kamienie1

Kamienie w ustach, przekrzykiwanie oceanu

Gladiator z potężnym, naoliwionym torsem musiał przemawiać do wyobraźni rzymskiej młodzieży znacznie sugestywniej niż nudny retor w todze, podobnie jak oklaskiwany w niejednym polis sportowiec był dla młodych greków wzorcem o wiele atrakcyjniejszym niż kolejny rapsod czy poeta liryczny. Nic więc dziwnego, że w opozycji do wzorców kuszących czy, jak byśmy dziś powiedzieli, medialnych, ludzie mający dydaktycznego bakcyla starali się wskazać autorytety odmienne, bardziej ułożone, grzeczniejsze…

Tekst niniejszy stanowi zapis referatu wygłoszonego na II Ogólnopolskiej Interdyscyplinarnej Konferencji Stypendystów Pomostowych „Droga do rozwoju – naukowego i nie tylko”. Stworzenie krótkiego, popularnonaukowego przeglądu antycznych wzorców osobowych wymagało ode mnie pewnych poświęceń, związanych przede wszystkim z zagłębieniem się w tematykę rozwoju osobistego i samorealizacji, a są to kwestie stojące na antypodach moich pasji (takich jak smutek, melancholia oraz ponoszenie porażek). Okazało się jednak, że również tak odległy od zainteresowań temat można ugryźć na tyle interesująco, aby słuchacze nie posnęli i nawet uśmiechali się w odpowiednich momentach. Zapraszam do lektury!

Kamienie w ustach, przekrzykiwanie oceanu. Droga do rozwoju antycznych wodzów, mówców, mężów stanu

Każdy z nas ma swoich idoli, zestaw autorytetów będących drogowskazami na krętym szlaku rozwoju i samorealizacji. Do podążania ścieżką bardziej doświadczonych osób jesteśmy przystosowywani właściwie od najwcześniejszego dzieciństwa. Już wtedy stawia się nam za wzór ludzi najróżniejszego formatu – starsze rodzeństwo, rodziców, dziadków, nauczycieli czy postaci nie z tego świata, wymyślone przez pisarzy lub prezentowane w filmach i bajkach. Z czasem autorytety ewoluują, przechodzimy fazy fascynacji sportowcami, muzykami lub aktorami, oczywiście nie zawsze spełniającymi dość wyśrubowane wymagania opiekunów.

Tak było chyba zawsze, gladiator z potężnym, naoliwionym torsem musiał przemawiać do wyobraźni rzymskiej młodzieży znacznie sugestywniej niż nudny retor w todze, podobnie jak oklaskiwany w niejednym polis sportowiec był dla młodych greków wzorcem o wiele atrakcyjniejszym niż kolejny rapsod czy poeta liryczny. Uwypukla to pewien mechanizm – człowiek nastawiony na czerpanie z wzorców osobowych stara się znaleźć autorytet jak najatrakcyjniejszy, w młodym wieku podążając nieraz za idolem na fali buntu czy pogoni za ideałami całkowicie przyziemnymi. Nic więc dziwnego, że w opozycji do wzorców kuszących czy, jak byśmy dziś powiedzieli, medialnych, ludzie mający dydaktycznego bakcyla starają się wskazać autorytety odmienne, bardziej ułożone, grzeczniejsze.

W takim właśnie celu spisane zostały przez Plutarcha „Żywoty równoległe”. Grecki filozof i orator, przez niemal całe życie związany z rodzimą Cheroneą, ciągoty pedagogiczne wyrażał dość aktywnie. W swoim rodzinnym mieście założył bowiem ośrodek edukacyjny wzorowany na słynnej Akademii Platońskiej. Właśnie tam wygłaszał traktaty moralne i tam też narodził się pomysł stworzenia dzieła, dzięki któremu przyszłe pokolenia uczniów mogłyby zapoznawać się z jak najwłaściwszymi paradygmatami postępowania. Zaznaczyć należy, iż już sam autor odczuwał świadomość gatunkowej przynależności swojego dzieła, nie próbując nawet stawać w szranki z historykami. To właśnie z funkcji pedagogicznej, której podporządkowane została warstwa historiograficzna oraz artystyczna tekstów, narodziła się żywość „Żywotów równoległych”. Żwawa narracja, anegdoty, dowcipy, trafne i przemawiające do wyobraźni porównania – wszystko to odpowiada za barwność opowieści roztaczanych przez Plutarcha, doskonale widoczną i dziś.

Tyle jednak ze wstępu do teorii, przejdźmy do garści faktów, a raczej tego, co za fakty uważał sam Plutarch. Spośród czterdziestu czterech żywotów ułożonych w pary wybrałem do opisu postaci, o których słyszeć mogły także osoby niezainteresowane kulturą antyczną, aby każdy mógł wynieść z tego krótkiego przeglądu coś dla siebie. Dla jeszcze większego rozluźnienia warto wspomnieć, że spisane przez Plutarcha żywoty wywodziły się z perypatetyckiej tradycji opisu ludzi czynu. Ich główną część stanowiły szczegółowe streszczenia działań, zaś pochodzenie oraz wykształcenie bohaterów danego opisu stanowiły część bardzo mikrą, opisywaną pobieżnie. Istnieje zatem możliwość, że podając te skromnie opisane szczegóły nie zanudzę państwa na śmierć starożytnością, przez wielu ludzi uważaną za rzecz nadającą się tylko do muzeum.

Mimo iż opisuje Plutarch postaci głównie historyczne, znalazło się w jego monumentalnym dziele miejsce na żywot czterech postaci mitycznych, pochodzących, jak określa pisarz, z krańca czasu, co do którego stosować można metodę naukową. Jedną z nich jest Tezeusz, słynny pogromca kreteńskiego minotaura. Opis jego młodości idealnie wpisuje się w początek opowieści o starożytnych wzorcach osobowych, sam bowiem rozpoczął swoją „karierę” od inspirowania się autorytetem. Jakim? Był nim oczywiście najwspanialszy z mitycznych herosów, sam Herakles. Zgodnie z przekazami przytoczonymi przez Plutarcha, miał Tezeusz od najmłodszych lat płonąć pragnieniem zdobycia sławy heraklesowej. Dzięki temu właśnie pragnieniu nie zdecydował się na bezpieczną, zalecaną młodzieńcowi podróż morską z Trojzeny do Aten, a postanowił przebyć tę odległość pieszo, podobnie jak wędrował w ramach sławnych dwunastu prac Herakles. Szlak niepozbawiony był niebezpieczeństw, lecz dzięki zażegnaniu ich udało się Tezeuszowi zdobyć pierwsze heroiczne szlify.

Podróż była drogą do rozwoju również dla dwóch helleńskich prawodawców – legendarnego Likurga oraz historycznego Solona. Aby uniknąć podejrzeń o próbę przejęcia władzy oraz nauczyć się mądrego zarządzania krajem, spartański regent postanowił wyjechać w podróż. Administrowania państwem oraz sposobów stanowienia prawa uczył się na Krecie, gdzie zajmował się też inną działalnością typową dla ludzi sukcesu: rozwijał sieć znajomości i kontaktów. To właśnie tam poznał poetę lirycznego Talesa, którego sprowadził potem do swojej ojczyzny. Następnie Likurg udał się do Azji Mniejszej, gdzie w ramach poszerzania doświadczeń porównać chciał swój skromny tryb życia z jońskim przepychem, a potem odwiedził jeszcze Egipt, skąd przyciągnął do Sparty pomysł na utworzenie kasty wojowników. Solon, prawodawca ateński, miał zaś podróżować po świecie kierowany nie tylko chęcią zdobycia wszechstronnego doświadczenia, ale również zarobienia na własne potrzeby. Podobnie jak spartański odpowiednik, Solon poznawał w czasie podróży wartościowych ludzi i czerpał od nich wiedzę. Do grona poznanych wtedy przyjaciół należą według źródeł wykorzystanych przez Plutarcha takie osobistości jak Tales z Miletu, mędrzec Pittakos czy bogacz Krezus.

Nie wiem czy odpowiednim wzorem nazwać z kolei można Alkibiadesa. Eponimicznie znany jest on szerszemu gronu przede wszystkim z tytułu znakomitej powieści młodzieżowej Edmunda Niziurskiego, jednak pasjonaci historii z pewnością znają go też jako człowieka kierującego się wygórowanymi ambicjami. W młodości jednak żądza bycia najlepszym ściągała mu na głowę nie kłopoty, a podziw. Zaciętość charakteru ujawnił w dwóch sytuacjach o charakterze mocno anegdotycznym. Podczas walk zapaśniczych posuwać się miał nawet do gryzienia przeciwników, a na okrzyk „Gryziesz, Alkibiadesie, jak baby!” odpowiedział, że on gryzie jak lwy. Podobną determinację wykazał podczas ulicznej gry w kostki, gdy rzucił się pod przejeżdżający wóz tylko po to, aby sprawdzić wynik rzutu.

Jeżeli spośród par ukazanych przez Plutarcha wybrać mielibyśmy dwóch ludzi najwybitniejszych, z pewnością rozważania nie trwałyby długo. Osobistości równych Gajuszowi Juliuszowi Cezarowi oraz Aleksandrowi Wielkiemu trudno byłoby się doszukać w całej historii, a nie tylko wśród postaci ukazanych w „Żywotach równoległych”. O ile jednak znaczenie władcy helleńskiego kwitło ze względu na królewskie pochodzenie, tak zdobywca Galii do wielu zaszczytów dochodzić musiał na własną rękę. Fakt, istotne były w jego przypadku zdolności oratorskie oraz solidnie ćwiczona sztuka wojenna, jednak w Rzymie, stolicy wielkiej polityki, asem w rękawie Cezara były według Plutarcha cechy często w kontekście samorozwoju pomijane, a mianowicie życzliwość oraz gotowość do wyświadczania ludziom przysług. Warto wspomnieć, że szeroki gest oraz uprzejmość były przez politycznych przeciwników Cezara mocno niedoceniane. Jak pisze biograf: „zorientowali się – ale już za późno – że żadnych początków nie należy nigdy uważać za małe, bo przez nieustanny wzrost dochodzą one szybko do wielkich rozmiarów i właśnie z tego lekceważenia ich nabierają siły, której nic już powstrzymać nie zdoła”. Cóż za piękne i inspirujące słowa!

Równie inspirujące wydają się żywoty najsławniejszych oratorów świata antycznego. Zapewne nikomu z zebranych tutaj nie jest obce nazwisko ani Ateńczyka Demostenesa, ani Rzymianina Marka Tulliusza Cycerona. Obaj byli wielkimi mówcami, obaj uważani są za wybitnych mężów stanu, a co najważniejsze – każdy z nich do zaszczytów dochodził nie na bazie urodzenia czy posiadanego majątku, a dzięki tytanicznej pracy nad samym sobą.

Jedną z najczęściej podkreślanych zasług Cycerona jest wyniesienie swojego nazwiska na wyżyny społeczne. Nie zdarzało się bowiem często, aby człowiek nie pochodzący z patrycjuszowskiego rodu z kilkusetletnimi tradycjami senatorskimi piastował najwyższe godności w państwie. Postać taka określana była najczęściej jako homo novus, czyli człowiek nowy. I choć najbardziej snobistyczne kręgi uważały taki przydomek za powód do wstydu, zdecydowanie więcej ludzi uznawało go za powód do chwały. Nazwisko było zresztą problemem Marka Tuliusza nie tylko ze względu na świeżość. Cicero oznacza bowiem po łacinie „groch” i mówca był w początkach kariery z tego powodu wyśmiewany, jednak poczucie humoru oraz luźne podejście do swojej osoby bardzo szybko pozwoliły się pozbyć dowcipów z nazwiska. O ile droga do kariery była w przypadku Cycerona dość standardową wypadkową pilnej nauki oraz wytężonej pracy, co nie wymaga chyba szerszego komentarza, tak uwagę zwrócić może całkiem pożyteczny trick, który zastosował. Stwierdził bowiem, że jeżeli rzemieślnik zna nazwy każdego spośród swoich narzędzi i materiałów, tak człowiek pracujący z ludźmi, wypowiadający się w przestrzeni publicznej, powinien znać imiona wszystkich osób, ich przyjaciół oraz sąsiadów czy nawet miejsca zamieszkania. Dzięki starannemu zapamiętywaniu podobnych szczegółów pokazywał, że naprawdę zależy mu na dobru ludzi, z którymi współpracuje.

Do ciekawych sztuczek uciekał się w toku swojego rozwoju również grecki odpowiednik Cycerona. Na skutek śmierci rodziców oraz nieuczciwości opiekunów Demostenes był w dzieciństwie biedny jak mysz kościelna, nie mając pieniędzy nawet na opłacenie nauczycieli. Nie pomagał mu również wygląd, ze względu na chorowitość oraz delikatną budowę ciała drwili z niego wszyscy rówieśnicy. Udało mu się jednak dostać pewnego dnia na głośną rozprawę sądową i wysłuchać przemowy obronnej, która porwała tłum. Wtedy zdał sobie sprawę, jak olbrzymią siłą dysponuje mówca i zainspirowany brawurowym występem postanowił zrobić wszystko, aby zostać oratorem. Nim jednak udało mu się spełnić marzenie, przejść musiał ciężką zaprawę, był bowiem człowiekiem o głosie słabym i niewyraźnym. Aby spędzać czas wyłącznie na ćwiczeniach i nie mieć pokusy na opuszczenie pracowni, nakazywał golić sobie głowę tylko z jednej strony, aby nie ciągnęło go do miejsc publicznych. Wadę wymowy pokonał zaś przez wkładanie sobie do ust kamyków oraz wygłaszanie mów podczas biegu czy marszu pod górę. Wzmocniwszy swoje umiejętności w warunkach tak dalece niesprzyjających, na nieco spokojniejszej rozprawie sądowej nie miał sobie równych.

Czas przeznaczony na ten referat powoli dobiega końca. Pragnę wyrazić najszczerszą nadzieję, iż cel mojego wystąpienia został osiągnięty. Chciałem pokazać, że rozwój osobisty jest pragnieniem uniwersalnym, a patronować nie muszą mu autorytety wyłącznie współczesne. Kto wie, czy zainspirowani przykładami owianymi nimbem tysiącletnich tradycji nie osiągniemy zdecydowanie więcej, niż moglibyśmy osiągnąć wzorując się na ludziach znanych nam czasami zbyt dobrze.