kwartalnik kontent

Wywiad z twórcami kwartalnika Kontent, Weroniką Janeczko oraz Mikołajem Borkowskim

Pisma literackie powstają i upadają rok po roku, przygniatane brakiem funduszy, czytelników oraz entuzjazmu twórców. Bo czy w dobie internetu są w ogóle potrzebne? – Z komentarzami i wszelkimi statusami publikowanymi na portalach społecznościowych jest jeden problem: ulotność. Nikt specjalnie nie przegrzebuje tablic, ich treść żyje krótko, zmienia się w zastraszającym tempie. Dyskusje na łamach podsumowują także kwestie poruszane w internecie, zapewniają im właściwe spisanie, przechowanie, utrwalenie – są pewni pomysłodawcy kwartalnika KONTENT.

Kiedy po raz pierwszy myśl o stworzeniu czasopisma literackiego pojawiła się w Waszych głowach i co było tej myśli przyczyną?

Weronika Janeczko: Myśl w marzeniach pojawiła się najpewniej dość dawno, wydawała się jednak nierealna. Przed rozpoczęciem pracy nad KONTENTem każde z nas było w pewien sposób związane ze światkiem literackim. Ja, Marcin Świątkowski i Mikołaj Borkowski pisaliśmy wspólnie bloga o-poezji.pl. Chłopcy jeździli na polonistyczne konferencje, pisali rozmaite artykuły i tak dalej. Ja robiłam podobne rzeczy w psychologicznym świecie i – dodatkowo – byłam stałą bywalczynią spotkań z poetami. Aleksandra i Zuza, jeszcze nam wtedy nieznane, udzielały się nie mniej niż nasza trójka. Aleksandra spełniała się jako szefowa Koła Edytorów UJ i organizatorka Dyktanda Krakowskiego, Zuza zachłannie czytała wiersze i komentowała je w tekstach krytycznych. Po pewnym czasie te działania przestały nam wystarczać. Potrzebowaliśmy większego projektu. Wspólna myśl pojawiła się w okolicach stycznia 2017. Siedzieliśmy przy stoliku w krakowskiej Prowincji i Marcin zażartował: zakładamy gazetę?

Nazwijmy to więc ideową genezą KONTENTu. A jak wyglądały przygotowania do jego wydania od pierwszych decyzji o wprowadzeniu pomysłu w życie aż po jego realizację? Jak dużo technicznych zagadnień możecie zdradzić czytelnikom?

W.J.: Było bardzo, bardzo wiele rozmów, posiedzeń wszelkiego rodzaju, małych bitew i dużych kłótni. Można by opowiadać o tym przez rok.

Mikołaj Borkowski: Byłby to niewątpliwie długi i nieszczególnie atrakcyjny rok. Cóż, prawda jest prozaiczna – przesiadywaliśmy w ulubionym barze Albo Tak, dyskutując na temat kształtu pisma. Były to głównie kwestie techniczne: logotypy, zapraszanie autorów, krytyków, podział pisma na działy. Jak się szybko okazało, najlepszym nauczycielem jest doświadczenie. Błędy i nieporozumienia dość szybko sprowadzały nas do gruntu i wykazywały, że przy projekcie tego typu prędzej czy później trzeba się gdzieś rozłożyć. Anegdot nie ma chyba aż tak wiele, są raczej potknięcia i pomyłki, do których lepiej się nie przyznawać.

Takie coś jak czasopismo literackie jest w ogóle do czegokolwiek potrzebne? Doraźna debata internetowa nie jest zwyczajnie lepsza?

M.B.: Bieżąca debata internetowa jest bez wątpienia bardziej dynamiczna, szybsza, reaguje na pewne zjawiska od razu. Wbrew temu, co się czasem mówi na temat trwałości treści czy dyskusji w Internecie, nie są one wcale takie ulotne. Powraca się do nich przecież podczas spotkań czy dłuższych artykułów polemicznych. Periodyk wydawany co trzy miesiące ma jednak tę przewagę, że może te wszelkie oddolności czy chwilowości zebrać i pokazać razem z innymi treściami, zestawić je, skonfrontować.

Dobrym przykładem mogą być polemiczne artykuły Pawła Kaczmarskiego i naszego redakcyjnego kolegi, Marcina Świątkowskiego, które na pewno nie wybrzmiałyby w komentarzach na Facebooku. Zmiany, które dokonują się obecnie w literaturze czy krytyce nie są aż tak nieuchwytne, żeby istniało znaczne ryzyko przeoczenia czegoś istotnego. Sądzę, że zbieramy z całkiem dobrym rezultatem materiał literacki powstały na przestrzeni tych kilku miesięcy, które dzielą kolejne numery. Myślę, że wydawanie rocznika byłoby znacznie bardziej ryzykowne.

W.J.: Kto powiedział, że tego typu periodyk ma nie wywoływać dyskusji w internecie, że nie na jej powodowaniu polega też jego rola? Po wydaniu pierwszego numeru miała miejsce dość spora dyskusja w komentarzach na facebookowej tablicy Dawida Kujawy. Śledziliśmy ją z after party. Internetowe komentarze pojawiają się natychmiast po premierach poszczególnych numerów. Widać je na blogach i w udostępnianych statusach fb.

Z komentarzami i wszelkimi statusami publikowanymi na portalach społecznościowych jest jeden problem – ulotność. Nikt specjalnie nie przegrzebuje tablic, ich treść żyje krótko, zmienia się w zastraszającym tempie. Dyskusje na łamach podsumowują także kwestie poruszane w internecie, zapewniają im właściwe spisanie, przechowanie, utrwalenie. Nie muszą być rozwlekłe. Jako że każdy komentarz ma u nas określoną liczbę znaków, wypowiedzi powinny być merytoryczne i treściwe. Nasza gazeta stara się pokazywać wybrany fragment literackiego świata. Musi więc siłą rzeczy łączyć sprawy doraźno-internetowe ze sprawami nieco bardziej analogowymi.

Jak stwierdziła autorka bloga Kawa i Czasopisma: w KONTENCIE dialog jest już wpisany w czasopismo, odbywa się dośrodkowo. Gazeta jest więc w pewien sposób żywa.

Skąd pewność, że wasze dzieło nie podzieli losu dziesiątek innych wydawnictw, częstokroć mogących pochwalić się bogatą historią oraz wsparciem instytucjonalnym?

M.B.: Tej pewności nigdy nie ma i chyba nie będzie, ale nie przesadzajmy. Tak naprawdę dopiero zaczęliśmy, mamy jeszcze sporo ognia. Robimy swoje, nie bierzemy za to kasy i zakładamy, że warto. Co do nadziei – to chyba nie nasze myślenie. Bardziej niż ona napędza nas pewnie wiara w literaturę, za którą już zostaliśmy trochę poszczypani w środowiskowych dyskusjach.

Żeby jednak nie popadać w zbyt idealistyczną argumentację, powiem prościej: robienie pisma sprawia nam wszystkim ogromną przyjemność. Współtworzymy coś, co sami chcielibyśmy czytać. Nie myślimy o przyszłości w kategoriach “a co jeżeli”. Pewnie, planujemy pewne zmiany, omawiamy na spotkaniach nowe koncepcje i propozycje, ale skupiamy się jednak na zrobieniu porządnie tego, co robimy w tym momencie. Myślę też, że decyzja o trzymiesięcznym interwale była dobra. Nie wisi nad nami ciągłe widmo kolejnego numeru. To znaczy wisi, ale zaczyna się materializować stosunkowo późno.

Zarówno ze strony waszej, jak i uradowanych czytelników, usłyszeć można, że KONTENT przynosi scenie literackiej coś, czego jeszcze nie było. Na pierwszy rzut oka jednak wydaje się mieć wasz magazyn formę dość standardową – garść poezji, garść mniej lub bardziej profesjonalnych opinii krytycznych… W czym przejawia się świeżość KONTENTu?

W.J.: Nigdy nie zgodzę się ze standardowością KONTENTu. Jego świeżość przejawia się w nieosobności wierszy i komentarzy. Znów wracamy do wyżej opisanego dialogu, który ma miejsce w gazecie, a stwierdziłabym nawet, że stanowi jej oś. To nie jest osobna garść krytyki i osobna garść wierszy. Teksty są połączone. Na dodatek wartość literacka poezji jest sprawdzana kilkukrotnie – w co najmniej dwóch podejściach.

W podejściu pierwszym jako redakcja podejmujemy wspólną decyzję dotyczącą publikowanych tekstów.  W drugim natomiast oddajemy głos krytykowi, który może podważyć naszą opinię i stwierdzić na przykład, że tekst nie zasługuje na publikację lub że nie jest wart pozytywnego komentarza. To czegoś uczy. Duża część współczesnego świata literackiego składa się z pozytywnych opinii recenzentów – krytyków współpracujących z wydawnictwami. Sądzę, że warto wrócić do krytyki-krytyki, która nie dopasowuje się do podmiotu ją wydającego, a takiej, która go współtworzy, mieści w sobie światłocienie, niepewności, a nawet zwykłe nerwy. Chodzi o jej żywotność, żwawość, którą staramy się w KONTENCIE pokazać. Krytyka nie czeka na kolejne wydanie czasopisma, by skomentować w nim wiersz z poprzedniego numeru. Pojawia się od razu.

Co przemawia waszym zdaniem za wartością prezentowania polskim czytelnikom również poezji zagranicznej? Odbieranie jej w tłumaczeniach ma sens?

M.B.: Absolutnie nie jest tak, że czytelniczka lub czytelnik nieznający dobrze lub wcale języka, w którym został napisany dany utwór literacki, jest skazany na “upośledzoną” jego lekturę. Popatrzmy choćby na niezwykłą recepcję poetów nowojorskich (Ashbery’ego, O’Hary) w Polsce. To, co dla odbiorcy amerykańskiego nie musiało być wcale rewolucyjne, okazało się szalenie znaczące dla języka poetyckiego polskich autorek i autorów lat 80. i 90., właśnie dzięki tłumaczeniom. Wartość jest w (prawie) każdym tekście literackim, musi tylko ją z niego wydobyć czytelnik. Między innymi z tego względu podjęliśmy decyzję o publikacji przekładów: to zbyt istotne okno, żeby je zamykać.

Imponuje mi (a zapewne imponująca jest i obiektywnie) skala waszego profesjonalizmu – wszystko jest dopięte na ostatni guzik, dopracowane, wycyzelowane, a dodatkowo bogato relacjonowane za pośrednictwem social mediów. Zechciałabyś opowiedzieć, jak wyglądała kreatywna oraz praktyczna część prac nad KONTENTEM?

W.J.: Najważniejsze jest to, że żadne z nas nie dopuszcza możliwości niedokładnego, nieprzemyślanego działania. Brak rzetelnego podejścia i dbałości o istotne szczegóły razi nas i denerwuje. To logiczne, że na naszym własnym poletku na takie rzeczy w ogóle nie ma miejsca. Jeżeli którekolwiek z nas chciałoby odpuścić w tej kwestii, pozostała czwórka tę osobę zatrzyma i delikatnie przypomni jej, jakie mamy cele. Czy można w ogóle silić się na niedbałe podejście do ważnej osobiście sprawy? To tak jakby nie troszczyć się o siebie, o własny wizerunek i o swoją zawartość. KONTENT w bardzo ogólnym sensie składa się z nas i naszej pracy nad sobą. Z numeru na numer uczymy się profesjonalizmu. Miło mi słyszeć, że jednak już można w pełni opisać nas tym słowem.

Część kreatywna to pomysły, pomysły, pomysły. Myślimy, zarzucamy się nimi, piszemy do siebie i widujemy się o najrozmaitszych porach dnia i nocy. Każdy z nich staramy się albo rozwinąć, albo zamknąć i odrzucić. Komunikujemy się jasno. Nie zawsze szukamy półśrodków, raczej staramy się przy wykorzystaniu odpowiednio popartej przykładami argumentacji przekonać resztę do pomysłu własnego czy też powstałego w podgrupie. Mamy zaufanie do siebie nawzajem, do własnych opinii i sposobów myślenia. Poszukujemy ich też na zewnątrz: w literaturze fachowej, tekstach czasopism, rozmowach ze znajomymi zajmującymi się podobnymi sprawami. W zasadzie w każdym aspekcie naszej pracy część kreatywna łączy się z praktyczną. Nie kompilujmy z tego nazwy w stylu KONTENT – kreatywna praktyka. Znając moją redakcję, od razu mogę powiedzieć, że taki slogan by nie przeszedł, każdy by go zawetował.

W obu numerach zebraliście sporą ilość – że tak sparafrazuję twój onomastyczny żarcik z rozmowy ze Słomczyńskim – quality contentu, nadesłanego przez naprawdę mocnych autorów. Jak wyglądało zbieranie tak godnej ekipy? Reakcje były wyłącznie pozytywne?

M.B.: Decyzje o publikacji nadesłanych tekstów były trudne. Jesteśmy w tej przestrzeni tak naprawdę smarkaczami, dopiero kończymy studia, a spośród nas tylko Zuza, Aleksandra i Marcin zajmują się literaturą w ramach studiów magisterskich. Z drugiej strony nie bądźmy małostkowi, mamy trochę do powiedzenia na temat współczesnej poezji i prozy, potrafimy rozpoznać dobry wiersz kiedy go widzimy. Choć jest to oczywiście subiektywne, rzadko zgadzamy się w stu procentach. Nie chcielibyśmy chyba zdradzać wszystkich szczegółów związanych z naborem, natomiast od drugiego numeru zabraliśmy się za to rzetelnie: oceniany był, i to jakościowo, nie ilościowo, każdy pojedynczy utwór, czy to samodzielny, czy w zestawie. Ponieważ ogranicza nas rozmiar pisma, bywali autorzy, którym odmawialiśmy z bólem – staramy się jednak uzasadniać decyzję odmowną. Czasem jest to kwestia niedojrzałości dykcji, czasem niepodołanie tematowi. Jasne, zdarzały się przykre reakcje, nie jesteśmy jednak w stanie opublikować wszystkiego, co utrzymujemy na skrzynkę.

Jeżeli miałbym na coś w kontekście pierwszego numeru KONTENTu narzekać, byłyby tym czymś komentarze do tekstów. Co sprawniejsi krytycznie autorzy potrafili wprawdzie napisać coś sensownego o poszczególnych utworach, ale większość opisów to jednak średnio interesujące przemyślenia byłych lub obecnych studentów polonistyk czy innych MISH-ów, przemyślenia zbyt często opowiadające po prostu zamieszczony wcześniej wiersz i oparte na schemacie „może jest tak, a może inaczej”. Powierszowy wywiad ze Słomczyńskim pokazuje, że można to zrobić o wiele lepiej i ciekawiej. Zamierzacie może pójść w stronę rozmowy z autorami i oddania im głosu, czy jednak chcecie trzymać się formy notkowej, krytycznej?

W.J.: Zacznijmy od końca, od rozmów z autorami. Gdyby było to takie łatwe (śmiech) Niektórzy autorzy wcale nie chcą publicznie rozmawiać o własnych wierszach.  Komentowanie własnej twórczości niekoniecznie musi być ich rolą lub po prostu doraźnym zadaniem, na które się zgadzają. Nawet Szymon w wywiadzie, który Ci się spodobał, wyrażał to przekonanie. Z perspektywy autorów wiersze składają się często z zupełnie innych treści niż te, które czytelnik ma szansę odcyfrować. Żeby ich nie odkryć, poeci próbują się kryć, zakładać wywiadowe maski. Mam dylemat związany z ich wypytywaniem.

Rozmowa, którą przeprowadziłam, delikatnie odkrywała autora jako człowieka, odkrywała pewne jego podejścia, stosunek do świata poetyckiego, do swoich i cudzych wierszy. I tutaj pytanie: czy warto poznawać autorów, a później siłą rzeczy zestawiać wrażenie z poznania z głosem ich wierszy? Staram się, mimo wszystko, naciskać na to poznanie. U czytelnika ma szansę powstać ciekawy kontrast, odbiorca może zagubić się w obrazach poetek, poetów, wierszy, ale nie musi. Jego zadaniem jest wyjście z kontrastów, oswojenie ich, oczyszczenie i wybranie własnego spojrzenia.

M.B.: Nikt przecież nikogo nie zmusza do czytania komentarzy! Wyobraźmy sobie jednak inną sytuację: KONTENT bierze do ręki lub odpala na laptopie czy Kindlu osoba, która nie jest wprawiona w czytaniu poezji najnowszej. Komentarze do tekstów może nie są doskonałe, ale proponują pewną drogę lekturową i mogą dostarczyć nowych wątków interpretacyjnych. To jest ta krytyka bliska tekstowi, którą chcemy animować albo reanimować (jeśli już mamy popadać w tak pesymistyczny duch). Krytyka, szczególnie ta negatywna, wchodzi w dialog z tekstem, uruchamia go na innych, często nieplanowanych przez autora płaszczyznach. Jako taka jest dla nas szczególnie ważna, może wywoływać ferment, pewną niezgodę.

Jeżeli dobrze zrozumiałem z komentarza do zestawu wierszy Waldemara Jochera, KONTENT ma być obszarem refleksji oraz zadumy nad literaturą mającą być czymś łączącym, a nie dzielącym, czymś uniwersalnym, a nie doraźnym. I ostatecznie – wyciągającym ludzi ze swoich baniek światopoglądowych.

M.B.: Warto chyba jeszcze raz wyjaśnić, jakie było podłoże tego zgrzytu. Dawid napisał do pięciu wierszy Waldemara Jochera komentarz, o który poprosiliśmy go na dość wczesnym etapie prac nad numerem. Decyzja o publikacji zestawów trzech wierszy zapadła później, co było powodem szeregu błędów popełnionych przez redakcję. Powinniśmy byli nie stosować tej reguły w wypadku rzeczonych wierszy, przekazaliśmy jednak naszą decyzję Dawidowi, który odesłał nowy komentarz, opublikowany później w pierwszym numerze. Zapadły pewne decyzje, padły pewne sformułowania – i faktycznie zaistniała znaczna różnica zdań.

Zasadniczym problemem było rozpoznanie wierszy Jochera jako anty-choice’owych i tym samym uznanie ich jako niedopuszczalnych w publicznej debacie. Był to chyba pierwszy moment, w którym zrozumieliśmy, jak ryzykowne było określenie przestrzeni naszego pisma jako “neutralnej świadopoglądowo”. Czy publikując wiersze o określonej wymowie, podpisujemy się pod ich programem? Po długich debatach uznaliśmy, że nie.

Jak ma się to do powszechnego wśród lewicowo zaangażowanych krytyków i poetów mniemania, że patrzenie na literaturę właśnie w ten sposób jest stawianiem się w roli oprawców, seksistów, klas uprzywilejowanych i z kim jeszcze owe zaangażowane kręgi akurat nie walczą? Czy odpowiedź na apel Dawida Kujawy w taki, a nie inny sposób nie jest czasami stawianiem się w opozycji wobec jego środowiska, kompletnym przecięciem relacji z jego bańką krytycznoliteracko-socialmediową?

M.B.: Co do relacji z tzw. krytyką lewicową czy zaangażowaną: nie mamy programu politycznego, to prawda, natomiast nie oznacza to, że deprecjonujemy wartości poezji i krytyki zorientowanej lewicowo! Jest pewnie sporo miejsc, w których nie zgadzamy się z tym nurtem, na pewno mamy różne poglądy na temat dialogu i roli literatury. Nie jest jednak tak, że deklarujemy ten rodzaj apolityczności, który równa się milczącej zgodzie czy aprobacie. Dlatego uznajemy spięcie na linii Jocher-Kujawa-redakcja jako szalenie cenne doświadczenie. Nie tyle nauczkę, co lekcję różnicy.

Odniosę się też do wypływającej z Twojego pytania sugestii, że środowisko zaangażowane preferuje środki doraźne i dzielące. Nie zgadzam się z tym stanowiskiem, podobnie jak trudno byłoby mi jednoznacznie orzec, że teksty publikowane u nas są łączące i uniwersalne. Pojęcie bańki światopoglądowej bywa ostatnio nadużywane. Szczególnie, że tak naprawdę istnieje wymiana myśli, tyle że nieprzekonująca i upewniająca dyskutantów w swoich tezach. Pisze o tym znakomicie Paweł Kaczmarski: nie ma przepływu zwolenników, jest okopywanie się na swoich pozycjach.

Ja sądzę, że pierwszym krokiem poza tę bańkę jest wejście w dialog z tekstem. Niech to będzie dialog krytyczny, ostry. Komentarz Dawida czy artykuł Mai Staśko o Marcinie Świetlickim sprowokowały środowisko do zabrania głosu, do dyskusji. Jeśli będą z tego wyrastać dobre szkice, takie jak autorstwa Pawła czy Marcina, to jesteśmy na dobrej drodze do wytworzenia faktycznego pola wymiany myśli.

Dobrze rozumiem więc, że stawiacie sobie za cel stworzenie czegoś w rodzaju forum, na którym ma się toczyć część dyskusji literackiej? Jeżeli tak – kto docelowo ma w niej uczestniczyć i kto ma ją kształtować?

M.B.: To forum już się utworzyło i będzie tworzyć w tej samej formie: w obu numerach w dialog weszły teksty artystyczne i teksty krytyczne. I ten dialog chcemy utrzymać, co nie będzie chyba trudne, bo jest na niego spore zapotrzebowanie. Tekst krytyczny bywa ostatnio odległy od wiersza czy prozy i nie ma w tym nic złego – metakrytyka jest również szalenie ważna, pozwala krytyce na spojrzenie z dystansu na samą siebie. Gorzej się dzieje, kiedy z  metakrytycznej spirali spada to, co powinno być kluczowe, czyli literatura, i dochodzi się w gruncie rzeczy do tekstów teoretycznoliterackich. Z nimi już dyskutować jest trudniej, choćby z powodu hermetyzacji języka, specyficznej nomenklatury. Nie trzymamy się aż tak kurczowo idei dialogu jako konwersacji czy wymiany myśli, która ma prowadzić do syntez i wybitnych wniosków, taki idealizm jest nam obcy. To, co robimy, to zapewnienie przestrzeni dla tekstu literackiego i tekstu krytycznego. Uczestniczyć w niej będą więc poetki i poeci oraz krytyczki i krytycy. I oni będą tę przestrzeń dyskusji kształtować.

W.J.: W kontekście bieżącej dyskusji dotyczącej pewnej nierówności płciowej głosów, warto zwrócić uwagę na to wyszczególnienie. Przychylamy się do słów Marty Koronkiewicz i Pawła Kaczmarskiego – tam, gdzie mamy możliwość działania, musimy działać świadomie i stale. Jako pismo promujące dialog, tworzące środowisko literackie, za które bierzemy odpowiedzialność, nie chcemy zapominać o tak ważnej dla literatury (i kultury) wielogłosowości, która dopiero wtedy, gdy jest jawna, pokazana, może w pełni świadczyć o aktualnym literacko-kulturowym kolorycie.


Zdjęcie zaczerpnięte ze strony kwartalnika KONTENT, jego autorką jest Małgorzata Lebda.


rafał skonieczny

natalia malek

pokolenie płatków śniegu