lech1

To jest szaleństwo, to jest literatura – Joanna Lech – Wywiad

Literat musi walczyć o czas i środki na mozolną pracę, ale w końcu mu się to zwraca. Bardziej duchowo, materialnie mniej – mówi Joanna Lech*, krakowska poetka i pisarka.

Jak to jest z rozmawianiem o bardziej przyziemnym aspekcie twórczości? Pytania o nietekstowym życiu poety uważasz za coś niefajnego?

Wydaje mi się, że są nie tyle niefajne, co niepotrzebne. I trochę od czapy, zwłaszcza kierowane do kogoś, kto robi w zupełnej niszy. Wiadomo, że na pisaniu w Polsce zarabia może garstka, a reszta ledwo ciągnie te taczki i czas na twórczość musi sobie codziennie konsekwentnie wydzierać.

Właśnie, piszesz nie tylko rzeczy artystyczne, ale też typowo użytkowe. Dokończenie „Sztuczek” wymagało od ciebie wzięcia urlopu. Pisanie artystyczne jest trudniejsze niż rzemieślnicze?

Ależ ja uważam się za rzemieślnika raczej, nawet w poezji. Żeby wszystko ogarnąć, prowadzę spis rzeczy TO DO: czy to dedlajny, czy strony książki, czy redakcja gotowych rzeczy. Gdy jedno się nie klei, robię po prostu resztę. A urlop wynikł z konieczności, ogromu pracy zwyczajnie.

Wydaje mi się, że w poezji potrzeba więcej skupienia, ale skupienia bardziej intensywnego, nawet na krótką chwilkę. W prozie trzeba długoterminowego i na zapas. Z pamięcią podręczną. Proza to naprawdę porywanie się na kosmos.

Co zmienisz w procesie twórczym, kiedy porwiesz się na ten ogrom roboty po raz kolejny?

Ależ już się porwałam! Tym razem nie mam aż tylu notatek, pomysły są świeższe i łatwiej nad nimi pracować. Zrobiłam też sobie plan, który wisi na ścianie, więc książka na razie wygląda jak bardzo porysowany mini scenariusz. Trochę też postrzępiony, bo mój kot pomaga w edycji. Przesuwam sceny i konsekwentnie wycinam te przydługie, nawet jeżeli są książce potrzebne. Wydaje mi się, że jeśli coś jest nużące dla piszącego, tym bardziej będzie takie dla czytelnika.

Poezji nie piszesz od dwóch lat. W wywiadzie z Łukaszem Wojtusikiem opowiadałaś, że od zawsze uważasz siebie za prozaiczkę, a tomiki poezji wydawałaś jakby mimochodem, bo była na to okazja.

Tak się jakoś złożyło. Może wyczerpało się źródełko i przyjdzie coś nowego: inna poetyka, zupełnie inne wątki. Ale też prawda, że jej nie szukam. Proces poetycki jest po prostu inny. Muszę dużo wychodzić i dużo układać w głowie, a potem redagować w wierszu, w którym jest przecież mało zapisu. W prozie inaczej: pracuję na ogromnym, otwartym tekście z mizernymi notatkami, nie ma innej opcji. Wiersze były więc trochę odskocznią, ale rzecz jasna wciąż są ważne w moim życiu.

Byłabyś w stanie właśnie tak pracować, czy jednak zarobkowy regular life jest ci zbyt potrzebny i skupienie się wyłącznie na poetkowaniu nie wpłynęłoby najlepiej na jakość twojego życia?

Każdy pisarz marzy, żeby móc skupić się wyłącznie na tekście. Im więcej tego skupienia, im spokojniejszy duch i im więcej przemyślunku, tym lepsza jakość tekstu. To chyba jasne. Ja i tak szalenie podziwiam tych, którzy po pracy są w stanie jeszcze siąść i robić po łokcie w bardzo poważnych rzeczach, a wszystko to z dziećmi pod pachą, z żonami, mężami, psami i obiadami. Medal im!

Nie narzekałam, kiedy z konkursów poetyckich zarabiałam na czynsz i karmę dla kota. Choć nie zawsze było stabilnie. A właściwie było całkiem niestabilnie, smutny rock and roll po polsku, życie w stylu „czekam na przelew”.

Nie zrozum mnie źle, gdyby ktoś wciąż chciał płacić mi wystarczająco dużo monet za jeżdżenie po kraju, nie widziałabym problemu. Wolałabym jednakże jeździć ze „spisywaną” prozą, a nie, jak to określiłeś, „poetkowaniem”. I preferowałabym cieplejszy kraj. Nie wzgardzę Grecją, może być Teneryfa.

Podejrzewam, że przynoszące dochody zwycięstwa w konkursach nie pojawiły się od razu.

Wygrałam chyba dopiero w ósmym konkursie, na jaki kiedykolwiek wysłałam teksty. Wyróżnienie drukiem oraz bardzo ładny ksero dyplom. Za antologię trzeba było zapłacić i pomyślałam, że raczej na to pisanie mnie nie stać. Ale potem przyszły warsztaty, na których przede wszystkim kazano nam bardzo dużo czytać. A potem jeszcze więcej czytać. Przyszły nowe teksty, dałam się namówić, żeby znowu coś z nimi zrobić. Wygrałam kilka rzeczy. Niecałe dwa lata zwiedzania Polski z plecakiem, śpiworem i często autostopem.

Na przykład: do dziś pamiętam, jak na jednym z festiwali okazało się, niestety po czasie, że nie ma zwrotów za bilety i nagrody są rzeczowe. Były nimi głównie antologie poetyckie tego konkursu, ale dostaliśmy też darmowe pierogi. To były najdroższe pierogi w moim życiu, smakowały okropnie, a z tego miasteczka wracaliśmy bite kilka dni. Wspaniałe czasy.

Teraz swoją twórczość, i prozatorską, i poetycką, wydawałaś z wydatną pomocą crowdfundingu.

Mimo wątpliwości w pierwszej chwili, po fakcie uważam, że to doskonały pomysł dla debiutujących autorów. Ale zwłaszcza dla niszowych wydawnictw. Nie tylko jeśli chodzi o kwestie finansowe, ale i promocyjne, które też trzeba mieć na uwadze. Czytelnicy wspierają małymi kwotami projekt wydania książki, którą sami chcieliby przeczytać, lub kupują egzemplarz w przedsprzedaży, wspierając tym samym wydruk całości. A co może być lepszym sukcesem – i dla autora, i dla wydawcy – niż świadomość, że taka pozycja jest jednak ważna i potrzebna?

Mogą być to nominacje do największych nagród literackich i docenienie wśród czytelników. One wystarczą, aby myśleć o sobie jako osobie realizującej się z powodzeniem w pracy literackiej?

Cóż, raczej tak. Realizacja nie zależy jednak od wymiaru docenienia. Realizowałam się w pisaniu nawet wtedy, gdy jeszcze nie śniło mi się, że będę się tym zajmować na poważnie. Doceniona zaś poczułam się już wiele lat temu, gdy zajęłam któreś tam miejsce w lokalnym konkursie poetyckim i potem, gdy zaproszono mnie na niewielki festiwal. To ważne, to wszystko jest ważne. Daje ci poczucie, że jednak nie piszesz tak sobie, a zostajesz doceniony przez kogoś, kto ma się na tym znać. To istotne, nawet jeśli na co dzień się tego nie odczuwa.

Docenienie jest zatem potrzebne, ale w małych dawkach. Wiem, mało oryginalna myśl, jednak to prawda. Kiedyś, podczas dyskusji na jakimś czytaniu, doszliśmy do wniosku, że typowy literat to jednak strasznie narcystyczny introwertyk, aka ciche prosię. Niby skrada się taki z podciągniętym golfem za okładkami w bibliotekach, ale w domowym zaciszu drukuje recenzje swoich książeczek z niszowych blogów.

A jaka jest faktycznie szara rzeczywistość?

Prawdą jest to, że na co dzień przeciera się oczy przed ekranem komputera przez bite kilkanaście godzin. Tak to już wygląda, siedzisz i boli cię głowa, siedzisz i boli cię dupa, siedzisz tak w sobotni wieczór i w poniedziałkowy poranek, siedzisz całą zimę i tekst wcale się nie składa i nie chcesz żyć.

Ale potem przychodzi ten dzień, gdy widzę swoją książkę na półce w księgarni. Widzę ją w osiedlowej bibliotece, „bo jakaś pani się uparła, żeby zamówić”. Albo nagle mam coś przeczytać na żywo i okazuje się, że całkiem sporo ludzi zechciało przyjść i mnie posłuchać. Nawet mimo tego, że długi weeekend, że deszcz, że kilometry, że inne miasto i nawet wcale nie po znajomości. Bez krygowania się – to jest dla mnie wymiarem jakiegoś rzeczywistego docenienia. Ludzie, którzy przyszli na nudny wieczorek poetycki mało znanej osoby w piątkowy wieczór.

To jest szaleństwo. To jest literatura. W tym jest sens.

* Joanna Lech – Pisarka i poetka, autorka powieści Sztuczki, tomów wierszy Zapaść, Nawroty i Trans. Laureatka wielu konkursów literackich, m.in. PTWK, im. R. M. Rilkego, im. J. Bierezina, nominowana do Nagrody Literackiej NIKE 2011 i Wrocławskiej Nagrody Poetyckiej Silesius. Stypendystka Miasta Krakowa i Fundacji Grazella. Felietonistka Korporacji Ha!art. Mieszka w Krakowie, kompulsywnie podróżuje, fotografuje i czyta.


komentarze1


Jeśli spodobał ci się tekst, zapoznaj się także z kolejnymi pogadankami z cyklu OBGADAJMY POEZJĘ!