Drabble uczą cenić i oszczędzać słowa – wywiad z Michaliną Janyszek

Drabble, czyli krótka forma prozatorska składająca się z równo stu słów,  to główny temat wywiadu z olsztyńską poetką Michaliną Janyszek, która dzięki wsparciu stypendialnemu Marszałka Województwa Warmińsko-Mazurskiego podjęła się projektu stworzenia cyklu dwudziestu drabble’i. Z częścią z nich zapoznam was w osobnym artykule tłumaczącym czym są dokładnie drabble i jak się je pisze, teraz zaś zapraszam do rozmowy z autorką. Koniecznie zapoznajcie się też z naszą rozmową w ramach cyklu Obgadajmy Poezję

Jaka jest historia twojego projektu z drabble’ami?

Sama już nie pamiętam, kiedy pierwszy raz trafiłam na tę formę. To musiało być dobrych kilka lat temu. Po napisaniu pierwszego od razu wiedziałam, że to coś dla mnie. Zaczęłam je tworzyć jako pierwsze kroki w przygodzie z prozą. Niezobowiązujące fragmenty bez ciężaru całej fabuły, bo ją sobie dopowiada czytelnik. Skoro pisałam je prywatnie, stypendium na napisanie cyklu wydało się dobrym pomysłem.

Otrzymanie stypendium literackiego było trudne?

Formalności związane z wnioskowaniem o stypendia artystyczne na poziomie regionalnym są bardzo proste. Należy w odpowiednim terminie złożyć prosty wniosek. Można to robić pod koniec roku na projekty, które planowane są zwykle na przyszły czerwiec, ale to sprawa bardzo indywidualna.

W tym wszystkim najważniejszy jest pomysł. Różne instytucje zapewniają stypendystom budżet na różnym poziomie, trzeba więc też mierzyć siły na zamiary.

Co sądzisz o formach sztuki, które tak wiele oddają czytelnikowi?

Nie jest to na pewno ułatwienie. Poezja i proza poetycka dają szerokie pole do interpretacji, to prawda. Ale tekst powinien być przy okazji zrozumiały, a jego ogólne przesłanie niebanalne. To wymaga sporo pracy. Jeśli za bardzo pójdziemy w ogół lub przeciwnie, napiszemy bardzo hermetyczny wiersz, może on nie wybrzmieć.

Z którym z tych problemów mierzysz się zazwyczaj jako autorka ty?

Myślę że osobiście zmagam się z tym, co Irzykowski nazwałby klasycznym niezrozumialstwem. Stąd też sporo poprawek w tekstach, szczególnie poetyckich. Mam wrażenie, że moje wiersze przeżywają zwykle kilka stadiów rozwoju nim stają się strawne dla czytelnika. Ich pierwsze formy są zwykle mocno wieloznaczne. Ale to nie reguła. Część wierszy i większość drabbli powstaje z marszu i zostaje w pierwotnej formie.

Mnie jako czytelnika uczy to wnikliwości i cierpliwości przy odbiorze tekstu poetyckiego.
To dla mnie komunikat wyższej rangi. Jeśli ktoś mówi, że nie rozumie, może nie wczytał się wystarczająco głęboko. A może nie był tego wart sam tekst?

Czemu spośród wszystkich zabaw czy też ćwiczeń literackich wybrałaś właśnie drabble?

Był to wybór czysto intuicyjny. Sympatia od pierwszego wejrzenia. Ta forma ma to, co lubię, czyli jest krótka, konkretna i jest wyzwaniem formalnym.

Drabble uczą cenić i oszczędzać słowa. Wybierać tylko te niezbędne. Wymagają też szybkiego zdecydowania, gdzie będzie leżał ciężar tekstu. Jest to idealne ćwiczenie na otwieranie i szybkie wprowadzenie czytelnika w konkretny świat. I jak zawsze potrzebny jest pomysł.

Czym drabble różnią się od wcześniejszych twoich projektów twórczych takich jak na przykład Sztuka medyczna?

Sztuka medyczna to tomik poetycki. Ten cykl to mikroopowiadania, zahaczające czasem mocno o prozę poetycką. Pisanie tych drabbli było dla mnie świetną przygodą z zupełnie inną formą. Pewnie stąd też taka różnorodność stylu i tematyki tekstów. Jedyne co sobie zakładałam, siadając do każdego z nich, to objętość równo 100 słów.

100 słów to ograniczenie formalne. Na jakie ograniczenia “organiczne” natrafiłaś podczas prac nad drabble’ami?

Wszystkie ograniczenia, na jakie trafiłam, związane były z formą. To, że w drabble’u nie mieszczą się długie opisy czy zawiłe dialogi, dyktuje zawsze liczba słów. Na akcji drabbla musi być zawieszony cały kontekst, bo nie ma miejsca na długie wstępy.

Z drugiej strony nawet bogaty opis czy pojedynczy obraz to na 100 słów czasem zbyt mało. Potrzeba jeszcze pointy z pomysłem.

Zazwyczaj zaczyna się więc pisanie drabble’a od tego ostatniego elementu?

Kilka tekstów z tego zbioru napisałam jednym tchem i miały od początku w okolicy 100 słów. To było niesamowite. Ale to wyczucie zyskałam po rozpisaniu się w tej formie. Wcześniej miałam pomysły i starałam się je zmieścić w limicie.

Dla mnie to fajne wyzwanie, ale może też być frustrujące. Chcąc nie chcąc, idealne obrazy musimy zamknąć w 100 słowach.

Jak każde ćwiczenie literackie, i drabble musiały cię rozwinąć. W jakich obszarach zauważasz progres?

To dla mnie ciężkie pytanie, bo pracuję równocześnie nad wierszami i drabble’ami. Skupiając się jednak na prozie, na pewno ten projekt poszerzył moje pisarskie horyzonty.
Było to odświeżające po latach spędzonych wśród wierszy. Choć jak widać po tym cyklu, również w tak krótkiej prozie znosi mnie czasem niebezpiecznie w stronę wiersza.

Osobiście jestem najbardziej zadowolona właśnie z tych poetyckich tekstów w cyklu.
Jest w nich więcej wspomnianej wcześniej swobody interpretacyjnej. Realizm świata w tych drabble’ach rozmywa się, często wpadając w absurd czy symbolizm. To właśnie lubię: lawirowanie między regułami fabuły a metaforą.

A czy fakt, że drabbli napisałaś tak wiele, nie rozmywa ich zarówno tobie, jak i czytelnikowi?

Może nie tyle rozmywa, co wyczerpuje się po pewnym czasie. Zauważyłam to dopiero przy pracy nad tym zbiorem. Dwadzieścia tekstów związanych ze sobą tylko ograniczeniem formalnym w zupełności wystarczy. Gdyby miał powstać z drabbli większy zbiór, chciałabym je bardziej ze sobą powiązać. Czy to fabularnie, czy bohaterami, czy wspólnym światem.

Praca nad projektem z batem terminów nad głową jest pod względem twórczym bardziej utrapieniem czy błogosławieństwem?

Za mną pracowite lato. Oprócz półrocznego stypendium, w czasie którego powstały drabble, pracowałam też nad autorskim słuchowiskiem dla dzieci. Na szczęście na pracę twórczą miałam sporo czasu i udało mi się napisać większość tekstów jeszcze wiosną. Dzięki temu miałam dłuższy moment na szlify bez presji.

W moim przypadku zadaniowe podejście nie służy literaturze. Pracuję raczej falami, gdy w głowie nazbiera się odpowiednia ilość materiału, o której czasem nic nie wiem. Myślę, że gdyby dali mi na przykład miesiąc i kazali napisać dziesięć zupełnie nowych wierszy, mogłabym spanikować i nie napisać żadnego. Zdecydowanie lubię pracować w swoim tempie i jestem typem wiecznego poprawiacza. Konkretny termin oddania całości to z drugiej strony świetne remedium na wieczną dłubaninę w tekście.