fińskie dzieci uczą się najlepiej

Fińskie dzieci uczą się najlepiej. Szacunku.

Zapytany o poziom nadzwyczajności dowolnego zjawiska na świecie, w dziewięciu przypadkach na dziesięć bez chwili zawahania wymieniłbym losowo jedno z państw z północy Europy. Dwadzieścia pięć procent szans na trafienie wzrosłoby do stu, gdyby pytanie dotyczyło edukacji. Dzięki Timothy’emu D. Walkerowi i jego książce Fińskie dzieci uczą się najlepiej wiemy bowiem, gdzie edukują najlepiej. Przede wszystkim zaś – gdzie uczą najlepiej szacunku.

W wywiadzie udzielanym przez amerykańskiego autora dla Klubu Trójki, przytoczona została jedna z procedur opisanych przez Timothy’ego D. Walkera: po rozbrzmieniu dzwonka fiński nauczyciel miał stawać w drzwiach i witać dzieci podaniem im ręki czy przybiciem piątki. W człowieku ukształtowanym przez polski system edukacji wywołuje to zdziwienie niepomierne, wyartykułowane przez Dariusza Bugalskiego w pytaniu, które zadać musiała sobie większość słuchaczy.

Czy nie powoduje to, że nauczyciel traci wśród swoich uczniów szacunek?

Wbrew wpajanym nam od najmłodszych lat schematom, szacunku nie buduje się poprzez srogie miny oraz codzienne witanie klasy wstawieniem ocen niedostatecznych kilku losowym uczniom. Tak kreuje się psychozę i atmosferę strachu, które to zjawiska ludziom nie do końca sprawnym w budowaniu umiejętności liderskich zdarza się mylić z szacunkiem. I choć nie do końca lubię analogie bardzo daleko odbiegające od tematu, od razu nasuwa się w tym miejscu test odwróconych pleców.

Gdy władca zyskuje kontrolę nad nowymi ziemiami musi w jakiś sposób zdobyć posłuch wśród świeżych poddanych. W ramach budowania autorytetu i szacunku do swojej osoby może codziennie wieszać losowych ludzi lub podpalać całe wioski, ale czy na pewno wynik takich działań nazwiemy szacunkiem? Kornie bite pokłony kornie bitymi pokłonami, ale odwrócić się plecami w stronę przedstawiciela tego ludu nie mógłby nawet na chwilę.

Fińskie dzieci uczą się najlepiej, również szacunku do ludzi stojących niżej w hierarchii podległości – widząc przykład dorosłego, który traktuje ich partnersko. A jak jest z dziećmi polskimi?

O tym, jak powinno budować się szacunek ucznia do preceptora, sam zacząłem dowiadywać się dopiero w liceum. Najlepsi nauczyciele wychodzili z dotychczas niespotykanego przeze mnie przekonania, że podopiecznych warto traktować jak ludzi. Że w atmosferze współpracy i zrozumienia można osiągnąć naprawdę dużo, że dzięki rozmowie i zaufaniu da się wydobyć z człowieka wiele rzeczy, których sam by się po sobie nie spodziewał. Na studiach było pod tym względem jeszcze lepiej – ze względu na wybór dość specyficznego kierunku miałem okazję współpracować z wykładowcami, których po prostu trzeba było darzyć szacunkiem.

Nie dlatego, że na tabliczkach przy wejściach do ich gabinetów lśniły przed nazwiskami różnorodne kombinacje literek p r o f d r h a b. Nie dlatego, że szacunek nakazywały uczelniane savoir-vivry albo bogate listy publikacji w najbardziej szanowanych periodykach tej części świata. Byli po prostu ludźmi, którzy nad wzbudzanie strachu przedkładają przekazywanie studentom swojej wiedzy oraz zarażanie ich zainteresowaniami naukowymi.

Nie wszyscy akademicy wpasowują się w tę charakterystykę. Co i rusz słyszę od znajomych o wykładowcach oblewających pół roku „dla zasady” albo dojeżdżających pojedynczych studentów za tak niewybaczalne grzechy jak rozpoczynanie mejli zwrotem „witam”. Fakt, ludzie kłaniają im się w pas oraz zwracają do nich z rewerencją godną pomniejszych bóstw tudzież szczególnie wywyższonych śmiertelników, ale bluzgi wypluwane po kątach w ich stronę raczej nie świadczą o posiadanym autorytecie.

Fajniej żyłoby się w naszym kraju, gdybyśmy od najmłodszych lat byli edukowani w duchu szacunku, nie zaś strachu. Może wtedy mówiłoby się, że to polskie a nie fińskie dzieci uczą się najlepiej?


pokolenie płatków śniegu

smutna rzeczywistość

ludzie ze wsi są gorsi dla zwierząt