Michał Małysa - Wodnik

Król szamanów

– A dzisiaj będziemy wywabiali bulbulaka – oznajmiła tamtego feralnego wieczoru Maggie.

Lubili kreować niestworzone sytuacje, popadać w mistyczno-hipnotyczne stany lękowe, przenosić się w tych nielicznych chwilach wolności do świata pełnego cudów, nie widząc przy tym wszystkim, że wystarczająco popierdolony był ich regular life, że zabawy z rzeczywistością po drugiej stronie lustra stanowiły rzecz nazbyt pleonastyczną.

– Można i tak – wzruszył ramionami Kij. – Bulbulaki nie wydają się groźne. Bul, bul, bul i idą na dno, nie?

Roześmiali się niemal wszyscy: Wojtuś, Maggie oraz sam Kij.

– Nie żartuj sobie z bulbulaków, Włóczy – zwróciła się do niego Rolina. Poważnie, po imieniu. Oznaczało to, że nie ma nastroju do żartów.

– Bo?

– Bo to są istoty biedne. Nikt bulbulaków nie kocha, wszyscy się ich boją. Kiedyś byli normalnymi ludźmi. Mieli przyjaciół, rodziny, kochali i byli kochani. A dziś każdy bulbulaczek jest samotny, wyszydzany, bezbronny…

– No, no, no! – zaoponował Kij. – Nie przesadzaj z tą bezbronnością.

– Ta, a co ci zrobi taki bulbulak?

Włóczy był z nich najbardziej rozważny. Osoby jego pokroju uważa się powszechnie za ludzi obdarzonych olbrzymią wyobraźnią, potrafiących zwizualizować sobie w głowie najgorsze scenariusze. Bliższe poznanie Kija udowadniało jednak, że jest to jedno z najgłupszych mniemań. Ostrożny i powściągliwy był nie mimo posiadania bujnej wyobraźni, lecz właśnie przez jej brak. Jego przezorność brała się ze strachu przed tym, czego nie potrafił sobie wyobrazić.

Nic dziwnego więc, że usłyszawszy pytanie Roliny zwrócił się z błagalnym spojrzeniem do kogoś, kto mógł jego obawy poprzeć bujną wyobraźnią i adekwatnym słowem.

– Daj se siana, Rolciu – poprosił koleżankę Wojtuś. – Bulbulak jest istotą samotną i wyszydzaną, święta prawda. Odbieranie tej istocie tragizmu byłoby najgorszym przestępstwem. Niczym nie usprawiedliwionym, gdyż nic nie usprawiedliwiłoby podśmiechujek ze stworzenia tak bardzo godnego pożałowania. Zaznaczyć musimy jednakowoż, iż bezbronny to on nie jest.

– A co może zrobić człowiekowi bulbulak? – zaciekawiła się Maggie.

– Już spieszę z wyjaśnieniem. Na pewnym etapie rozwoju każda społeczność, czy to plemienna, czy aspirująca już do miana cywilizacji, zaczyna nadawać nazwy nie tylko zjawiskom widocznym gołym okiem, ale również swoim lękom. Legendy i podania z naszego kręgu kulturowego sporo uwagi poświęcały strachowi związanemu z wodą, lecz nie tą prowadzącą poza horyzont. Brak było pięknych śródziemnomorskich syren z wysp, brak było wzbudzających szacunek Scylli i Charybdy, a przecież nawet Celtowie mieli swą majestatyczną kelpie, szarżującą w strugach wody rzecznej kobyłę. Niestety, biednemu zawsze wiatr w oczy i chuj w dupę. U nas spotykało się co najwyżej utopce.

– Utopce pod wodą siedzą, chlip, chlap, chlup. Utopce pod wodą siedzą, oj rety, rety – zanuciła Maggie słowa upiornej kołysanki.

– Dokładnie. W bardziej zaawansowanych kulturowo społecznościach utopce, w mniej chlapchlupaki. Lub właśnie bulbulaki, onomatopeicznie po całości.

– Widzisz, mówiłem – chełpić się zaczął Kij. – To głupi pomysł, to się nie może skończyć dobrze.

– Zamknij mordę i daj mu dokończyć. Te gadki o mitologiach i innych bzdurach nie udowadniają jeszcze, że biedny i bezbronny bulbulaczek nie jest jednak taki biedny i bezbronny – osadzony został na ziemi jeszcze szybciej, niż zniknął z jego twarzy wyraz triumfu.

– Problem w tym, że bezbronny nie jest z pewnością. Normalnej nocy zaatakowałby cię wyłącznie wtedy, jeśli byłabyś w wodzie sama i osłabiona, na przykład skurczem. Teraz jednak księżyc jest w nowiu, teraz bulbulaki się w tańcu nie pierdolą. Kto wie, co może się zdarzyć – Wojciech zakończył wykład złowrogą nutą.

– Doszliśmy zatem do wniosku, że jest stworzeniem, którego nie godzi się atakować i drażnić. Doszliśmy również do wniosku, że jest najgroźniejszym gównem, jakie napotkać możemy o tej porze w okolicy. Więc?

– Więc?

– Więc po co tam idziemy?  

Miał dwadzieścia pięć lat. Bujał się ze znajomymi z dzieciństwa, biegał z nimi po najdalszych zakamarkach Trójczanu w poszukiwaniu stworzeń nie z tej ziemi, ale familiarny Wojtuś nie mógł odpędzić od siebie poważnego Wojciecha. Jako nauczyciel, człowiek stąpający  po ziemi twardo i stabilnie, pytania dzielił na te proste i te dobre. Proste wywoływały w nim burzę przemyśleń i ataki kompulsywnych słowotoków. Te drugie spotykały się z reakcją znacznie bardziej powściągliwą.

– Dobre pytanie Rolciu, bardzo dobre pytanie. Zważywszy na fakt, że…

– Nigdy nie widziałam bulbulaka, dlatego! – wykrzyknęła nagle Maggie, ratując mu tyłek. – Idziemy tam i już! Wywoływanie bulbulaka będzie miało wartość poglądową! Jak będę go znała tylko z opowieści wuja, to nigdy nie będę w stanie uwierzyć w jego istnienie!  

– Fair enough? – Wojtuś odzyskał rezon.

Ferina, czy co tam masz na myśli. Ale w takim razie potrzebne będą nam posiłki. Musimy się rozdzielić.

***

Tylko jego lodówka zapewnić mogła odpowiednie posiłki, strawę dla wszystkich.

Podczas gdy przedzierającą się przez krzaki ekipę słychać było na drugim końcu wsi, Wojtuś zbliżał się do wiejskiego domku cicho. Stąpał powoli i ostrożnie, na tyle dyskretnie, aby nie słyszeć nawet własnego oddechu. Wydatnie pomagały zaś w tym odgłosy dochodzące znad rzeki. Z coraz gęstszych wiązanek dało się wywnioskować, że wędrowcy natrafili już na pasek podmokłego bagienka, najgorszy etap skrótu łączącego ich ulubione wzgórze z rzeką.  

Dotykał już niemal klamki, gdy wystraszył go piekielny dźwięk.

– Upaaaadłem!

Chrapliwy okrzyk dochodzący z wewnątrz zmroził Wojtusia. Chłopak przystanął i zaczął nasłuchiwać.

– Upaaaadłem!

Powoli nacisnął klamkę, domyślając się, kto i dlaczego upadł.

– Upaaaadłem! Podnoszę się! Wszedłem do tej samej rzeki, choć już raz gościła mnie!

– Antoś, na litość boską – nie miał już wątpliwości. Tylko jedna osoba w okolicy mogła śpiewać o tej porze hit Araba. – Ucisz się, obudzisz pół wiochy.

– To pół, którego jeszcze nie obudziliście wy.

– My?

– No, którego nie obudzili oni – przyznał uczciwie.

Wojtuś popatrzył podejrzliwie na kumpla.

– A skąd wiedziałeś, że się zbliżam?

– Jesteś nauczycielem, masz najdonośniejszy głos – poklepał kumpla po ramieniu. – Jakbyś szedł z nimi, to kurwiłbyś najgłośniej.

– Good point. Pozwolisz jednak, że nie zatrzymam się na tym pytaniu i będę drążył dalej?

– Skoro już musisz – Antoś skrzywił się, ale kornie nadstawił uszu na kolejną rundę pytań.

– Pytanie będzie tylko jedno: co ty tu robisz?

– Powstańcem jestem. Powstaję, się znaczy. Zasnąłem u ciebie, lekko najebawszy. A teraz mierzę.

– Zaryzykuję drugie pytanie. Co mierzysz?

– Nie co, tylko kogo.

– Zadałbym trzecie, ale sam je wymusiłeś. Dwa i pół?

– Dwa i pół. Mierzę się. Z własnym strachem.

Wojtuś zbyt dobrze się bawił, aby przerywać tę wymianę zdań. Od strony rzeki nadszedł jednak okrzyk, który dość naturalnie urwał przepytywankę i uniemożliwił pytanie trzecie, nasuwające się dość naturalnie.

– Widzę, że przyjdzie mi się zmierzyć z czymś więcej – domyślił się Antoś. – Ktoś się topi?

– Gorzej. Zaczęli beze mnie wywabianie.

– Chyba nie plam z ciuchów?

– Gorzej. Wywabianie bulbulaka.

– Osz kureweczka – nader trzeźwo zauważył Antoś. – Księżyc jest dziś w nowiu. Lepiej się pospieszmy.

***

Z rzadka trafia się człowiek obdarzony pamięcią fotograficzną. Te najbardziej wyraziste wspomnienia uzupełniać należy materiałem prostym, a robić nie da się tego inaczej niż z gracją podchmielonych budowlańców.

W opowieści zostawiamy ułamki wspomnień prawdziwych, kamieni węgielnych. To fundamenty podstarzałe, zmurszałe, kompletnie nie nadające się do zaprezentowania światu. Przy odjebanych na sto fajerek willach czasu rzeczywistego, dokumentowanego przez meldunki na fejsie, filtry instagramowe oraz snapczatowe urywki, te wyostrzone prawdziwością wspomnienia prezentowałyby się chujowo. Tak po prostu, bez biedy, bez gemeli i bez syfu, z nudą zastępującą kiłę i szarością miast mogiły.

Dlatego uzupełniać trzeba braki i ubytki wrażeniami, na zębem czasu nadgryzionych fundamentach stawiać ściany stabilne i estetyczne, stworzone z materiału powszechnie szanowanego. Jedynego, który nadgonić może nadrealność rzeczywistości. Nic dziwnego więc, że z przeszłości tworzy się czas mitologiczny, wyolbrzymiony, zawierający w sobie jednak elementy rzeczywistości najrzeczywistszej, najbardziej realnej, najbardziej zapadającej w pamięć.

Taki był właśnie bulbulak, który zacisnął swoje zielonkawe, kościste palce na przegubie Maggie. Oświetlana komórką Roliny dziewczyna była blada, kolor jej skóry niewiele różnił się od barwy księżyca, którego blask nieśmiało wspierał smartfona.

– Wymyśl coś, do chuja nędzy! – zawył Antoś, wspomagając Włóczego w przeciąganiu Maggie na pomost. – Wojtuś, do kurwy pani! Masz gadane, masz wiedzę, musisz coś zrobić! Jak jakiś szaman czy ktoś!

– On jest za silny! – ostrzegł Kij. – Zaraz ją wciągnie, zrób coś!

Komórka Roliny musiała iść za jej wzrokiem, gdyż nie oświetlała już bezpośredniego styku dwóch światów. Światło przeskoczyło przez Antosia, Włóczego i zatrzymało się na skupionej twarzy Wojtusia. 

Nie trwało to długo.

– Włącz flesza! – zarządził. – Włącz w tej pieprzonej komórce flesza i weź mu zaświeć w pysk!

Po kilku sekundach smartfon rozbłysł znacznie wyraźniej, a wiązka światła skupiła się na oczach bulbulaka. Oślizgłych i wybałuszonych, osadzonych w czaszce spłaszczonej w okolicach żuchwy.

Na efekty nie musieli długo czekać. Stwór zaskrzeczał, po czym puścił rękę Maggie. Bul, bul, bul i nie było po nim śladu. 

– Ale skąd wiedziałeś, że flesz zadziała? Jak na to wpadłeś? Chyba nie w książkach, co? – Włóczy zasypał go pytaniami.

– A ty byś się cieszył, gdyby ktoś ci świecił po twarzy latarką? 

– No nie.

– Więc widzisz – uśmiechnął się triumfalnie nauczyciel. – Empatia, bracie. Pokonaliśmy go empatią.

Odeszli od wody.

– Wiesz co, Wojtuś? – Włóczy spojrzał na wciąż roztrzęsioną Maggie i stwierdził, że sama nie da rady podziękować wybawcy. – Może i wkurwiasz tymi kilkugodzinnymi gadkami, może i z tym nauczycielowaniem wbiłeś na drugą stronę barykady, ale i tak jesteś naszym bohaterem. Naszym bohaterem, naszym królem szamanów. I zawsze nim będziesz.

– Zawsze.

– Tak będzie.

Maggie pokiwała głową, również zgadzając się z przyjacielem.

– Nie zawsze – zaprzeczył Wojtuś. – Jutro przyjeżdża Lena.

Po tych słowach aura szamańskiej familiarności jakby nieco przybladła.

– I wiecie, nie przyjeżdża tak jak zawsze, na kilka dni. Sprowadza się w nasze okolice na stałe. Wyprowadzamy się razem do Dwupolska. Nie będzie chodzenia na wzgórze, nie będzie tripów nad rzekę, nie będzie już skacowanych prób odtworzenia wydarzeń poprzedniego wieczora.

Maggie i Rolina spuściły wzrok. Antoś spróbował otworzyć usta. Raz, drugi, trzeci, aż w końcu zaprzestał bezsensownych prób.

Włóczy obrócił się w miejscu i odszedł, nie wypowiedziawszy ani słowa, nie zaszczyciwszy przyjaciela spojrzeniem.

Na stanowisku króla szamanów zapanował wakat. Wojtuś ostatecznie stał się Wojciechem.


Opowiadanie jest wprawdzie częścią większej całości, ale samo w sobie też spełnia warunki fajności. No i jest doskonałym sposobem na zaprezentowanie jako malarza Michała Małysy. Nie mnie oczywiście, lecz zmarłego przed ponad stu laty rosyjskiego grafika, Михаила Георгиевича (Егоровича) Малышева. A to ciekawe, nieprawdaż?