Na granicy płaczu i szczerości – Anna Fiałkowska – wywiad z okazji premiery tomu lalka bellmera

anna fiałkowska

Kiedy mówię, że nie lubię ludzi, to nie lubię tego, że próbujemy nawzajem siebie zgnieść zamiast zdjąć maski. A powinniśmy je zdjąć, i to nie tylko z twarzy gwałcicieli i seksistów, ale też ludzi bojących się. I tym właśnie ma być lalka bellmera. Mówieniem o swoich problemach bez atakowania, bez zasłon z ironii i metafor – mówi Anna Fiałkowska w wywiadzie z okazji premiery tomu lalka bellmera.

Skąd u ciebie fascynacja Bellmerem i jego lalkami?

Dwa lata temu dostałam od chłopaka na urodziny książkę z wydawnictwa słowo/obraz terytoria – esej Konstantego Jeleńskiego o Bellmerze. Na okładce była lalka z nogami zamiast tułowia i oczywiście książki nie przeczytałam, ale obejrzałam sobie zdjęcia tych lalek, a później podczas gry w Silent Hill 2 napotkałam potwory wyglądające jak te lalki, takie nogo-nogi. Zafascynowały mnie. To więcej niż standardowe lalki, będące zwykłymi manekinami. Nie są w ogóle ludzkie, stanowią dziwne przedmioty powstałe z niepokojów faceta z Katowic.

Ma to szersze rozwinięcie interpretacyjne w osobie głównej bohaterki książki, która to chce a to nie chce być lalką Bellmera.

Najpierw wyraża sprzeciw wobec uprzedmiotowienia, ale potem następuje gorzkie pogodzenie się z rzeczywistością. Właśnie tak wygląda w życiu dorastanie: z czasem ludzie wpasowują się w role społeczne i poddają się wpływom im narzucanym. Poddanie wiąże się jednak również ze zgodą na coś, co jest czasami dobre. Sprzeciw wobec ubezwłasnowolnienia nie może być doprowadzony do końca – i tak rozplanowałam lalkę bellmera, jako historię buntu przechodzącego w pogodzenie się z losem. Złożenie broni jest uniwersalne, obserwujemy to na co dzień, choć jako twórca chciałam ukazać również złe strony tej zgody na narzucane wymagania.

Za pewien przejaw zgody na zło uznać możemy jego estetyzację?

To kalejdoskop obrazów, które biorą się nie tylko z moich przeżyć, ale i obserwacji, których przetworzenie zakorzenione jest w moich odczuciach. Zależało mi na ich bliskości i wobec języka, i wobec prawdziwych wydarzeń. Taki właśnie jest mój zamysł na wiersz: aby jego treść nie była utopiona w metaforze, ironii czy trudnym wyrażeniu. Dobrze byłoby, gdyby współczesna poezja wróciła do Różewicza, plasowała się na granicy płaczu i szczerości.

Ma być to szczerość na poziomie odczuć i emocji, czy również prawdziwości doświadczeń?

Kiedyś prawdziwość doświadczeń była dla mnie bardzo ważna i obiecywałam sobie, że moje teksty będą dosłownym opisem moich doświadczeń z okresu dorastania. Wiersze, które piszę teraz, są w jakiś sposób z nich złożone, ale też umieszczone w szerszym kontekście. Zależy mi bardziej na szczerości mówienia o rzeczywistości i o tym, jak przeżywają ją ludzie w moim wieku, niż pisaniu o sobie samej.

Historia lalki bellmera to historia jednego manekina układanego w różnych pozycjach, czy raczej kilka różnych modeli?

To jeden podmiot umieszczony w różnych sytuacjach, postać mająca wypowiadać w jakiś sposób to, o czym nie chce mówić wiele kobiet w moim wieku. Na pewno nie dokonywałam jednak redakcji polegającej na jak największej uniwersalizacji każdego z tekstów. lalka bellmera wypływa bardziej z osobistej potrzeby powiedzenia tego, co może być komuś bliskie, niż dopasowania do jak najszerszych kontekstów. Choć tę bliskość zakładam oczywiście autokratycznie.

Twoje teksty wpasowują się więc w jakiś sposób w założenia programowe poezji, która nie jest cudem?

Moje wiersze nie są manifestami, nie taki był na nie pomysł. Nie za bardzo trawię poezję zaangażowaną i nie rozumiem, na czym polegać ma jej zaangażowanie. Na tym, że poezja zaangażowana jest zaangażowana? Co to znaczy? Dla mnie wiązać musi się to z czytelnikiem i w takim ujęciu najbardziej zaangażowany byłby Świetlicki, który według słów poważnych ludzi stał się grajkiem śpiewającym swoje wiersze dla licealistów. Oni przychodzą, chcą tej poezji słuchać, a potem czytać ją i rozumieć. Byłam taka sama jak oni i z tej perspektywy patrzę na zaangażowanie – jako na coś, co przyciąga czytelnika lub słuchacza poprzez wgryzanie się w jego rzeczywistość.

Chcesz więc zwyczajnie trafiać do ludzi?

Nie chcę, aby mój wiersz stał się manifestem w znaczeniu deklaracji politycznej, ale jak najbardziej mógłby być wyrazem emocji mających porwać ludzi. Poezja zaangażowana tego nie robi, a przynajmniej nie w takim stopniu, w jakim chciałaby tego dokonywać.

Trafianie do ludzi z poezją zorganizowane jest często dość nieudolnie. Poeci nie są pokazywani na zewnątrz, nie trafiają na billboardy i empikowe półki jak Remigiusz Mróz czy Katarzyna Bonda. Umieszczenie ich tam byłoby oczywiście bardzo kosztowne i ryzykowne, ale może dzięki temu poezja pojawiłaby się w miejscach innych niż półki kameralnych księgarni, do których trafią tylko zainteresowani.

Gdy pojawiły się tak promowane tomy, prostsze i bliższe czytelnikowi niż poezja czytana na uniwersytetach, środowisko literackie nie przyjęło tego zbyt dobrze.

Dla mnie nie za bardzo jest to poezja. Jako osoba dość radykalna nie widzę książek w masowo produkowanych kryminałach czy romansach, które służą ludziom do zrobienia sobie zdjęcia i wrzucenia go na instagram z hashtagiem #bookaholic. To wygląda jak książka, czyta się to jak książkę, ale czy ma jakieś znaczenie poza zapewnianiem rozrywki, czy wpływa na świat? Też lubię odpoczywać, też oglądam Kuchenne rewolucje, ale czy powinniśmy się ograniczać tylko do tego? Podobnie jest z poezją instagramową – produktem stanowiącym zdania oddzielone enterami.

Czy ktoś ze środowiska literackiego mógłby więc trafić do tych ludzi, do których trafia poezja instagramowa?

Czytam ostatnio więcej polskiej poezji i podać mogę dwa przykłady: Ogrodników z Marly Joanny Żabnickiej oraz Wątpia Ani Adamowicz. O ile nie są to wiersze, które robią na mnie ogromne wrażenie, tak widzę w nich coś, co zdecydowanie może trafić do ludzi. Z jednej strony mamy poezję o tym, jak ładnie jabłko spada z drzewa w ogrodzie, z drugiej o ciężkości ciała i ciężkości życia w świecie – czemu nie pokazać tego czytelnikom na półkach wielkich księgarń i na jutubie? Po jednym z moich ostatnich spotkań autorskich dowiedziałam się, że wszystko było nagrane, że takich nagrań z poprzednich spotkań są setki, ale nic się z nimi później nie robi.

Nie jest tak, że na jutube lepiej obejrzeć sobie ładny teledysk, a o uprzedmiotowieniu przeczytać w tekście publicystycznym? Co może dać komuś czytanie poezji na ten temat?

Dobrze napisana poezja mówi o tym człowiekowi w znacznie bliższy mu sposób. Niestety, poezja współczesna od tego odchodzi i zamyka się w skorupie „ci co wiedzą, to wiedzą”. Oddala się więc od tych czytelników, którzy mogliby być przez nią dotknięci. Oczywiście nie trzeba czytać na dzień dobry Różewicza, a do śniadania otwierać Antologii wierszy ssmańskicch Piotra Macierzyńskiego.

Czytelnicy sięgają po Mleko i miód dlatego, że ten tom jest im podsuwany pod nos. W sklepie kupuje się chleb z przeceny, papier toaletowy z półki przy brzegu alejki, a w Empiku książkę leżącą na wierzchu. Tak to działa – jest promocja, jest sprzedaż. Nie odmawiam ludziom prawa do czytania Rupi Kaur czy Anny Ciarkowskiej. Chciałabym po prostu, aby mieli też możliwość zobaczenia innej poezji, aby poezja się na nich nie zamykała.

Kto ma im tę poezję pokazać?

Od tego są ludzie starsi od nas, pracujący w wydawnictwach czy profesorowie na uczelniach. Ci ostatni kreują jednak swój obieg zamknięty, a pierwsi nie korzystają z możliwości, które mamy. Przecież Ciarkowska robiła zdjęcia swoich wierszy i tak zdobywała czytelników, tak samo jak youtuberzy nagrywający filmiki z grania w gry, a później piszący książki o swoich poglądach na życie. Poezja czy sztuka uznawana akademicko za wyższą mogłaby się przecież obniżyć, zbliżyć do czytelnika. Twórczość rzekomo trudna jest często taką tylko dlatego, że mówi się o niej jako o czymś niezrozumiałym. Próba dyskredytacji Ciarkowskiej czy Rupi Kaur to zły sposób na mówienie o poezji, stawiający poetów ze środowiska literackiego na pozycji ludzi, po których wiersze warto sięgnąć tylko dlatego, że nie są kolorowe i łatwe w odbiorze. A przecież gdy sięgamy po coś do przeczytania, rzadko kiedy kryterium naszego wyboru można streścić w zdanie „biorę to do ręki, bo jest trudne”.

Uważasz, że lalka bellmera realizuje w jakiś sposób te założenia?

Jest zrozumiała i otwarta na czytelnika, ale to nie wystarczy. Czytelnik musiałby ją widzieć na półce lub przeczytać coś o niej w recenzji. Problem może być jednak również z tym drugim. W szkicu o Thomasie Bernhardzie Marcin Bełza napisał ostatnio, że krytyka literacka zamyka dyskusję zamiast ją otwierać. Czytając recenzje tomów poetyckich często dowiadujemy się o nich zbyt dużo, streszcza się je wręcz, przez co po przeczytaniu takiego tekstu nie ma już potrzeby na sięgnięcie po książkę. A gdzie miejsce na element zachęcający?

Tymczasem w tekstach promocyjnych o Ciarkowskiej czy Kaur mamy więcej o tym, jak te wiersze wyglądają i czemu warto je przeczytać. Nikt nie analizuje dokładnie ile razy podmiot liryczny poszedł z kimś do łóżka i nie opisuje dokładnie w jaki sposób to robił. Czytelnik czuje się więc zachęcony do lektury, stety i niestety. Tak samo jest z kinem – przed pójściem na seans nie dowiadujesz się wszystkiego o treści, masz ogólne pojęcie na temat filmu i wybierasz albo pójście na Botoks, albo Kształt wody. To pierwsze jest popularniejsze, ale widzowie mają też dostęp do filmów bardziej kameralnych.

I tyle wystarczy, aby ludzie czytali poezję?

Jasne, że w szerszym ujęciu potrzeba o wiele więcej, jak na przykład zmiana podejścia do literatury w szkole. Mamy tam sporo książek nudnych i niezrozumiałych, ale nawet Ferdydurkę czy Wesele przedstawia się często na zasadzie klepania o tym, co jest w nich napisane scena po scenie, zamiast prób zainteresowania uczniów poszczególnymi lekturami. Szkoła zamiast pokazywać świat zamyka ciekawość, a potem nie ma już czasu na jej rozwijanie. Trzeba pójść na zajęcia, do pracy, a potem ugotować obiad i kolację, więc nic dziwnego, że łatwiej wybrać obejrzenie Iron Majdan niż dodatkowo poświęcać czas na szukanie rzeczy, o których istnieniu nie miało się nigdy pojęcia.

Można zadać sobie pytanie, czy warto walczyć o literaturę, kiedy umiera na naszych oczach. Umiera jednak tylko tutaj, nie umiera natomiast w Niemczech. Albo w Szwecji, gdzie Knausgaard przeraźliwie dla mnie nudnym, sześciotomowym dziełem zachęcił ponoć wszystkich Skandynawów do sięgania po coraz to kolejne książki. Przykład Kaur czy Ciarkowskiej pokazuje, że istnieje potrzeba czytania o emocjach. Może więc trzeba pokazać ludziom, że już się o nich pisze?

A o jakim człowieku opowiada lalka bellmera? Poddanym różnego rodzaju przejawom społecznej opresji od początku do końca?

Pierwotny tytuł tomu to Przeobrażenie zupełne, odwołujący się do rozwoju owada, i o rozwoju opowiadają trzy części tomu: Larwa, Poczwarka i Imago. Nie jest to oczywiście historia zupełnie liniowa, ale składa się na opowieść prowadząca z punktu do punktu. Wraz z rozwojem tej larwy- człowieka zmienia się też opresyjność. Bronimy się przed nią przyjmując różne role lub w odpowiedzi atakując. Ze mną też tak często było – wolałam wydać bitwę niż usiąść do rozmowy.

Nie będę utrzymywała, że jestem świętym Franciszkiem, ale zmieniam się i wierzę, że zmienić mogą się ludzie i społeczeństwo. Nic nie denerwuje mnie tak jak zmarnowany potencjał człowieka, który może być wrażliwszy, ale z upływem czasu zamienia się w najeżoną kolcami skorupę. Nie na tym powinien polegać rozwój i dorastanie. Poezja może pokazywać, że wrażliwość jest okej i wspomniane książki Ciarkowskiej i Kaur doskonale spełniają tę rolę. Mówienie o swoim porzuceniu, bólu, samotności, strachu i niepokoju jest ważne.

Z jednej strony mówisz o wrażliwości, z drugiej jako osoba często pokazujesz te kolce. Nie ma w tym sprzeczności?

Jest w tym dużo sprzeczności, ale w kim jej nie ma? Osoba nie może być wierszem, trzeba byłoby zmienić postać ze stałej na płynną lub gazową. Często atakuję i jestem osobą radykalną, bo właśnie tak staję do walki z ludźmi, których nie lubię, bo się ich boję. Wiadomo jak działa świat – trudno nie stać się z czasem chujem, to zwyczajnie pomaga w przetrwaniu. Proces wchodzenia w dorosłość i wpasowywania się w społeczne mechanizmy jest często ciężki, a nawet jeśli nie zostało się zmiażdżonym przez falę w szkole, to trzeba nauczyć się ignorować potrzeby innych czy szukać pracy poprzez oszustwo. Dobrze byłoby przesunąć świat w stronę mniejszej opresywności, choć ma się czasami wrażenie, że sprawy ciągle idą ku gorszemu. Mamy jednak protesty społeczne i nadzieję, że coś się zmieni.

Chciałabyś więc, aby lalka bellmera odbierana była jako nawoływanie do zmiany?

Obawiam się, że w najlepszym wypadku wrzucona zostanę do worka z poezją zaangażowaną – na obu spotkaniach promocyjnych zostałam porównana z Dominiką Dymińską. Ostatnio przeczytałam jej Mięso i nie było to aż tak złe, jak wszyscy mówili, że złe jest. Książka podobała mi się jako swego rodzaju kontynuacja Absolutnej amnezji, w której Izabela Filipiak po raz pierwszy w polskiej literaturze rozprawiała się z mitem dorastania dziewczynki. Rodzina przez nią ukazana była opresyjna i o tym samym pisze Dymińska – o chęci ucieczki, braku wsparcia oraz ciężarze bycia samotną. Nie chciałabym być jednak maskotką środowiskową jak ona czy Jaś Kapela.

Mówisz gdzie byś nie chciała trafić i z kim nie chciałabyś być porównywana. A gdzie chciałabyś się ustawić?

Jestem sobą, Anią Fiałkowską, i chciałabym stworzyć trochę przestrzeni dla ludzi takich jak ja. Dla osoby trochę nieudanej, trochę trudnej, która nie do końca umie się dogadać z ludźmi. Mam dość dziwne pomysły i postulaty w stylu „niech będzie lepiej i żeby pieniądze nie sterowały światem”. Lekka naiwność i lajtowość, ale też przełamanie potrzeby wymagania od siebie więcej i więcej. Bardzo długo wymagano ode mnie żebym była pierwsza w klasie, najlepsza na egzaminach, i choć długo mi to wychodziło, to skończyło się nerwicą i depresją. Uporczywe ciśnięcie na tę lepszość od wszystkich nie prowadzi do niczego dobrego.

Kiedy mówię, że nie lubię ludzi, to nie lubię tego, że próbujemy nawzajem siebie zgnieść zamiast zdjąć maski. A powinniśmy je zdjąć, i to nie tylko z twarzy gwałcicieli i seksistów, ale też ludzi bojących się. I tym właśnie ma być lalka bellmera. Mówieniem o swoich problemach bez atakowania, bez zasłon z ironii i metafor.


Mariusz Grzebalski o Annie Fiałkowskiej:

W pewnym sensie lalka bellmera to książka o niemożliwości życia we współczesnym świecie, a nawet we własnym ciele. A jednak żyje się w jednym i w drugim. Jako konsument i jednocześnie produkt – przedmiot wymiany. Wszystko wokół jest wątpliwe i obarczone kłamstwem – przeglądane fotografie, a nawet wiersze, które same siebie przyłapują na fałszowaniu rzeczywistości. Anna Fiałkowska pisze o dyskomforcie spowodowanym byciem kobietą, członkiem rodziny i społeczeństwa. Nie są to przyjemne wiersze, które dawałyby łatwą pociechę. Nie dają żadnej. Rzadko zdarzają się tak dojrzałe debiuty jak lalka bellmera. To tak dobra poezja, że chce się ją cytować, nie o niej pisać.


Anna Fiałkowska (ur. w 1994 roku), debiutantka.


Zdjęcie pochodzi z Instagrama autorki.


REWOLUCYJNY PROJEKT LITERACKO-WYDAWNICZY

KLIKNIJ LISTY DO LAURY:

LISTY DO LAURY - PROMO2