daniel madej mała epoka

Człowiek skryty w „Małej epoce” – wywiad z Danielem Madejem

Kameralne wycinki świata codziennego wprowadzają czytelnika „Małej epoki” w świat może i fabularnie zamknięty, jednak zaprezentowany w sposób niezwykle przystępny i precyzyjny. Jak mówi Daniel Madej, poezja wydaje się wielu osobom elementem świata elitarnego, niedzisiejszego, ale wśród tomików autorów z roczników osiemdziesiątych czy dziewięćdziesiątych dostępność i dzisiejszość znajdziemy w pierwszoplanowych rolach.

Długo trwało w twoim przypadku przejście od publikacji prasowych i internetowych do większego projektu?

Podchodziłem do tego dość spokojnie. Nie zależało mi na debiucie szybkim, lecz dobrym. W końcu przyszedł moment, gdy nazbierało się trochę tekstów, które coś między sobą mówiły. Od momentu pierwszej publikacji w łódzkich „Arteriach” w 2011 r. do wydania tomu minęło sześć lat. W porównaniu do moich rówieśników czy młodszych autorów była to droga dość powolna.

Do swojego stylu, zwięzłego i oszczędnego, docierałeś przez ewolucję?

Ze zwięzłością zawsze było mi jakoś po drodze. Zależało mi na zaprezentowaniu dość skondensowanej treści na małej przestrzeni i uniknięciu przy tym hermetyczności. Lubię poczytać teksty mniej zrozumiałe, ale pisanie bierze się z poczucia braku jakichś treści. Może być ono złudne, bo pewnie wszystko już napisano, jednak chciałem tworzyć coś innego. Ewolucja dotyczyła treści. Pierwsze teksty były bardziej sensualne, opowiadały o miłości. W tomie zawarłem więcej konkretów.

Skąd wzięło się przejście od uczuć jednostkowych do rozważań okołocywilizacyjnych?

Do końca od uczuć jednostkowych nie odszedłem, treści z Małej epoki nadal wydają mi się dość wsobne. Natomiast zmieniłem się ja, nieco rozejrzałem się w świecie i zdobyłem dużo doświadczeń związanych z wejściem w dorosłość – studia, praca, małżeństwo… Czułem przy tym potrzebę, aby teksty były chociaż punktowo zakotwiczone w najbliższej mi rzeczywistości. Sądzę, że dobrze działa to też na czytelnika.

Bierzesz go pod uwagę w tym przypadku, deklarujesz również unikanie niezrozumiałości i hermetyczności.

Tak, ale nie powinno się przy tym popełniać błędu pisania w prosty sposób pod kogoś konkretnego, ale też szerzej – pod jakąś ideologię. Niekoniecznie trzeba wyrażać prawdę, która stanowi kategorię dość abstrakcyjną, ale fałszowanie i bycie nieszczerym wobec siebie jest w poezji doskonale widoczne. Silenie się na jakieś postawy, różne formy epigoństwa – to wszystko bardzo szybko wychodzi na wierzch.

Poezja wymaga nie tylko warsztatu, ale też elementu ryzyka. Ta, którą chcę tworzyć i czytać, powinna mieć powłokę oddziałującą przy pierwszej lekturze. Może oczywiście odsyłać do innych skojarzeń i posiadać w sobie zaszyte linki, które czytelnik odczyta lub nie, ale nie musi być przy tym łamigłówką.

Jak dochodzi się do świadomości warsztatowej i realizowania pewnych ideałów?

W przypadku poezji nie ma szkół czy sadzania w ławce i pisania podług określonych prawideł, chodzi raczej o próbowanie czegoś nowego i łamanie schematów. Dla mnie miejscem niezobowiązującej pracy nad tekstami był Internet – tułałem się po portalach, w ostatnich latach szczególnie Liternecie. Tam można było spotkać bardziej znane w świecie poetyckim postaci, które przekonały się już do uczestnictwa w życiu internetowym.

Staram się podchodzić do warsztatu i pisania w dość pokorny sposób. Wypracować trzeba dużo, choć nie zawsze jest to doceniane. Wielu autorów publikuje bardzo szybko i szuka pokazania się na scenie literackiej, a ich debiut często zostaje przemilczany lub wręcz sami się go wstydzą. Ja nie chciałem się niczego wstydzić, więc czekałem na moment, gdy mój zbiór będzie co najmniej solidny.

Jak znaleźć równowagę między pokorą a ryzykiem poetyckim oraz realizowaniem własnych ideałów?

To sprawa bardzo indywidualna, szczególnie że w sztuce liczy się różnorodność i nie można wszystkich przycinać według jednego wzoru. Szukanie równowagi to element pracy nad sobą i znalezieniem własnego stylu. Jest mnóstwo poetów piszących dobrze i zupełnie inaczej, niż piszą inni. Naśladowanie nie wyszłoby im na zdrowie.

Sam naśladowałeś kogokolwiek?

Może nie były to kopie, ale był czas, gdy w moich tekstach znajdowały się w nadmiarze motywy czy rekwizyty wzięte z poezji Świetlickiego – śnieg, światło, miasto, takie rzeczy. Wyzbycie się tego było związane z poczuciem, że muszę napisać coś wyłącznie swojego, świeżego.

Używanie czyjegoś stylu jest bezpieczne i sprawdza się na pewnych poziomach, a zaproponowanie własnego pomysłu wiąże się z ryzykiem. Ludzie mogą to uznać za niezrozumiałe, a i sami po jakimś czasie możemy zarzucić nowe pomysły i uznać je za zbytek.

W twojej twórczości charakterystyczna jest dominacja metaforyki porównawczej, tej najbardziej klasycznej, operującej partykułami „jak”, „niczym”.

Faktycznie, fascynacja tym narzędziem jest w „Małej epoce” widoczna. Porównania są zwyczajnie efektywne poetycko. Używając niewielu słów i dobierając odpowiednie obiekty uzyskujemy ciekawe rezultaty. Przychodzą mi przy tym dość naturalnie i powstają spontanicznie, ale potem muszę je oczywiście wyczyścić. W praktyce – skreślać i pisać od nowa. Postprodukcja jest więc w tym przypadku dość intensywna.

Pomaga to również we wspomnianym przez ciebie uprzystępnianiu czytelnikowi twórczości.

Taka forma metafory jest bardzo przystępna i pokazuje wprost: to jest takie jak tamto. Zupełnie jak nauka małych dzieci przez analogie. Choć w przypadku poezji porównania powinny być oczywiście bardziej zaskakujące, odwołujące się do takich dwóch obiektów, których czytelnik sam nigdy by nie zestawił.

Czujesz się więc trochę nauczycielem wrażliwości i emocji?

Nie chciałbym, aby czytelnik był uczniem. Znacznie lepiej, kiedy po prostu czyta wiersz i większość tekstu rozumie intuicyjnie, ale może znaleźć w nim znacznie więcej. Oczywiście tylko wtedy, jeśli chce, bez szkolnego przymusu szukania metafor schowanych głęboko pod kilkoma warstwami etymologicznymi czy jakimiś innymi.

Zależy mi też na tym, aby teksty nie były błahe, ale też ich istotność nie powinna tekstowi ciążyć. Dobrze byłoby, jeśli czytelnik czułby się silniejszy niż autor, i właśnie dzięki temu poczuciu w pełni odbierał tekst.

Wiersze z „Małej epoki” są nie tylko krótkie, ale i kameralne – tak pod względem długości, jak i atmosfery. Bohaterowie zwróceni są do wewnątrz tekstu, uciekają przed naporem informacji. To też może pomóc czytelnikowi w lepszym odnalezieniu się w twojej poezji?

 Zdecydowanie jest to celowe. Chciałem ukazać nieco inną perspektywę, nie stricte polityczną i deklaratywną, natomiast umiejscawiającą pewien typ człowieka bezpośrednio we współczesności. Jego życie składa się z małych rzeczy, z codziennych mikroscen, choć widzi też zjawiska dziejące się za szybą okna czy telewizora. Czytelnik przy odrobinie dobrej woli może sobie ten świat otaczający skupionego na detalach bohatera wyobrazić.

Przedstawienie scen raczej małych wynika z pewnej pokory – chciałem opisać wszystko dokładnie, nie porywając się jednocześnie z motyką na słońce, charakteryzując całą otaczającą nas rzeczywistość. Wolałem napisać o tym, co przeżyłem i poczułem, lub co mogę sobie wyobrazić.

Jak można opisać twoje podejście do rzeczywistości, nie narzucając jednocześnie zbyt wielu interpretacyjnych sugestii?

Od momentu pisania pierwszych tekstów z tej książki minęło pięć lat, więc nie wszystkie pokazują skonkretyzowane podejście. Panuje jednak w „Małej epoce” atmosfera dystansu i oddalenia od świata zewnętrznego. Jest to dla podmiotu lirycznego w pewnym sensie bezpieczne i pozwala mu oswoić poszczególne elementy rzeczywistości poprzez ich przemyślenie oraz opisanie. Te opisy miały być jednak nie tylko suche, ale i nieść pewne emocje, będące w końcu składnikiem rzeczywistości. Niektórzy twierdzą, że wpływają na nasze życie znacznie wyraźniej niż logiczne decyzje i przemyślane wybory.

Da się jednak całkowicie zdystansować od świata zewnętrznego?

Myślę, że jest to jedno z najważniejszych pytań stawianych przez tomik, choć nie znam na nie odpowiedzi. Podmiot liryczny próbuje zwyczajnie egzystować w tym świecie i, jakkolwiek banalnie by to nie zabrzmiało, pozostać sobą. Próba dokonania niemożliwego i oporu przed wtłoczeniem w ciasne ramy wywołuje pewne napięcia. Jest ich zresztą w „Małej epoce” dużo, w końcu współczesność serwuje nam je na co dzień.

W tomie dochodzi do głosu osoba do bólu spokojna, czy może jej stoicyzm bierze się właśnie z nazywania i definiowania emocji, klasycznego wentylu bezpieczeństwa?

Rzeczywiście, werbalizowanie uczuć oraz napięć, wyciąganie ich na wierzch – to rozładowuje sytuację i powstrzymuje podmiot liryczny przed wybuchem. Wydaje mi się, że ten spokój nie jest jednoznaczny z ulgą, a już z pewnością nie pozwala się oswoić ze światem. Jest to pewnie jakaś forma terapii, nadająca słowu wartość sprawczą. Ostatnimi czasy wydawało się ono nie mieć już takiej wartości, ale może to tylko złudzenie?

A ten świat, z którym bohater „Małej epoki” się mierzy, jest przez kogoś lub coś sterowany? Da się to skonkretyzować?

Wydaje mi się, że na podmiot liryczny bardzo wpływa brak dostępu do informacji na temat mechanizmów rządzących światem, dziejących się wokół niego. Może jest trybikiem, który się wyłamie, ale samej maszyny nie pokona. Odpowiedź na to pytanie jest materiałem na kolejne książki, nie tylko zresztą moje. Małą epokę pisałem w okresie przejściowym między dzieciństwem a dorosłością, zaś teksty są też wyrazem moich zmagań. Wcześniej jako dziecko nie rozumie się tego świata, jako nastolatek kontestuje się go, lecz w końcu trzeba złapać w jego obrębie jakieś punkty oparcia.

Łapanie tych punktów oparcia i wchodzenie w świat jest twoim zdaniem kwestią dojrzałości czy też dorosłości? W pewnym momencie mamy już, używając sformułowania Rafała Skoniecznego, wystarczająco przechlapane, i zwyczajnie godzimy się z niefajnością świata?

Zawsze możemy kontestować świat, ale wybory niosą ze sobą konsekwencje. Wszystko może się zdarzyć, ale nie wszystko może się zdarzyć jednocześnie, więc kontestowanie świata wiąże się z pewnym ryzykiem. Może mechanizmy rządzące światem trzeba zmienić, może przeprojektować, a może w nie wejść, ale w „Małej epoce” nie chciałem stać się nauczycielem wskazującym konkretną drogę.

Podmiot liryczny poddał się więc? Czy może sam fakt walki emocjonalnej jest wystarczającym aktem odwagi?

Jest to stawianie biernego oporu, a już samo to potraktować możemy jako osławione moralne zwycięstwo. Tym bardziej, że zauważenie pewnych elementów stanowi też pierwszy krok do zmiany – czy siebie, czy świata zewnętrznego. Podmiot zaś otoczony jest przez ludzi, którzy nie są w stanie lub nie mają czasu na coś więcej niż zaspokojenie podstawowych potrzeb bytowych i emocjonalnych.

Bierny opór nie jest więc na wyciągnięcie ręki dla wszystkich chętnych, wymaga pewnej emocjonalnej wrażliwości?

Nie jest to rzecz dostępna dla wąskiego, elitarnego grona, dla szczególnie utalentowanej kasty mającej dostęp do większych zasobów. Poezja wydaje się wielu osobom elementem świata elitarnego, niedzisiejszego, ale wśród tomików autorów z roczników osiemdziesiątych czy dziewięćdziesiątych znajdziemy dostępność i dzisiejszość w pierwszoplanowych rolach. Póki co są one zepchnięte na margines, ale nie ma pośpiechu. Z biegiem czasu twórczość moich rówieśników oraz poetów młodszych z pewnością wyjdzie na światło dziennie. Wiecznie nie może się to tlić w ukryciu, w ciemnej niszy.

Poeta będący symbolem naszego pokolenia może się nie urodził, może nie został odkryty, ale łączy nas wiele wspólnych tematów, jak choćby przejście w dorosłość, ciągłe rozproszenie, uzależnienie od informacji oraz karmienie nas konkretnymi wizjami świata w mediach. To wszystko scala nasze pokolenie.