nathan hill niksy recenzja

Niksy – najbardziej rozczarowująca książka stulecia

Niksy zaczynają się wyśmienicie. Bohaterowie stereotypowi, choć niepozbawieni rysów osobowych oraz własnych historii. Ładunki subtelnej ironii rozmieszczone w miejscach strategicznych, delikatnie łechcące czytelnika i podrażniające jego apetyt. Umiejętne wodzenie czytelnika za nos przy pomocy wahliwej, nieregularnej narracji. Każdy rozdział a może i nawet każdy opis naszpikowane kulturą amerykańską w całej swojej krasie, i to jeszcze z nastawieniem na kontekst społeczny, od ponad dwustu lat stanowiący podstawę niemal każdego przedstawiciela literatury genialnej. Jakim sposobem więc stało się to, co się stało? Jak Nathan Hill zepsuć mógł coś, co miało zadatki na tytuł Kolejnej Wielkiej Powieści XXI wieku?

Ciężko nie być oczarowanym pierwszymi kilkoma rozdziałami Niksów, ponieważ stanowią one materiał czytelniczy tak bliski perfekcji jak tylko się da – z każdego możliwego powodu i pod każdym możliwym względem. Do pewnego momentu autor zdawał się być wręcz wszechbogiem, potrafiącym wypełnić mnogością detali najbłahszą mikronarrację, najdrobniejszą alegorię, najtrywialniejszy opis. Obfitość owa doskonale orbitowała wokół bohaterów, kreowanych z jednej strony dość pospolicie i stereotypowo, a z drugiej nadbudowywanych przez wachlarze silnych oraz niedoprecyzowanych emocji. Widać było dzięki temu z jakiej gliny ulepiony jest dany bohater, jednak niektóre karty pozostawały zakryte i można było spodziewać się ciekawego, niestereotypowego poprowadzenia właściwie każdej postaci. Język zaś – cóż za język! Z wierzchu pełen powagi czy nawet zadumy, w środku i między wierszami tlący się tymczasem kpiarskim dynamitem. Niby nieco oszczędny, a jednak miejscami niefrasobliwy. Tutaj chirurgicznie precyzyjny, chłodny i zdystansowany, tam nieprzeciętnie empatyczny oraz wrażliwy. No jak się nie zachwycić?

Faktycznie, przejść obojętnie i bez zachwytu się nie da, przez co topnienie w toku powieści każdej z wymienionych wyżej zalet jest tak rozczarowujące. Usystematyzowanie narastających niefajności czy jakakolwiek ich gradacja sprawiać może pewne problemy, przede wszystkim ze względu na zależności pomiędzy nimi, wzajemne oddziaływanie, które potęguje rozczarowanie nie tylko całością, ale i każdym elementem z osobna.

Najszybciej i najbardziej dotkliwie doskwierać zaczyna kontekst społeczno-polityczny. Niksy są bowiem katalogiem refleksji, opinii i lęków tej części społeczeństwa amerykańskiego, która z przerażeniem spogląda na wizję świata zdominowanego przez światopogląd republikański (a czemu jest to wizja równie straszliwa co realna, wyjaśni wam niezawodny John Oliver). Dopóki poszczególnych elementów katalogu jest mało i są w stanie funkcjonować w oderwaniu od siebie, wszystko prezentuje się jak należy. Z czasem jednak zaczynają się mieszać, przeplatać i wchodzić w interakcje, a Nathan Hill zdaje się nie mieć pomysłu na holistyczną wizję tych współzależności. Spore problemy społeczno-polityczne zmieniają się więc w Problemy Wielkie I Niezwykle Ważne – autor daje do zrozumienia, że wielkie i niezwykle ważne są, nie potrafiąc jednocześnie ich niewątpliwego ogromu oraz wagi wpisać w spójny, szeroki obraz.

Winę ponosi za to również sposób opowiadania. Tak długo jak owe Problemy Wielkie I Niezwykle Ważne są od siebie odseparowane i dotykają bohaterów jeszcze nam nie znanych, lekko kpiarski ton ani nie budzi zastrzeżeń, ani nie irytuje. W momencie, gdy autor dorzuca nam kolejne szczegóły do historii poszczególnych postaci i zaczynamy patrzeć na nie całościowo, niemal w każdym przypadku zaczynając im współczuć, utrzymywanie wcześniejszego stylu całkowicie kłóci się z empatycznym przekazem. I nie jest to wcale kontrast czytelniczo przyjemny, niosący ze sobą ładunki katartyczne!

Ogrom Problemów Wielkich I Niezwykle Ważnych negatywnie wpływa także na kreacje bohaterów. Przez całą fabułę protagonistów nazbierało się sporo i choć do czynienia mamy z jednostkami wpasowującymi się w stereo czy wręcz archetypy (takie na miarę drugiej dekady XXI w.), ze względu na ukierunkowanie prezentacji w stronę traum, udręk i życiowych bolączek przez większą część powieści ciężko było oprzeć się wrażeniu, że poznajemy nie wiarygodnych i naturalnie wrzuconych w fabułę bohaterów literackich, lecz postacie z ekfrastycznego katalogu osób z poważnymi problemami. Nie jest to jakkolwiek przyjemne, szczególnie zważywszy uwagę na wspomniany styl, kpiarski i momentami wręcz podśmiechujkowy.   

Dodam tylko dla porządku, że w zestawieniu z Problemami Wielkimi I Niezwykle Ważnymi w odstawkę idzie cała przyjemność płynąca z obcowania z tak bliską mi kulturą amerykańską. W tym przypadku ciężko mieć pretensję do Nathana Hilla, gdyż takie właśnie działanie Niksów wydaje się być zamierzone, ale jako osoba nastawiona bardzo negatywnie do realiów społeczno-politycznych Stanów Zjednoczonych wolałbym zetknąć się z bardziej subtelną i wyrafinowaną krytyką – obuch mam już w głowie.

I choć przytoczenie ostatniej z wymienionych wad może się wydać straszliwym czepialstwem, doskonale ilustruje wrażenia, jakie wyniosłem z lektury. Pasjonującej pod względem fabularnym, nienagannej pod względem formalnym (wariancja narracyjna broni się do samego końca!), a przy tym niesamowicie irytującej i niedopieszczonej. Na największe amerykańskie powieści ostatniej dekady (Szczygieł Donny Tartt i Idź, postaw wartownika Harper Lee) ich autorki kazały czekać, odpowiednio, kilkanaście i kilkadziesiąt lat. Szkoda, że Nathan Hill nie poszedł tą drogą i z wydaniem swojego opus magnum tak bardzo się pospieszył.