest w stanie momentalnie ich oczarować i przekonać do rzucenia się za nim w ogień. Na czym polega zatem slamowa nauka kontaktu z odbiorcą, która stanie się cenną dla każdego poety?

Z mojego punktu widzenia jest to rozwijana z każdym kolejnym występem umiejętność mówienia do słuchaczy, przekazywania im klarownego i przekonującego komunikatu. Ktoś z państwa mógłby w tym momencie stwierdzić, że jest to okazja jak każda inna – do słuchaczy mówi w końcu też nauczyciel w szkole, do słuchaczy mówimy gdy opowiadamy cokolwiek rodzinie lub przyjaciołom, do słuchaczy mówią w końcu poeci na spotkaniach autorskich czy podczas odczytów. Na slamie jednak do standardowego procesu komunikacyjnego na lini nadawca-odbiorca dochodzi bardzo ciekawy kontekst – równie ważna jak sam komunikat staje się reakcja odbiorcy, który oddaje głos na jednego z dwóch slamerów występujących w danej rundzie. Nie jest to więc reakcja miękka jak podczas rozmowy ze znajomymi albo przedstawiania dzieła ex cathedra, lecz reakcja jak najbardziej mierzalna i dająca twarde dane.

Za sprawą tego rola poety prezentującego swój tekst w warunkach slamowych nie ogranicza się wyłącznie do odczytania tekstu – publika musi mieć poczucie, że slamer traktuje każdą osobę siedzącą na sali jako równorzędnego partnera, nie zaś jako odbiorcę biernie oczekującego na podanie komunikatu. Jeżeli siłę slamu i rosnącą popularność tego rodzaju rozrywki dojrzymy właśnie w interakcyjności i angażowaniu wszystkich zebranych, to dość oczywista stanie się potrzeba mówienia do publiki, docierania wzrokiem i głosem do najdalszych zakątków sali. Nauka slamowego kontaktu z publicznością jest więc nauką spoglądania na poezję jako rzecz wspólną, która w warunkach agonu i rywalizacji nie jest w stanie poradzić sobie, jeżeli nie nabierze dla odbiorcy tak wielkiej wagi, jaką ma dla twórcy.

Czemu poeta ma się tego uczyć właśnie na slamie? Przede wszystkim dlatego, że można dużo rozmawiać i myśleć o umiejętności odrzucenia ego oraz postawienia swojego tekstu na tym samym poziomie, na którym stoją jego odbiorcy, można w tej materii składać płomienne deklaracje oraz zgadzać się z równościowym tokiem myślenia, jednak prawdziwego znaczenia wszystkie te słowa i zapewnienia nabierają dopiero w warunkach bojowego chrztu. A każdy znany mi poeta, który zdecydował się nie poddawać po pierwszych niepowodzeniach w zespoleniu z publicznością, ostatecznie stawał się poetą znacznie pewniejszym i lepiej operującym emocjami, gdy w końcu udało mu się poczuć atmosferę wspólnego i równomiernego odbierania napisanego przez siebie dzieła.

Jak jednak napomknąłem przed kilkoma minutami, podstawą tego kontaktu nadal pozostaje tekst poetycki, dla którego zaczyna się na slamie drugie życie. Utwór taki, aby stać się ważnym dla publiczności, musi zostać przedstawiony językiem możliwie uniwersalnym. Bez tego elementu nie ma mowy o jakiejkolwiek wartości tekstu dla odbiorców. Większość poetów zastanawiających się nad swoim warsztatem oraz myślących o jego rozwijaniu, zaczyna sobie w pewnym momencie zadawać pytania dość podobnego typu: czy to co piszę jest wiarygodne? czy przekazuję dokładnie to, co chcę przekazać? czy jako poeta wyrażam to, co czuję tylko ja, czy może moje myśli nabierają w wierszu uniwersalności?

O ile wspomniane przeze mnie sprawienie, aby tekst stał się istotną częścią życia dowolnego człowieka na ziemi, stanowi prawie na pewno mrzonkę a już na sto procent figurę retoryczną, tak udział w slamie daje każdemu poecie możliwość sprawdzenia, jak w praktyce udaje mu się wpływać swoimi słowami na dość losową i różnorodną grupę odbiorców. I to, co może wydawać się najokrutniejszym i najbardziej niepoetyckim elementem slamu, staje się w kontekście rozwoju twórczego błogosławieństwem. Zerojedynkowa reakcja (przechodzi dalej lub odpada) jest doskonałym lekiem na niepewność co do sposobu pisania, przekazywania myśli oraz ubierania ich w poetyckie metafory. Odpowiedź publiczności daje bowiem w tej materii to, czego nie są w stanie zapewnić twórcy standardowe metody ewaluacji własnego warsztatu.

Wszak może poeta zastanawiać się nad obrazowością swojej twórczości także samemu, może żmudnie analizować kolejne strofy i starać się znaleźć w każdym kolejnym wersie usterki, które odbierają poetyckim obrazom klarowność lub wręcz przeciwnie, czynią z nich przekroje nazbyt oczywiste. W optymalnym wypadku poważny krytyk podejdzie do dzieła odpowiednio profesjonalnie, trafnie umieści go kontekście literackim i wskaże tendencje, w które utwór lub zbiór się wpisuje, wykazując przy tym elementy interesujące czy nudne. Jeżeli poeta będzie miał mniej szczęścia, jego twórczość zostanie skomentowana przez Janusza z Łomży czy innego Rafała z Łodzi – oni dużo mądrego do powiedzenia mieć nie będą, ale z pewnością pod pozorem wykazania tak zwanych braków warsztatowych wyśmieją coś, co nie wpasuje się w ich ciasną i ograniczą wizję poetyckości dzieła.

Czy zabierze się do dogłębnej analizy swojego warsztatu sam poeta, czy uczynią to za niego krytycy literaccy lub janusze poezji, jedno jest jednak pewne – będzie to analiza bardzo jednostkowa i obciążona dużą dawką subiektywizmu. Na slamie udaje się tego unikać dzięki jednej niesamowitej cesze – każdy turniej jest pod względem publiczności inny. Ze względu na bardzo zróżnicowane miejsca odbywania się slamów, trafiają tam zupełnie odmienne osoby, niejednokrotnie losowe. Festiwale literackie i zadymione knajpy, biblioteczne salki oraz osiedlowe sceny – nigdy nie zdarza się, aby w takich miejscach zebrała się publika identyczna lub chociaż troszkę podobna do wcześniejszej. Odpada dzięki temu możliwość, że poeta tak naprawdę nie rozwija warsztatu pod względem klarowności obrazowania, lecz wyłącznie dopasowuje go do własnej percepcji lub upodobań estetycznych kogoś, kto ze względu na swoje kwalifikacje lub agresywną pewność siebie wydaje mu się godny posłuchu.

Najwspanialsze jest jednak w slamowym rozwijaniu umiejętności trafnego i klarownego obrazowania to, że nie musi ono w ogóle wpływać na immanentne, osobiste cechy języka poetyckiego danego twórcy. Entuzjastyczne podniesienie ręki w górę lub wymowne milczenie jest bowiem drogowskazem, który podpowiada tylko, czy tworzone przez twórcę dzieła spełniają swoją naczelną rolę – trafienia do publiczności. Mimo pewnych schematów, którymi posługują się najlepsi slamerzy, nie ma jednego i niezawodnego przepisu na dobry utwór i dobry występ – podobnie zresztą jak nie ma recepty na doskonały wiersz. Pod względem rozwoju warsztatu slam oznacza dla poety nieustanną pogoń za jaśniejszym i klarowniejszym przekazywaniem myśli, przy czym praktycznie nie da się oprzeć swoich występów na schematach, na podążaniu jedną ścieżką i pisaniu tego samego tylko że bardziej.

Publika, ten papierek lakmusowy poezji, jest na slamach wyczulona głównie na jedną rzecz – oddalenie poety-slamera od niej samej. Występy na kolejnych i kolejnych slamach, nawet jeżeli nie przychodzą za nimi sukcesy, dają poetom niesamowitą okazję do rozwinięcia swojego warsztatu i swojego podejścia właśnie w stronę zbliżania się do odbiorców, zarówno na poziomie tekstu, jak i prezentacji go. Rosnąca popularność slamów daje więc poetom wspaniałą możliwość rozwoju, z której to możliwości jak najbardziej warto skorzystać.