Grube czarne dziwki

Grube, czarne dziwki

Rzecz fascynująca i frapująca zarazem – nie widziałem w Olsztynie i jego okolicach dziwek innych niż te stojące przy wylocie z miasta, grube i czarnoskóre. Obecność otłuszczonych prostytutek jest smutną częścią mojej codziennej rzeczywistości, choć chciałbym z całego serca, aby tak zaczynała się co najwyżej wypełniona realizmem magicznym powieść jednego z kolumbijskich pisarzy, umiejscawiającego fabułę książki i książkowe dziwki na prowincji Europy Środkowo-Wschodniej.

Liście uporczywie zaścielają jesienne ulice miasta, gnijąc i powodując wypadki. Nie dzieje się nic wyjętego z powieści, choć przecież długa, latynoamerykańska fraza doskonale nadawałaby się do opowiadania o dziwkach grubych i czarnych, tylko one wykraczają bowiem poza społeczną i architektoniczną burość Olsztyna, dokonując tego, czego zrobić nie potrafią spelunkowate stancje czy wymuskane galerie handlowe, ceglane kościoły albo parkingi opanowane przez bezdomnych wąchaczy kleju.

Jestem barmanem. To zwyczajny olsztyński pub, jedno z tych miejsc, gdzie pooglądać mecze drugiej polskiej ligi przychodzą konfekcjonerzy z Michelina (tak, właśnie tak, zmiszelina, nie zaś zmiszlę), gdzie siedzieć mogą do samego rana, godziny piątej, może nawet nieco dłużej. Posiadając mieszkanie na suburbiach, w jednym z łapczywie przylegających do stolicy województwa miasteczek, czekać muszę do szóstej rano na pierwsze busiki.

Grube, czarne dziwki stoją przy wylocie na Dywity, przy tych samych zjazdach do lasu, które są jednocześnie bramą do doznań wybitnie dresiarskich – skrętów podawanych w kojącym odcięciu pluszowego wnętrza białej hondy, wieczórów spędzanych wśród amatorów dopalaczy pokasłujących w objęciach dusznej atmosfery golfów trójek opuszczających garaże na Kołobrzeskiej. Oni dziwek nie widzą, a przecież dla czterdziestoletnich bywalców pubu czarna kurwa byłaby legendą, właściwie nawet nią jest, tą miejską i szeptaną po kątach, wyłażącą na wierzch wtedy, gdy wyłania się pod wpływem kosztującego pięć złotych Specjala typowa dla olsztyńskiego proletariatu jowialność, typowa dlań rubaszność. I z ust do ust krąży opowieść, ciągnąca za sobą serię obleśnych uśmieszków, w której to opowieści występuje jedyna czarna prostytutka w historii miasta, przyciągająca swoją odmiennością tłumy dziwkarzy, zajeżdżona w niesprecyzowanym okresie przed laty w zaciszu jednego z domów publicznych na Zielonej Górce.

Moje dziwki robią się od czasu do czasu jakby bardziej wyblakłe, co zbiega się z okresami, gdy życie towarzyskie jakoś mi się naprostowuje, gdy robię podmiankę rozbuchanego social life’u na stały związek. Wcześniej czarne i grube, z dnia na dzień zmieniają się w Polki, Białorusinki i Ukrainki, kobiety wychudłe, nasze, jednak o urodach niespecjalnie słowiańskich, kuszące wątpliwym wdziękiem ciemnobrązowych rajstop, farbowanych w smoliste odcienie włosów, pastelowym seledynem obcisłych sukienek.

To również nie zostaje odnotowane przez nikogo, być może wszystkie one stanowią prywatnego sukkuba czającego się za oknem okejki. Takie właśnie te dziwki są. Takie właśnie jest to miasto.


Grafika zaczerpnięta stąd.