izabela kawczyńska

Moje wiersze są zimne – wywiad z Izabelą Kawczyńską

Gdzie powinna zaczynać się i kończyć relacja autora z odbiorcą? Kontakt między czytelnikiem a poetą rozgrywa się na styku słów. Jest on wprawdzie poddany obróbce intelektualnej, ze strony mojej i ze strony odbiorcy, ale tak naprawdę chodzi o przekaz od serca do serca. Albo porusza, albo nie – stwierdza Izabela Kawczyńska, autorka czterech tomów wierszy (ostatni, Linea nigra, ukazał się w 2017 r. nakładem WBPiCAK) oraz powieści Balsamiarka.

Michał Małysa: Czy mogłabyś przedstawić się czytelnikom?

Izabela Kawczyńska: Jestem poetką i pisarką, w tej kolejności. Ukończyłam psychologię i przez jakiś czas pracowałam w zawodzie, potem prowadziłam antykwariat.

Bycie poetą jest do bycia psychologiem podobne?

W moim przypadku zostanie jednym i drugim było naturalną konsekwencją pewnego rodzaju wrażliwości. Kiedy miałam decydować o swoim kierunku studiów, psychologia wydawała mi się oczywistym wyborem. Równie dobrze można być jednak poetą i przedstawicielem innego zawodu, na przykład chemikiem. Wszystko to opiera się na ciekawości świata i ciekawości samego siebie.

Praca w zawodzie psychologa i dogłębne poznanie mechanizmów funkcjonowania człowieka pomaga w pisaniu?

Teraz jest to dla mnie czas przeszły, dobrowolnie zrezygnowałam z pracy w zawodzie. Popodglądałam świat z brzydkiej strony i stwierdziłam, że w gruncie rzeczy ta praca jest ganianiem za własnym ogonem. Zajmowanie się innymi ludźmi może być ciekawe, ale ostatecznie jest stratą czasu dla ciebie. Nie przyglądasz się wtedy samemu sobie.

Autor ma z kolei sporo okazji na przyglądanie się samemu sobie, choćby odpowiadając na pytania w wywiadach czy na spotkaniach.

Odpowiadanie na pytania o swoją twórczość jest pewnego rodzaju nieporozumieniem. Sam fakt pisania poezji lub prozy nie oznacza automatycznie, że autor będzie miał ochotę o tym mówić. Czemu mamy tego od twórcy oczekiwać? Sztuka powinna mówić za siebie, a moje wyjaśnienie skąd ona się bierze niczego nie załatwi. Chodzi o to, co wiersze robią z tobą, z czytelnikiem.

To przeżycie tego rodzaju jak wyjście z domu i spojrzenie w rozgwieżdżone niebo. Ma się wtedy poczucie bezmiaru, tego jaki jesteś maleńki w tym ogromnym świecie. Poezja daje nam właśnie coś takiego, inny punkt widzenia. Pozwala wziąć głęboki oddech, zrobić krok do tyłu i przypomnieć sobie, że świat nie kończy się na codziennej krzątaninie i szarpaninie.

Kiedy wiersze zaczęły oddziaływać w ten sposób na ciebie po raz pierwszy?

Mój ojciec prenumerował „Fantastykę”. Ktoś, kogo najchętniej albo bym uderzyła, albo mocno uścisnęła, wpadł na pomysł publikowania tam poezji. Przeczytałam dzięki temu wiersz Sylvii Plath „Żona dozorcy ZOO” i przepadłam. Rozpoznałam w tym coś bardzo bliskiego i znajomego. To, co można robić z językiem, w jaki sposób formułować coś tak naprawdę niewyrażalnego… Potem natrafiłam na Anne Sexton, poetów irlandzkich, zaczytywałam się poezją anglojęzyczną.

Kiedy się o tym mówi, brzmi to szalenie banalnie, ale nie wiem w jaki sposób mogłabym bez poezji funkcjonować. Jest dla mnie czymś naturalnym, rytmem życia, czymś tak oczywistym jak oddychanie.

Piszesz od tamtego czasu nieprzerwanie, w chwili nadmiaru uczuć przelewając je na papier?

Nie wiązałabym poezji wyłącznie z uczuciami czy, jak nazywa je psychologia, emocjami. Niewiele różnią się one od myśli, głównie tym, że manifestują się bardziej w ciele niż umyśle. W moim przypadku pisanie nie bierze się też z ich uzbierania czy nadmiaru, czasami po prostu siadam i zapisuję wszystko to, czego bezustannie doświadczam będąc w świecie. Pisarzem nie jest się tylko w momencie pisania. To nieustający proces. Byłabym ostrożna ze sprowadzaniem tego do kwestii uczuć, które chcemy przełożyć na język.

Komponując poszczególne tomy spisujesz po prostu te emocje, czy do przyszłej książki wybierasz wiersze według jakiegoś klucza?

Pierwszy etap pracy to dla mnie zawsze etap pracy nad poszczególnymi wierszami. Nie wiem wtedy jeszcze gdzie mnie to zaprowadzi, nie mam konkretnego zamysłu co do książki. Po prostu piszę wiersze, które w pewnym momencie zaczynają domagać się wydania. To naturalna potrzeba – nadania naszym działaniom sensu. Wszyscy potrzebujemy tego rodzaju złudzeń.

Drugi etap wiąże się z pracą nad książką. W przypadku Linea nigra trwał on dłużej niż sama praca nad tekstami. Karol Maliszewski powiedział kiedyś, że pisanie przypomina klasztorne osamotnienie. Od ośmiu lat przebywam na czymś w rodzaju dobrowolnego odosobnienia. Mieszkam na wsi i przez większość czasu jestem sama, co przekłada się na kształt i treść tekstów. Są przez to zimne, nie ma w nich wiele miejsca na relacje międzyludzkie.

Długa praca nad tomem sprawia, że jest on znacznie lepszy niż prezentowałby się w stanie surowym?

Lubię, kiedy książka jest aktualna dla mnie, kiedy nadąża za moim sposobem postrzegania. Od powstania surowej wersji Linea nigra do jej wydania minęły trzy lata. Zmieniałam się ja, zmieniała się moja perspektywa, więc i teksty musiały się zmieniać. Mniej więcej pół roku po wydaniu tom traci dla mnie na aktualności. Utwory pozostają zamknięte tylko dlatego, że zostały opublikowane w wydanej książce. Gdyby się to nie stało, nadal bym nad nimi pracowała.

Co więc pcha cię do wydania książki?

Są to powody mgliste. Według jednego z mistrzów Wschodu każde zdarzenie ma niezliczoną ilość przyczyn, więc dużej części z nich z pewnością nie jestem świadoma.

Po przeprowadzce na wieś miałam długą przerwę wydawniczą. Largo wydałam w 2009 roku, zaś Chłopców dla Hekate pięć lat później. W tym czasie pisałam, powstały wtedy trzy książki i przyszedł moment szukania w tym sensu, będącego oczywiście sensem złudnym. Jak już wspomniałam, nie jestem w stanie opuścić utworów zanim nie zostaną wydane, więc chciałam je w jakiś sposób domknąć.

Tylko tyle?

Jest to moja czwarta książka poetycka, więc nie mam już w sobie tej młodzieńczej naiwności, którą charakteryzuje się autor w okolicach debiutu. W pełni zdaję sobie sprawę, że tom wierszy doczeka się góra pięciu recenzji i na tym skończy się jego odbiór. Nie mam potrzeby, aby świat mi coś potwierdzał lub weryfikował. Nie po to piszę.

A gdzie w tym procesie miejsce dla czytelnika?

Pisanie jest dla mnie przestrzenią absolutnej wolności. Gdybym zaczęła myśleć o potencjalnym odbiorze, włączyłaby się autocenzura. Ugrzęzłabym i nie mogła usłyszeć własnego głosu. Z tego bierze się również poczucie utraty, które następuje w momencie wydania. Wiersze przestają być dla mnie wtedy prywatne. Może dlatego piszę następną książkę?

Kontakt między czytelnikiem a poetą rozgrywa się na styku słów. Jest on wprawdzie poddany obróbce intelektualnej, ze strony mojej i ze strony odbiorcy, ale tak naprawdę chodzi o przekaz od serca do serca. Albo porusza, albo nie. Możesz próbować to nazwać, zupełnie jak w przypadku obrazów, gdzie definiujemy palety barw, style i gatunki.

A nazywanie tego typu zjawisk jest nam w ogóle potrzebne?

Taka jest po prostu natura umysłu, który wszędzie próbuje tworzyć kategorie. Tym właśnie zajmują się krytycy literaccy, ale to część ich życia i pracy. Ani twórcy, ani czytelnikowi nie jest to potrzebne, chyba że może pomóc w poruszaniu się w obrębie ulubionych rodzajów poezji. Z punktu widzenia twórcy wydaje się to jednak kwestią szalenie umowną. Nie wydaje mi się, żeby ktoś siadał i pisał z założeniem, że będzie tworzył wyłącznie dany typ poezji.

A w jaki sposób powinno się rozmawiać o poezji?

Jest to problem i doskonale zdaję sobie z tego sprawę. Jako autorka mam pewne zobowiązania wobec wydawcy i muszę udzielać wywiadów lub pojawiać się na spotkaniach autorskich, ale czy ma to sens? Poezję dobrze jest czytać na głos i jako uczestniczka spotkań literackich lubię słuchać autorów interpretujących własne utwory. Otwierają wtedy nowy wymiar tekstu i zwracają uwagę na te elementy, które sama mogłabym pominąć. Poezja w ustach twórcy oddziałuje też o wiele mocniej i na ogół wydaje mi się znacznie lepsza, niż podczas samodzielnej lektury. W tym właśnie wymiarze widzę sens spotkań.

Nie bardzo wiem jednak, czemu miałoby służyć opowiadanie o samej poezji. Mądre słowa mogą tylko rozbudzić oczekiwania czytelnika i doprowadzić do rozczarowania podczas lektury. O wiele bardziej lubię słuchać, kiedy ludzie opowiadają o swoim odbiorze i o swoich przeżyciach podczas czytania wierszy. Kiedy rozpatrywać rozmowę o poezji jako spotkanie z drugim człowiekiem – wtedy jest jak najbardziej potrzebna. Natomiast co można opowiedzieć o pisanej przez siebie książce? To niemożliwe, pisanie książki jest zupełnie inną tajemnicą niż jej czytanie. Możemy wokół samego procesu robić jakąś otoczkę i nastawiać czytelnika percepcyjnie, ale powinno jednak chodzić o to, aby on sam poprzez lekturę odkrywał coś w sobie.

A co ze zwyczajną przyjemnością płynącą z faktu, że ludzie zbierają się na spotkaniu literackim głównie po to, aby posłuchać ciebie i o tobie?

Z pewnością jest to dla wielu ludzi ważne, bo potwierdza istotność literackiej twórczości. Ja mam natomiast poczucie pewnej śmieszności takiej sytuacji. Na spotkaniu ciężko o nawiązanie relacji z czytelnikiem. Kiedyś uczestniczyłam w akcji czytania wierszy na ul. Piotrkowskiej w Łodzi, nie było tam typowej publiczności, po prostu czytaliśmy je mijającym nas przechodniom. Organizatorka w pewnym momencie zapytała mnie, czy nie czuję się źle z powodu braku więzi ze słuchaczami. Tamta sytuacja nie różniła się jednak specjalnie od wieczorków autorskich. Aby nawiązała się więź, musiałoby mieć to charakter dwukierunkowy, a nie polegać na zmuszaniu mnie do bezustannego paplania. Opowiadanie o sobie wydaje mi się też strasznie narcystyczne i nic poza karmieniem ego z tego nie wynika. Poza tym jestem zwyczajnie nieśmiała, co wiele osób bierze za wyniosłość.

Czym zatem mówienie o sobie na spotkaniach różni się od mówienia o swoich emocjach w wierszu? Da się wytyczyć jakąś granicę?

Różnica jest kolosalna. Kiedy rozmawiamy, sprzedaję ci jakąś wersję siebie i ty również to czynisz. Nie mówimy o rzeczach traumatycznych czy trudnych, kreujemy pewien wizerunek siebie, w gruncie rzeczy fałszywy. Tak po prostu funkcjonujemy w świecie, tak zostaliśmy ukształtowani. Zależność od świata uczy nas tego od dziecka. W rozmowie i na spotkaniu autorskim staram się mówić to, co myślę, ale nie wychodzę poza utarte konwenanse.

Natomiast gdy siadam do pisania, otwiera się przede mną przestrzeń absolutnej wolności. Nie ma tam żadnej oceny, żadnego filtrowania i zastanawiania się nad odbiorem. Kierowanie czytelnikiem poprzez skupianie jego uwagi, zastosowanie przerzutni, obrazowych metafor, poprzez budowanie napięcia – tak, ale nie muszę cackać się z nim i zastanawiać się, czy źle o mnie pomyśli. Wtedy nie jestem zajęta kreowaniem swojej osoby, ale próbą okiełznania czegoś nieuchwytnego. I to jest ta kolosalna różnica.

Ja poetyckie będzie zatem prawdziwsze czy bardziej odpowiadające rzeczywistości?

Przebywając pomiędzy ludźmi, znacznie trudniej obserwować samego siebie. Człowiek zajęty jest wtedy interakcjami, a ujmując to brutalnie i banalnie – dopieszczaniem własnego ego. Kiedy łapie dystans, zaczyna zdawać sobie sprawę z tej całej gry, ze swoich myśli i emocji oraz ich wpływu na funkcjonowanie swojej maszynerii.

Z tego powodu wyprowadziłam się na wieś, co nie oznacza oczywiście, że dystans ten udaje mi się utrzymywać na co dzień. Wierzę natomiast głęboko, że choć wszyscy zgubiliśmy pewną prawdę o sobie, to jej odnalezienie jest możliwe. Możliwy jest powrót do domu, jak określają to buddyści. Kiedy w sposób uważny i zdyscyplinowany będziemy obserwowali siebie, to napotkamy na pewne nieprzyjemne rzeczy, ale jeśli będziemy cierpliwi, w końcu się od nas odkleją. Jeżeli czegoś nie dokarmiasz, w końcu obumrze.


Izabela Kawczyńska – wydała powieść Balsamiarka (2015) oraz zbiory wierszy: Luna i pies. Solarna soldateska (2008), Largo (2009), Chłopcy dla Hekate (2014). Debiutowała opowiadaniem w Odrze. Publikowała m.in. w Pograniczach, Arteriach, Akcencie, Dyskursie, Tekstualiach, Toposie, Re:presjach, „Frazie”, Blizie, Helikopterze, 8. Arkuszu Odry, Dwutygodniku, biBLiotece, Fabulariach. Za książkę Luna i pies otrzymała II nagrodę w konkursie Złoty Środek Poezji. Jej wiersze tłumaczono na język francuski i niemiecki.


maciej robert nautilus

maciej robert wywiad

izabela kawczyńska