opinie3

Ludzie ze wsi są gorsi (dla zwierząt)?

W miastach wszystkie pieski są czyściutkie i wysterylizowane, a zwierząt nikt nie traktuje źle. Tak przynajmniej wynika z przemyśleń ludzi, dla których ludzie ze wsi są gorsi. Nie tylko dla zwierząt – są gorsi, tak po prostu.

Gdy tylko porusza się temat złego traktowania zwierząt, niczym nieuzasadniony ciąg myślowy od razu kieruje ludzi na wieś. Że mała miejscowość zła, że ludzie pochodzący stamtąd głupi, niewyedukowani i okrutni. Nie uniknęła tego skojarzenia Kasia, która w słusznym skądinąd wywodzie porusza temat niefajnego traktowania psów. Z jej posta wynika, że okrucieństwo wobec zwierząt jest domeną „wieśniaków”, którzy kundle „przyczepiają do bud, a sadystyczne bachory topią w stawach i jeziorach i robią im inne nieciekawe rzeczy o których się nie chce myśleć, a z których najlepsze bywa przyczepienie na krótkiej lince do drzewa w lesie”.

Co z miastami? Tam głównym problemem jest fakt, że właściciele wolą psy rasowe od kundelków, te zaś doceniają jedynie za wierność. „Ludzie w mieście też bywają różni, ale mają mniejsze możliwości znęcania się nad zwierzętami”, kwituje autorka bloga Red is the New Black, a wtóruje jej Kasia, inspektorka Towarzystwa Opieki nad Zwierzętami: „przykra prawda jest taka, że na wioskach mamy 95% interwencji, w mieście są to sporadyczne przypadki. Polska wieś jest zacofana makabrycznie pod względem traktowania zwierząt i nie ma w tym żadnej klasowości, same fakty”.

Otóż nie, klasizm widać tutaj gołym okiem, zaś jedyny bezdyskusyjny fakt stanowi okrąglutkie jak mój bebzun dziewięćdziesiąt pięć procent interwencji TOZ. I naprawdę mało ważne jest tutaj zadawanie podstawowych pytań metodologicznych (spośród ilu interwencji? ile z tych 95% zgłoszeń jest uzasadnionych? jaką część stanowią te faktycznie świadczące o zacofaniu, a nie o zwyczajnych ludzkich przeoczeniach? jak w końcu zdefiniowane są w przypadku tej statystyki wioski, a jak miasta?), znacznie istotniejszą kwestię upatruję w niezwykle wybiórczym procesie myślowym, pozwalającym wysnuć wniosek o zacofaniu wsi, abstrakcyjnego pojęcia stanowiącego najprawdopodobniej wypadkową obrazów w stylu „Rancza” czy „Arizony”.

Towarzystwa Opieki nad Zwierzętami faktycznie mają znacznie więcej roboty na terenach wiejskich, zaś powód jest niezwykle prosty – mieszkańcy wsi mogą zwracać się wyłącznie do tego typu instytucji, nie mając na podorędziu straży miejskiej. A to właśnie ona dokonuje w miastach interwencji zwierzęcych, dokonuje ich w liczbach olbrzymich. Ze statystyk Referatu ds. ekologicznych m. st. Warszawy wynika, że zgłoszenia dotyczące zwierząt stanowiły w 2015 r. trzeci pod względem częstotliwości temat zgłoszeń do straży miejskiej. 45% spośród 46 tys. interwencji dotyczyło psów i kotów (w większości bezpańskich), „W trakcie podjętych interwencji strażnicy z Ekopatrolu odłowili w sumie 8 636 zwierząt. Znaczącą część stanowiły zwierzęta bezdomne, agresywne, porzucone lub zagubione, wśród nich w większości były to psy (2 977) i koty (1 520)”, zaś „najwięcej zwierząt odłowiono w maju (1 115) i czerwcu (1 025) – dwukrotnie więcej niż w miesiącach zimowych i wczesnowiosennych. W ocenie strażników rosnąca liczba odłowień (zwłaszcza psów i kotów) w miesiącach wiosenno-letnich ma najczęściej związek z celowym porzucaniem zwierząt.”

Niedużo w skali tak dużego miasta, jakim jest Warszawa? To statystyki obrazujące celowe porzucanie zwierząt w obrębie wyłącznie stolicy, a nietrudno wyobrazić sobie, że mało kto wywozi niechcianego podopiecznego tylko dzielnicę dalej. Nieprzypadkowo wiosną i latem w lasach oraz na obrzeżach wsi pojawiają się liczne psy. Zadbane, pozbawione jakichkolwiek elementów świadczących o możliwości zagubienia (obroża, smycz, chip), kompletnie nie potrafiące odnaleźć się w rzeczywistości dziko-wiejskiej. Trudno przyjąć, że tak scharakteryzowane zwierzę wzięło się tam znikąd lub przyleciało z sąsiedniej wsi.

Skoro trzymanie psa na łańcuchu łączy się z wiejską mentalnością (chociażby dość jaskrawo w tym tekście i komentarzach doń), to czemu wyrzucanie psów przed wakacjami nie jest już charakterystyczne dla mentalności miastowej? W czym przeciętny mieszkaniec wsi różni się od przeciętnego mieszkańca miasta, że to właśnie on musi odpowiadać w obiegowych opiniach za działania swoich współziomków?

Zahaczyć warto również o kwestię całkowicie umykającą w statystykach, bo i pod względem metodologicznym niezwykle trudną. Podobnie jak w przypadku problemów alkoholowych czy przemocy w rodzinach, złe traktowanie zwierząt jest na wsi o wiele łatwiejsze do wychwycenia. Byle jak skleconą budę widać zza żywopłotu lub siatki, podobnie jak za krótki łańcuch. W mieście tymczasem nie sprawdzisz, czy miły starszy pan z klatki obok nie wstrzymuje psu wydawania wody za każde poranne pisknięcie, albo czy ta fajna trzydziestolatka wychodząca każdego ranka na kilka godzin do korpo nie zamyka na ten czas psa w ciasnej ubikacji. Łamanie praw zwierząt przyjmuje najróżniejsze formy, a ja nie widzę powodu dla pomijania tych mniej rzucających się w oczy. Czego oczy nie widzą tego miłośnikowi praw zwierząt nie żal?

Ostatecznie nie chodzi jednak o przerzucanie się statystykami. Problem w tym, że człowiek wilkiem nie tylko człowiekowi, że skandaliczne traktowanie zwierząt wciąż przyczynia się do cierpienia niewyobrażalnie wielkich mas naszych braci mniejszych. Piętnowanie grupy społecznej za tego typu działania, przy całkowitym pominięciu analogicznych „zasług” innej części społeczeństwa na tym samym polu, części znacznie większej i o wiele lepiej reprezentowanej w dyskursie publicznym, bardzo brzydko pachnie mi dyskryminacją. Szczególnie jeśli winę przypisuje się stereotypowym cechom danej grupy. Jak wygląda to w teorii? Schemat jest znany od dawien dawna, funkcjonuje od miliona lat i funkcjonował będzie jeszcze długo.

  1. Wyznacza się linię podziału społecznego (czarny/biały; muzułmanin/chrześcijanin; ksiądz/świecki; człowiek ze wsi/człowiek z miasta).
  2. Analizuje się dany problem dotyczący jednej grupy społecznej (współczynnik przestępczości wśród nastolatków ze społeczności czarnoskórych; nadużycia seksualne muzułmańskich imigrantów; pedofilia wśród księżyl; przedmiotowe traktowanie zwierząt przez ludzi ze wsi).
  3. Problemów tego samego typu w przypadku drugiej grupy nie analizuje się w sposób analogiczny lub bagatelizuje się je (patologiczne przestępstwo czarnoskórego nastolatka nie jest równe błędowi młodości nastolatka o białym kolorze skóry; gwałciciel o korzeniach chrześcijańskich jest w przekazach medialnych po prostu „gwałcicielem”, podczas gdy gwałciciel o ciemniejszej karnacji jest „gwałcicielem muzułmańskim imigrantem”; pedofil-mechanik samochodowy jest „pedofilem”, a ten będący kapłanem to już „pedofil w sutannie”; człowiek ze wsi traktujący przedmiotowo zwierzęta robi to jako niewyedukowany wiejski głupek żyjący w okrutnym świecie i przygotowywany do tego przez wiejskie tradycję, zaś człowiek z miasta wyrzucający psa z samochodu po prostu się tym psem znudził).
  4. Wyciąga się wnioski. Z dupy.

Mechanizm jest dość prosty i łatwo go wychwycić w praktyce, porównując podejścia do różnych form łamania praw zwierząt. Wyszczekani dopatrują się na przykład problemu w okrutnych wiejskich tradycjach:

zwracamy uwagę MY, „MIASTOWE”, co życia na wsi nie znają, tradycji nie szanują i do PSL-u nie należą. I w tym miejscu należą się ogromne podziękowania i słowa uznania, dla tych wszystkich MIASTOWYCH, którzy wynieśli się na wieś, wsiąknęli w jej strukturę i pokazują, że psa można traktować inaczej niż szkodnika (…) O tych organicznych edukatorach nie mówi nikt. Oni sami czasem nawet nie wiedzą, że wykonują pracę u podstaw, a to chyba jedyna droga prowadząca do powolnej zmiany mentalności.

Czy wyrzucenie psa z samochodu traktować będą jako element realiów miejskich i tradycji przynależnej ludziom z miasta? Czy kampanie mające na celu przeciwdziałaniem podobnym praktykom również uznają za niesienie kaganka oświaty do głupiego oraz głuchego ludu? Nie sądzę, choć dowodów na podwójne standardy nie mam, w przeciwieństwie do Anonima komentującego artykuł „Pies na polskiej wsi”, zamieszczony na blogu Za moimi drzwiami. W długiej wypowiedzi pisze on:

Też mieszkam na wsi i widzę jaka w większości jest nadal mentalność owych „prostych ludzi”. Przeważnie to zwyrodnialcy i patologia, nie mam innych słów. Sąsiadka z naprzeciwka ma koło budy drewnianą pałę, którą regularnie psa okłada (jest 24h na łańcuchu, buda w pełnym słońcu, dostaje lanie za kopanie dołów). Zgłaszałam do gminy, na policję, do schroniska, wszyscy olali. Schronisko mi odpisało że pomyliłam adresy. Poprzedniego psa wygnała za płot po latach,bo był bardzo stary, żeby zdechł z głodu. Gmina go uśpiła, a teraz wzięła tego wyżej wspomnianego na kolejne lata udręki. Próbowałam ją nagrać jak go bije, ale za duża odległość. Czy taka osoba nie powinna siedzieć, już za tego pierwszego psa? Sąsiad trzyma psa w upale na łańcuchu, pies wyje i się wyrywa, upominam, jest samo południe,35 stopni. „Wodę ma, nic mu nie będzie”. Dzwonię na policję, bo jakie inne wyjście? Sąsiadka, wiek 80 lat opowiada pękając z dumy, jak to jej wnuk Rafałek tłucze żaby, a raz udało mu się zatłuc łasicę. Inni znów na odwrót, puszczają psy na noc za płot, nie karmią, a te wpół zdziczałe stają się niebezpiecznymi szkodnikami dla dzikiej zwierzyny, ale czy to ich wina że szukają pożywienia? Na parę osób wpłynęłam w pozytywnym sensie, tj kilka wysterylizowanych suk i kocic. Ale głównie jestem wrogiem i tą co „nasyła” policję na Bogu ducha winnych obywateli.   

To jest oczywiście wina mentalności. W opisie wyrzucanych psów miejskich tej winy oczywiście nie ma:

Dodatkowo co roku kilka ładnych, rasowych psów jest wyrzucanych na pastę losu i jakimś cudem zawsze przyłażą do mnie. Nazywam ich „psami gwiazdkowymi”. Zwykle to się zgadza – młody, ładny chyba kupiony pod choinkę dzieciakowi, ale już urósł i się znudził, a „państwo” musi jechać na wczasy to psa się wyrzuci pod lasem. Niektóre przeżywają prawdziwą traumę. Wyżła podchodziłam ponad miesiąc,siedział w zbożu, blisko asfaltu i wyglądał tylko na samochody. Najpierw wynosiłam mu jedzenie, potem chodziłam z moimi welshami i to one go do mnie przekonały:) wyprowadziły w końcu z tego żyta i dał się pogłaskać:) znalazłam mu fantastyczny dom. Żadnego z tych wyrzutków nie dałam do schroniska, jest to o tyle łatwe że zwykle są rasowe. Shih tzu zatrzymałam sobie, bo była urocza:) Dziwiłam się że ktoś mógł ją wyrzucić, do czasu jak na rtg wyszła poważna wada kości… więc mają problem z głowy, niech kto inny się tym zajmie. Bardzo ubolewam na tym, że polski naród jest taki podły. W tych czasach na prawdę ludzie powinni być już na tyle uświadomieni, żeby nie zadawać tym zwierzakom takich cierpień.

Żeby był to koniec! Anonim wraca po chwili do kwestii wiejskiej znów szafując mocnymi określeniami, zaś w odpowiedzi na komentarz wtóruje mu Hana:

Rozumiem,na wsiach panuje bieda. Ale skoro sam nie mam co jeść to po co biorę psa na męczarnię? Zresztą obserwuję po tym młodym pokoleniu co rośnie u moich sąsiadów, że ta mentalność się raczej nie zmieni.

Anonimowy, to nie jest sprawa biedy. To wyłącznie sprawa chorej mentalności i zwykłe okrucieństwo. W mojej wsi biedy nie ma!  

Mechanizm prosty i doskonale widoczny, jednak anonimowe komentarze w internecie nie wszystkim wydają się odpowiednim materiałem na analizę dyskursu (zupełnie niesłusznie, jednak jest to temat na zupełnie inną dyskusję). Znacznie mniej kontrowersyjnym pod względem reprezentatywności materiałem może być wywiad z Jackiem Bożkiem, tytanem pracy ekologicznej. W wywiadzie dla Newsweeka udzielonym przed dwoma laty dość łatwo przychodzi mu sklasyfikowanie problemu z trzymaniem zwierząt w nieludzkich warunkach w przypadku wsi:

Zapewne dlatego, że należy do tej kategorii ludzi, którzy nie odczuwają empatii wobec zwierząt, nie przychodzi im zupełnie do głowy, że zwierzę cierpi. Niestety, ten brak empatii typowy jest jeszcze na polskiej wsi.

Gdy opowiada zaś o problemach typowo miejskich (żywe ryby przetrzymywane w skandalicznych warunkach w marketach oraz na targach) czy też przemysłowych (kury w ciasnych klatkach), przestaje je klasyfikować jako charakterystyczne dla danego miejsca lub grupy społecznej. Ponawiam pytanie – czemu? Bo mieszkaniec wsi gorszy?

Złe zachowanie wobec zwierząt równie dobrze (a może nawet i bardziej adekwatnie) moglibyśmy nazywać miejskim czy mieszczańskim, ludzi traktujących przedmiotowo swoich podopiecznych miastowymi lub mieszczanami, zaś w co drugim artykule o prawach zwierząt linijkę „szczególnie na wsi” powinno zamienić się na „szczególnie w miastach”. Dość oczywistym jest, że tak się nie stanie. Choć Kasia jest osobą o poglądach mocno równościowych, nie ma nic przeciwko political correctness i z pewnością zastanowi się następnym razem nad doborem słów, to ciężko mi wyrażać podobną nadzieję w stosunku do innych ludzi.

Nie potrzebujemy klasizmu, nie potrzebujemy niemerytorycznego odróżniania mieszkańców wsi od mieszkańców miast na podstawie stereotypów. Potrzebujemy zdecydowanych działań wymierzonych w okrucieństwo wobec zwierząt, a nie podkarmiania swojego ego. I nieistotne, czy owo podkarmianie jest czynione świadomie, czy nie.