W gąszczu dzisiejszej poezji nikt się nie połapie – wywiad z Leszkiem Żulińskim, krytykiem literackim i poetą

leszek żuliński

Poezją zajmują się dziś tysiące ludzi, a dzięki możliwościom technicznym oraz mnogości wydawnictw nie nastręcza większych trudności przebicie się ze swoją twórczością do szerokiegu obiegu literackiego. Czy jest to sytuacja dobra? Problem tkwi nie w tej ilości i wszystkości, lecz w braku możliwości ogarnięcia tego – mówi Leszek Żuliński, krytyk literacki i poeta.

Od czego zaczyna się ponad czterdziestoletnia kariera poety i krytyka literackiego?

Zaraz po maturze zostałem studentem polonistyki i tak się złożyło, że po skończeniu studiów polonistycznych wsiąkłem w literaturę: pracowałem w pismach literackich, wydawnictwach, pisałem, drukowałem… Literatura wypełnia mi życie aż po dzień dzisiejszy. To osobliwy rodzaj hobby, które staje się zawodem. Do tego środowiska wchodzi się czasami przez przypadek, ale nie da się uprawiać literatury bez pasji.

Do tej pory wydałem trzydzieści dwie książki, z czego tylko dwanaście tomików poetyckich, więc uważam siebie bardziej za krytyka literackiego niż poetę. Wydaje mi się, że spośród tych dwunastu tomików czterech czy pięciu dziś bym nie wydał. Chociaż z drugiej strony redaktorką mojego drugiego tomu była Ewa Lipska, a to już o czymś świadczy. Nie przywiązuję jednak do tego większej wagi. Wiersze pisuję rzadko, ręce wiąże mi krytyka literacka.

Jak zmieniały się perspektywy człowieka zajmującego się literaturą?

Nie wszystko da się porównać. W trakcie mojego życia przeżyłem jedną absolutną przemianę życia literackiego. Wiązała się ona z internetem. Kiedy w 1975 roku wydawałem pierwszy zbiór swoich wierszy, wtedy wyszło trzydzieści pięć tomów debiutanckich. Ile ukazuje się ich dzisiaj? Nie wie tego ani pan, ani ja. Jest ich po prostu masa.

Wtedy mieliśmy kilka-kilkanaście wydawnictw literackich. Najsłynniejszym były PIW – Państwowy Instytut Wydawniczy – oraz krakowskie Wydawnictwo Literackie. Teraz nikt nie wie, ile tomów ukazuje się każdego roku, bo oficyn się namnożyło, panuje pod tym względem wolna amerykanka i publikować może każdy. I w internecie, i na papierze. Lepsze wydawnictwa robią oczywiście przesiew, wybierają dobre tomiki i dobrych autorów. Nadal istnieje PIW, nadal istnieje Wydawnictwo Literackie, wciąż ukazują się tak znakomite czasopisma, jak np. „Twórczość”, gdzie z przeciętnym tekstem raczej nikt nie ma szansy dostać się tam na łamy.

Poza tymi osobliwościami, reliktami dawnego czasu, wszystko sie zmultiplikowało i jest masa mierzwy, śmiecia. Wydawanie tomików stało się dla wielu wydawców biznesem, usługą zarobkową. Dobre tomiki mieszają się więc ze złymi. Każdy śpiewać może.

Tutaj zaczynać powinna się rola krytyki literackiej.

Nie mamy czasu na przeczytanie wszystkiego, nie mamy dostępu do wszystkiego, nie jesteśmy w stanie tego wszystkiego fizycznie ogarnąć. Stało się to niemożliwe. Wiemy jednak coś innego: w tej masie dominuje przede wszystkim śmietnisko, a my musimy wyłapywać rodzynki. Znamy nazwiska tych lepszych autorów, czasami natykamy się na dobre utwory debiutantów – i wtedy mamy co robić. W dzisiejszej kakofonii i gąszczu rzeczy nikt jednak nie jest w stanie się połapać. Róg obfitości nas przerasta.

Taka sytuacja ma tylko wady?

Być może zaskoczę odpowiedzią, ale zdecydowanie nie cofnąłbym dzisiejszego stanu rzeczy. Uważam, że stało się dobrze. Wrota zostały otwarte na oścież i każdy może przez nie przejść. Nie jesteśmy w stanie powiedzieć, ilu dobrych poetów za starych czasów nie dobiło się do głosu. Mogli być świetni, ale nie zostało to zaprezentowane światu.

Dzisiaj pokazuje się wszystkich. Problem tkwi jednak nie w tej ilości i wszystkości, lecz w ogarnięciu tego. Więc znowu nie wiemy, ile smakowitych grzybów mogło się w tej zupie potopić. Nadal zostanie rozpoznawalnym poetą jest kwestią szczęścia, bycia dostrzeżonym w gęstym lesie. I nie ma na to mądrych, musimy nauczyć się z tym żyć. Szczęśliwi ci, którzy natrafią na swojego odkrywcę lub mają mocną osobowość. Przeciętny poeta, który ma może zadatki na poetę dobrego, raczej się nie przebije.

Wszyscy krytycy dadzą sobie spokój z próbami ogarnięcia jak największej liczby tomów?

Mogę mówić wyłącznie za siebie. Jestem w tej dobrej sytuacji, że moje nazwisko jest już w środowisku literackim trochę znane, w końcu siedzę w nim od lat siedemdziesiątych. Dużo ludzi przysyła mi swoje tomiki, ale to garstka wobec wszystkiego, co jest wydawane. To fizycznie niemożliwe. Przyjąłem więc jako krytyk pewną zasadę: jeśli trafia do mnie tomik zadowalający lub zachwycający, wtedy piszę recenzję. Przestałem zaś uprawiać krytykę naganną i kiedy natykam się na grafomana, poetę bardzo słabego, przeciętnego, w ogóle nie napiszę o nim recenzji. Wybieram tylko to, co warto – moim zdaniem – pokazać światu.

Nie doprowadzi to do sytuacji, w której krytyka literacka skupi się tylko na wybieraniu autorów znajomych, na podstawie kryteriów koleżeńskich, a grafomania będzie sobie hasała?

Wśród tomików, które nigdy nie wybiją się na niepodległość, mamy przykłady nie tylko grafomanów. Wiele z nich to tomy zwyczajnie przeciętne, na trójkę czy czwórkę, nie robiące wprawdzie rumoru, ale nie będące też szmirą. Nie przejmujmy się tym. Wierzę, że czas przesieje wszystko.

Podejście bardzo wyważone. Czy jest coś, co zaskakuje pana w literaturze, nowe nurty, prądy?

Mnie nie zaskoczy już nic, ale trzeba pamiętać, że życie literackie bardzo się zmieniło. Ciężko mówić o nurtach, programach poetyckich, grupach literackich, zbiorowych poetykach… Istnieje po prostu kakofonia. Ostatnią bardzo mocną grupę literacką tworzyli tacy poeci jak Barańczak, Kornhauser czy Zagajewski. Teraz wszystko jest rozproszone, ciężko mówić o programowości. Literatura poszła w indywidualizm oraz egotyzm poetycki. Rzeczywistość wydawnicza, wolnorynkowa sprzyjała temu. Jestem zresztą zwolennikiem tych przemian, one mnie kompletnie nie przerażają. Książki dobre powstają w każdych okolicznościach.

Długo mogę mówić o zalewie i nawałnicy, ale znajdują się w niej przecież talenty. One rodziły się i będą rodzić zawsze. Pięć lat temu poznałem Karola Samsela i już wtedy był on rarogiem, jednostką wyrastającą ponad swoje pokolenie. Nie wiadomo, czy uda mu się zostać wielkim poetą, gdyż jest pod względem osobowościowym bardzo pogmatwany, ale takie talenty jak on zawsze będą dostrzegane.

Co czyni z poety takiego raroga?

To sprawa bardzo indywidualna. Z pewnością odmienność stylu, wyobraźni, wyrażania emocji. Ciężko dziś o poezję zbiorową, stadną, programową. Dobry poeta pisze wiersze, które trafiają do ego odbiorcy. Musi też czuć język, mieć językową wyobraźnię. Wszystko to stwarza osobny klimat, dobry dla twórcy. Największą pochwałą dla poety jest rozpoznanie jego niepodpisanego wiersza. To właśnie przymiot indywidualizmu.

Przykłady? Ostatnio pisałem o kolejnym tomie Kaliny Kowalskiej, poetki i nauczycielki ze Świdnika. Absolutnie odmienny język, absolutnie odmienna wyobraźnia! Dwa czy trzy rewelacyjne tomiki wydała Teresa Rudowicz z Kalisza, podobnym rodzynkiem z tego miasta jest Izabela Fietkiewicz-Paszek. Cantatę, nowy tom mojego starego przyjaciela, Andrzeja Gnarowskiego, uważam za wybitną.

To talenty, a talentu nie można się nauczyć.

Krytyka literacka może tym talentom pomagać?

Kiedy odkrywam kogoś w rodzaju wymienionych wyżej, jest to dla mnie wielka satysfakcja. Wtedy zaczynam go śledzić, czytać wszystkie jego tomiki oraz je recenzować. Podlega to oczywiście indywidualnemu gustowi, a nie uniwersalnym prawom zbiorowym, ale przed lustrem trzeba postawić sobie ważne pytanie: ilu dobrych tomów nigdy nie miałem w ręku, ilu świetnych poetów jeszcze nie poznałem.

Podejście spokojne i afirmacyjne jest wynikiem dłuższego procesu, czy zawsze miał pan do tego spory dystans?

Nigdy nie unosiłem się z powodu życia literackiego, zawsze odbierałem środowisko literackie jako zbiór wielu diapazonów. En bloc jest to mieszanina najróżniejszych talentów, a ja przyjąłem zasadę cieszenia się tymi, które uznaję za najbliższe. W ogóle nie mam temperamentu zoila. Za moich czasów recenzowaniem zajmował się Jan Marx, który nie potrafił chwalić poetów. Wydał kilka opasłych tomów krytycznych, w których wyłuskiwał grafomanów i jeździł po nich jak po burej suce. Ja mam charakter odmienny, zajmowanie się poetami kiepskimi uważam za stratę czasu.

Czy podobny temperament wykazuje pan jako poeta?

W moim przypadku wiersze przychodzą ze zjawiska, w które nikt nie wierzy – z natchnienia. Jakiś świr mnie napada i na zasadzie amoku potrafię w trzy dni napisać tomik, a potem nie wydać nic nowego przez pięć lat.

Wiersz nie bierze się więc w pana przypadku z jakiegoś planu?

Kiedy do pisania wierszy siada krytyk literacki, na ten moment krytykiem być przestaje. Utwór siedzi w czymś innym. Amerykanie rozwijali kiedyś dziedzinę nauki nazywaną „psychologią aktu twórczego”. I dziedzina ta splajtowała! Nie dało się usystematyzować żadnych norm, gdyż są to kwestie bardzo indywidualne i rozproszone.

Istnieją dwie kategorie: poeta doctus i poeta natus. Ten pierwszy jest poetą uczonym, ten drugi – naturszczykiem. Proszę spróbować zestawić doctusa Eliota z natusem Ryszardem Milczewskim-Bruno. Nie da się, to dwa na słońcach swych przeciwnych bogi! „Substancje” robiące z nas poetów są rozproszone jak gwiazdy na niebie.

Pan uważa się za doctusa?

Otóż nie! Mimo iż jako krytyk jestem doctus, w przypadku poezji gdzieś się to gubi. Piszę podświadomością, emocjami, spontanicznie. Moje wiersze nie są erudycyjne, chociaż są przepełnione kulturowością. Miałem dużo czasu, żeby nabrać kindersztuby oraz wiedzy kulturowej. A kulturę uwielbiam, jestem ulepiony z kulturowej gliny!

W mojej twórczości może i znalazłoby się kilka wierszy poświęconych czemuś innemu niż kultura, ale pośród dwunastu tomów to absolutna garstka. Zawsze inspirowały mnie sprawy egzystencjalne, wewnętrzne, związane z emocjami i przeżyciami. To wszystko lubiłem maczać w kontekście kulturowym. Nie mam temperamentu na bycie poetą komentującym sprawy bieżące. Posiadam oczywiście swoje poglądy polityczne, ale nie umiałbym ich przetworzyć w wiersze. Żyję kulturą, a nie polityką.

Kulturowość nie jest w poezji tożsama z uczonością?

Kulturowość to korzystanie z symboliki czy tradycji, wpisywanie się w pewien łańcuch poetycki. U mnie to wszystko wychodzi spontanicznie, bez żadnego kombinowania. W życiu nie napisałbym wiersza rozpisanego wcześniej w formie konspektu. Tworzę nerwami, emocjami, a potem sam się swojemu wierszowi dziwię. Doctus w procesie pisania całkowicie we mnie wygasa.

Chociaż poezja uczona nie musi być wystudiowana. Dam przykład oczywisty jak nie wiem co: Zbigniewa Herberta. Jest on niesamowitym znawcą kultury, symbolika oraz uczoność są fundamentami jego poezji. Równocześnie jednak mamy w tej poezji niesamowicie dużo życia, nie jest ona poezją zimną.

A do kogo należy ostateczne zdanie w ocenianiu uczoności i jakości danych utworów? Samego poety, krytyka literackiego czy może czytelnika?

Wymieniona święta trójca w pewnym momencie przechodzi w jedną zbitkę. Dobry poeta ma talent i siłę ekspresji, więc zwracamy na niego uwagę. Dobry krytyk literacki potrafi się na dobrym poecie poznać i podbija mu bębenek, utwierdzając w przekonaniu o jakości danego poety publikę, która już się wokół tego twórcy zbiera. Popularność Szymborskiej czy Grochowiaka nie brała się z powietrza. Bardziej zastanawiam się jednak nad tym, ilu mieliśmy poetów nierozpoznanych, którzy umarli i nie zostali docenieni.

To jedna wielka niewiadoma?

Różne rodzynki mogą być jeszcze wyciągnięte. Norwida odkryto dopiero po jego śmierci. Ożył, choć już nie żył, i to przytrafić może się każdemu dziś zapomnianemu poecie. Nie zapominajmy też, że nie wszystko sprowadza się do recenzentów i komentatorów. Mamy przecież taką instytucję jak Instytut Badań Literackich, gdzie powstają znakomite teksty interpretacyjne. Mają one jedną wadę – są tekstami naukowymi, niezrozumiałymi dla przeciętnego czytelnika. Krytyka naukowa jest w Polsce bardzo mocna, chociaż nieczytana, i wyskoczyć może dopiero po czasie.

Ile w Polsce ludzi publikuje swoje wiersze? Nie mamy pojęcia, jest ich jak piasku na plaży. Większość z nich zostanie rozwiana. I bardzo dobrze. Kto byłby w stanie czytać dziesiątki tysięcy wierszy?

Powinniśmy podchodzić więc do tego optymistycznie?

Przede wszystkim – stoicko. Pośród wszystkich tych mechanizmów produkcji oraz recepcji tekstów, szczególnie w danym nam rogu obfitości poetyckiej, nie jesteśmy w stanie wszystkiego ogarnąć. Musiało się tak stać, ale nie ma co bić na alarm. Mamy obecnie w Polsce bardzo dobrych poetów, mamy znakomitych krytyków, istnieją różne kręgi literackie. W polskiej poezji dzieje się dobrze.


Leszek Żuliński – debiutował na łamach prasy jako poeta w 1971 roku, a jako krytyk – w rok później. Od tego czasu jest stale obecny w polskim życiu literackim. Do tej pory wydał 32 książki – 14 zbiorów wierszy i 18 książek krytycznoliterackich lub związanych tematycznie z kulturą. Krytyka zdominowała jego aktywność pisarską; uprawia także publicystykę kulturalną i felietonistykę. Ponadto ma w dorobku setki wystąpień radiowych, dziesiątki – telewizyjnych, wstępy lub posłowia do ponad 180 książek innych pisarzy, także antologie i prace edytorskie. Pracował w ruchu edytorskim oraz w prasie literackiej – w tygodnikach „Tu i teraz” (1982-1985), „Kultura” (1986-1987) i „Wiadomości Kulturalne”(1994-1998); był sekretarzem redakcji miesięcznika „Literatura” (1987-1994). Współpracował z redakcjami wielu pism. Swoją pracę zawodową zakończył w TVP.


Autorem fotografii ilustrującej artykuł jest Andrzej Dębkowski.


brzoska1

sławomir płatek stacja pomiarowa

anna musiał pandemonium