tworczosc3

Miasto nła

W takie dni jak ten, mgielno-deszczowy, z domieszką wyraźnej nuty przedwiośnia, miasto jest całkowicie pogrążony w estetyce noir. Tej bardziej burej niż brudnej, niewprawne nojr, nie zaś wyrobione nła. W takie dni jak ten, wracając z jednego ze sklepów PSS Społem, dzielnie walczącego z nawałem Biedronek doskonałą jakością produktów (dekadę wcześniej – nie do pomyślenia!), obskakiwać musi pieszy hałdy błota, kałuże barwione najsmolistszymi odcieniami Gangesu, płócienne i lniane torby rozstawione przez setki stawigudzian i barczewian, mieszkańców wiosek leżących w zasięgu dwudziestominutowej podróży okejką typu szwagrobus.

Przechodzi człowiek, niekoniecznie typowy mieszczuch, najświeższy produkt błyskawicznej ewolucji, wtłaczającej przeważającą część społeczeństwa, tę mieszczańsko-chłopską, w skórę przedstawicieli warstwy robotniczej, która z kolei przekształciła się w niższą klasę średnią. Jemu jednak, podczas codziennego spaceru, nie zalega w oczach ta szarość, która w burych dniach mgli się w oczach warmińskich przechodniów, zajmując miejsce zwyczajowej afirmacji bycia prowincjonalnym pionkiem, będąc z wierzchu pełną frustracji, w głębi jednak tych twarzy – radosną. Omijając wykreowane przez pogodę oraz kanibalizm przeszkody, człowiek ów, oczytany i inteligentny profesor, zmierza dostojnie spiesznym krokiem ku niewielkiej kawalerce.

Gdy dochodzi już na trzecie piętro, gdy znajduje właściwy klucz, przez troskliwą wnuczkę oznaczony czerwoną kropką z lakieru do paznokci, nie wie jeszcze, jaki widok zastanie w mieszkaniu. Po zdjęciu popielatego płaszcza oraz rozbuciu się, doktor Hap wchodzący do kuchni nie wydaje się jednak zdziwiony. Spośród osób, które znajdują się w posiadaniu kompletu kluczy, tylko szwagier mógł wnieść do domu zapach potu, zalegający już w korytarzyku.

– Ty, szwagier, będziesz wiedzieć co robić.

– Ja rzeknę, ty zaś posłuchaj wróżbiarza.

– Zawsze – mówi to nie bez cienia ironii w głosie, pogardzając jak zazwyczaj lekkim pomieszaniem zmysłów profesorka.

– Przeto szczęśliwie sterujesz tą nawą.

Nie doczekawszy się odpowiedzi, doktor Hap wlewa do czajnika wodę, zręcznie rozniecając ogień kupionej niedawno kuchenki elektrycznej, lśniącej jeszcze bielą. Wyróżniało ją to z pomieszczenia pokrytego delikatnym zapuszczeniem, jednak antyseptyczność kuchennego pejzażu z funkcyjnym sztafażem nie zdołała rozproszyć szwagra tak skupionego na dzisiejszym dylemacie, że nie zauważył nawet wyłącznie jednego kubka oczekującego na zalanie wrzątkiem.

– Kiedyś przycinanie na wachę było prostsze, prawdaż? Tankowałeś więcej niż było potrzeba. Jak było pół godziny przerwy to myk wszystko do karnisterków, a te później za ładny pieniążek dla urzędasów. Lata dziewięćdziesiąte, różnie się kombinowało, prawdaż? No, szwagier?

– Po ciężkich smutkach, wielkich mękach, mozołach długich i włóczędze, cierpienie, bakalarstwo wraże, rozum otwarło mi, do biesa…

– Dej szwagier pokój i słuchaj. Potem wiesz, coraz gorzej, jakieś regulacje, unie, audycje się zaczęły pojawiać i ewolułować moją pracę, no do kurwy nędzy ciężkiej. I w końcu zrobili te wszystkie tabelki, gdzie tam masz wydzielone paliwo wpisane na siebie, do swojej trasy, do zapisów GPS jebanych.

– I biegli dalej, aż biała piana poczęła spadać płatami z koni…

– Słuchaj – szwagier zignorował doktora Hapa, mimo iż postukujące palce wiodły go przez drogę między okruchami na stole wystarczająco nerwowo, aby uwidocznić profesorowi zdenerwowanie gościa. – Teraz wymyślili, za moimi plecami wzięli zrobili, nową algidę. Lody też na paliwie kręcą, ale jak – podmieniają wydaną ropę na ruską. A z marży i tak wpada forsa niezła, pokumać możesz się w tym?

– I masz to udokumentowane? Zdjęcia? Pomiary ropy, spalin, różnice w spalaniu? Masz?

– No i widzisz szwagier, teraz mówisz do rzeczy. Styknie jak to zrobię?

– Uręczamy, że niedźwiedź zabity dziś w boru, przez dwa lata wystarczy na kuchnię klasztoru.

Gdy szwagier wychodził, profesor utkwił wzrok w suficie. Myślał, co poszło nie tak, że z ocierającymi się o kryminał nojr sprawami przychodzi do niego nadpotliwy członek patologicznej części rodziny, a sam doktor Hap wida gościa ze szklanką mleka lub herbaty w trzęsących się rękach, miast oczekiwać ze szklanką whiskey w nonszalanckiej dłoni na ubraną w futro z norek piękność typu nła.