Marcopantani przestał opowiadać o swoich zmarłych kolegach

Wśród cyklicznych polskich slamów niepoślednie miejsce zajmują turnieje organizowane w ramach spotkań poetyckich literuFKA, flagowego projektu poznańskiej Fundacji KulturAkcja (dawniej – Fundacja Kultury Akademickiej). Pierwsze spotkanie tej jesieni zebrało wprawdzie tylko sześcioro uczestników, ale przy okazji udowodniło, że dobra marka cyklu nie jest przypadkiem. Kto wygrał i czemu cieszy się z faktu, że Marcopantani przestał opowiadać o swoich zmarłych kolegach? Zapraszam do lektury relacji ze slamu po spotkaniu z Agnieszką-Wolny Hamkało.

Slam w Dragonie to dobra impreza

Jakie elementy sprawiają, że wydarzenia w klubie Dragon przyciągają co dwa tygodnie kilkadziesiąt osób? – Sądzę, że połowa przychodzi z prostego powodu – to po prostu dobra impreza. A nam chodziło właśnie o to, żeby poezję i literaturę przedstawiać w sposób dobry, atrakcyjny i miło pachnący. Żeby to było coś, co ludzie będą traktowali na zasadzie fajnego spędzania czasu, a nie górnolotnych dyskusji akademickich – mówił przed rokiem Mateusz Dworek, jeden z twórców cyklu, w wywiadzie dla projektu Obgadajmy poezję. Ważnym punktem takiej narracji jest oddanie głosu ludziom. – Występ slamerski zdecydowanie jest równorzędny z tym, co dzieje się w trakcie spotkania z poetą. Skłamałbym jednak, gdybym stwierdził, że slam nie zachęca. Zdarza się przecież, że na slamie zbiera się dwa razy więcej osób niż na spotkaniu. I bardzo dobrze. Nikt nie powiedział przecież, że większą gwiazdą nie jest osoba wygrywająca slam. To absolutnie równorzędne role i w tym tkwi sukces podobnych imprez – tłumaczył.

Połączenie slamu z poważnym spotkaniem może też windować do góry oczekiwania publiczności. Właśnie tak na tego typu formułę patrzy Dagmara Świerkowska, zwyciężczyni pierwszego w tym roku akademickim turnieju. –Ludzie chodzący na spotkania mogą oczekiwać od slamerów innego, lepszego poziomu. Odwołań intertekstualnych, bogatego tła i kontekstu, bez zbędnego pitu-pitu. Tymczasem w slamie nie wszystko jest wypowiadane serio, na scenie pojawiają się też ludzie szukający dobrej zabawy przy piwie czy chcący w formie stand-upowej ponarzekać na świat. Slam polega także na tym – podkreśla.

Wymagania publiki służą slamerom

Takie nastawienie widzów sprawia, że scena dragonowa stanowi świetne miejsce do poprawiania swojego warsztatu. Publiczność nie daje nikomu taryfy ulgowej, co przekłada się na starania uczestników i ich progres. – Widać, że osoby slamujące od niedawna zaczynają przyzwyczajać się do slamów i wyrażać swoje myśli w konstrukcjach przeznaczonych do wygłoszenia na scenie. Zawodnicy znani lokalnej publice starali się zaprezentować coś nowego: slamujący od czerwca Szymon włączył do swojego repertuaru śpiew, a doświadczony życiowo Marcopantani przestał opowiadać o swoich zmarłych kolegach – zauważa Dagmara.

Zwyciężczyni dostrzega również, że bardzo duży wpływ na oczekiwania publiczności ma miejsce, w którym literuFKA się odbywa. – Publiczność, która przychodzi do Dragona, nie jest tak przebodźcowana jak publiczność ze slamów na KontenerART [wakacyjna miejscówka slamowa w Poznaniu – dop. MM.]. Jest ciemno i kameralnie, atmosfera sprzyja liryczności i niekoniecznie sprawdza się śmieszkowanie. Społeczność skupiona wokół Dragona przyjmie z radością teksty subtelniejsze, a na obrzydliwe frazy typu „wsadziłem penis w gorące kakao” kompletnie nie znajdzie miejsca. Sama jestem przywiązana do spokojniejszych tekstów i na takiej scenie jest mi zdecydowanie milej – deklaruje.

I może dlatego warto przejść się kiedyś na slam w Dragonie, tym bardziej, że Marcopantani nie opowiad już o swoich zmarłych kolegach? 😉