tworczosc2

Olsztyn nie Miami

– Podobno życie ułożyła sobie na styczek. Ideolo.

Mówi to bez śladu rozżalenia, jakby w ogóle nie przejmował się faktem, że jest to życie na styczek, a nie na stryczek. Uniknął również nazwania jej złą kobietą. Lub kurwosukodziwkoszmatą, jak zwykli nazywać swoje byłe rozżaleni mężczyźni.

Nie wiem właściwie, skąd bierze się moje zdziwienie, Rafał jest w końcu przyjacielem i jako bezgranicznie wspierający go kumpel właśnie takiego zachowania, z klasą i bez niepotrzebnych resentymentów, powinienem był się spodziewać.

W nader spokojnych, mechanicznych wręcz słowach, pobrzmiewa tylko echo rozczarowania dobrą kondycją Natalii.

– Jej obecny facet zarabia sporo. Ona zarabia sporo. Nie żebym śledził jej profile, ale pisała coś o treningach, wrzucała zdjęcia z crossfitu. Tylko długo nie mogła znaleźć tego kogoś na stałe. Nie wiem czemu. Nie była brzydka. Nie była głupia. I nie jest. Tak słyszałem.

Gorycz. Weszła właśnie teraz, dość szybko, zważywszy na fakt, że chwilę wcześniej wyrzucał z siebie słowa jak robot. Do precyzyjnego określania uczuć przyjaciela nie jest mi potrzebna ponadprzeciętna empatia, nie muszę też spoglądać w tym momencie na grymas twarzy Rafała. Charakterystyczne przeskakiwanie z jednego tematu na drugi, nad wyraz sugestywna mieszanka długich pauz oraz serii zdań wypluwanych w tempie ponaddźwiękowym… Wcale mu się nie dziwię. Natalia była kobietą wybijającą się ponad przeciętność.

– Zresztą. Ma typa to niech ma, co mnie obchodzi randomowy warszawski buc w jaskrawych butach do biegania. Ale wiesz, wtedy… Wtedy to mnie mocno zaskoczyła. Myślałem, że w końcu jej przejdzie. Nikt nie burzy tak długiego związku z dnia na dzień, nikt tak nagle nie wyjeżdża do stolicy. To jest duża rzecz. Takie sprawy się ogarnia wcześniej jakoś. A ona zero, null, po prostu spakowała się w największą torbę podróżną i poszła na autobus. Resztę po miesiącu kazała sobie nadać kurierem. I wysłała mi na to pieniądze.

To mogło urazić jego dumę, ale wówczas wciąż działał poduszkujący efekt szoku.

Przyznaję, dla mnie też wyjazd Natalii był sporym zaskoczeniem. Wydawało się, że całkowicie okrzepła przy swoim chłopaku, że dała się wciągnąć w projekt warmińskiego marazmu i postanowiła zapuścić w Polsce B korzenie. Wrzucała na Instagrama foty z kilkugodzinnych spacerów, zdarzało jej się robić zdjęcia chmur z balkonu, przy piwie wspominała też o zakupie roweru. Tak zachowuje się człowiek zasymilowany. Człowiek, który kocha życie nad Łyną.

– Nie żeby wcześniej nie było sygnałów – przyznaje jednak Rafał. To, na co zapowiadało się od początku rozmowy, w końcu zyskało stuprocentowe potwierdzenie. Opowieść pójdzie sama, bez dociekań i pytań pomocniczych. – O tej Warszawie już coś wspominała. Ale też o Gdańsku, Toruniu. Więcej możliwości, stabilniejsza praca. Wiesz, tak jak mówią wszyscy, którzy nie doceniają swojego.

Zdaję sobie z tego sprawę, słyszę podobne słowa bezustannie. I podobnie jak Rafał potrafię mówić o nich beznamiętnie.

Znajomi wracający na wakacje opowiadają o krainach, w których niby też ciężko dostać umowę o pracę, ale umowa o dzieło daje chociaż ludzkie pieniądze. Narzeczone odwiedzających nas od czasu do czasu kumpli, sprowadzone z terenów na zachód od Wisły, patrzą na nasze miasto tak, jak carskie arystokratki wpatrywały się w jednosezonowe gwiazdeczki francużących teatrów Moskwy i Peterbsurga. A gdy któraś z dziewcząt swoich, najbliższych, najnietykalniejszych, przywiezie z zachodniej Polski fagasa, wygląda to identycznie. Wypić, spojrzeć z góry, pokiwać głową nad spokojem olsztyńskiego żywota. I wyjechać, bo dłużej się nie da.

– Wiem, nie było idealnie. Wiem, kurwa, wiem, ale co mogłem zrobić? Ty miałeś lepiej? Miał lepiej Kuba? Dominik? Krzykowski? Prażnik? Mieli? Nie mieli.

Nie miałem lepiej, lepiej nie miał też Kuba, Dominik, Krzykowski i Prażnik. Rozumiem Rafała, rozumiemy go wszyscy mieszkający tutaj, wiążący z tym miastem swoją przyszłość. Czasami trzeba podjąć decyzję najtrudniejszą, przedłożyć spokój oraz stabilizację nad mrzonki o szczęśliwym życiu na wysokich obrotach. Zen, nie konsumpcjonizm.

Z najbliższego kręgu znajomych do mitycznej lepszości predestynowany jest jedynie Kuba, wspierany finansowo przez bogatych rodziców. Od stu lat wynajmuje pokój na stancji, którą zamieszkują również trzy studentki kierunków medyczno-weterynaryjnych, rotujące nadzwyczaj często. Jak sam utrzymuje, copółroczne przetasowania więcej mają wspólnego ze zbyt wysokimi wymaganiami kadry profesorskiej uniwersytetu, a mniej z faktem,  że zdarza mu się w ciągu semestru przelecić każdą współlokatorkę z osobna, a niekiedy również w konfiguracjach.

Fajnie, a przynajmniej lepiej niż w przypadku Dominika. Ten nie mieszka, lecz pomieszkuje, tygodniami żonglując kanapami, fotelami i podłogami najcierpliwszych znajomych, od czasu do czasu wygrywając jednak na loterii waletowego losu kwartalne opcje zwalnianych pokojów-nieużytków. Przyjaźnimy się i spotykamy dość często, mimo iż od wielu lat nie jestem w stanie pomóc mu ze znalezieniem tymczasowego lokum nawet w sytuacjach kryzysowych. Z ratunkiem nigdy nie może pospieszyć Dominikowi także Krzykowski. Mieszkamy razem, w niewielkim, dwupokojowym mieszkanku, na głowach mając dziewczynonarzeczone, on – półetatową studentkę, ja – niestrukturalnie bezrobotną artystkę.

O ile oceniania sytuacji życiowej wiecznie zbakanego i równie często szczęśliwego Prażnika bałbym się podjąć, tak zapewne nie pomylę się, przyznając rację Rafałowi i w tym przypadku. Mieli z Natką lepiej niż on, mieli po prostu najlepiej: nie dzielili mieszkania z obcymi, z imprez wracali taksówkami, nigdy nie musieli brać trzy dni przed wypłatą chwilówki na spłacenie ponagleń, a gdyby zamiast tego niedorzecznego wyjazdu wybrała pominięcie kilku pigułek, dziś cieszyliby się z pińcetplus na drugie i trzecie dziecko. Sytuacja daleka była od tragedii i nie potrafię do końcu zrozumieć, co skłoniło Natkę do wyjazdu. Pragnę wierzyć, że nie był to fakt zarabiania pieniędzy znacznie większych niż te, które miał w umowie wpisane Rafał.

– Wiesz, nie chodziło nawet o kasę. Z raz w miesiącu wyskakiwała z tą głupią gadką. Że chce spróbować, że ja mogę sobie leżeć na kanapie, ale ona woli ten czas wykorzystać. Produktywnie, tak to określała. A ja określałem to okresem. W myślach oczywiście.

Tak, Natalii mogło chodzić właśnie o próbę. Chęć sprawdzenia się, porównania swoich umiejętności z uzdolnieniami oraz pomysłowością rówieśników. Właśnie tego mogło brakować jej najbardziej w naszych okolicach, bo z kim niby mogłaby stawać w szranki? Moja Asia coś maluje, robi to zgrabnie i w sposób przemyślany, ale pieniędzy z tego nie ma i długo jeszcze nie będzie. Asia Krzykowskiego może wprawdzie zatrudniać się na dość atrakcyjnych warunkach z racji posiadania legitymacji studenckiej, jednak minie jeszcze jeden rok akademicki i możliwość ta zniknie. Nie ma wątpliwości – pod względem zawodowym nie dorastaliśmy Natce do pięt.

Całe dzieciństwo i okres nastoletni spędziła na pilnej nauce, metodycznym wykuwaniu notatek kraszonych ośmioma kolorami. W liceum łatwo elektryzujące się warkoczyki z kokardkami zmieniła wprawdzie na włosy rozpuszczone, podążające kaskadami do połowy pleców, ale podejście do nauki i rozwoju pozostało podobne. Potem najlepsza praca inżynierska na roku, magisterka idealnie współogarniana z pierwszą pracą w zawodzie, aż szkoda było obserwować kilka kolejnych lat stagnacji na szczeblu kariery wyższym od stażu o tylko jeden poziom. Nie to, że ciężko byłoby o sam awans. W mieście zabrakło po prostu wyższego stanowiska.

– No i faktoza, chodziła wtedy od kilkunastu tygodni jak nakręcona. Regularne pobudki, bieganie albo czytanie, smoothie zamiast kanapek, nawet jajeczniczkę z pomidorkiem zamieniła na lekki omlet. Nic dziwnego, że strzeliła ją kurwica. Nikt normalny nie będzie tak działał dłużej niż trzy miesiące.

Wypowiadając te słowa emanuje pewnością. Wcześniej nie dało się wyczuć, aby był do swojego zdania w stu procentach przekonany. Wątpię jednak, również pierwszy raz podczas tej rozmowy, czy jego spostrzeżenia są słuszne. Sprowadzenie problemu do zwyczajnego przemęczenia wydaje się zbytnim uproszczeniem.

– Jakby jej tu źle było. A mogła przecież doczekać do plażingu. Kilka dni po wyjeździe słońce zaczęło naparzać klasycznie, tak bardzo czerwcowo. Pamiętasz? Trzy browarki na plaży i byliśmy zrobieni. Nawet się nie dało na smutno upić, bo pomost odnowiony, ludzie odbijają piłkę w koszulkach i bez, nawet gimbusy sępiące od ciebie szlugi jakieś takie uśmiechnięte.

Tutaj nie mogę nie przyznać mu racji, w tym roku czerwiec bardzo szybko zrobił się czerwcowy. Matka Warmia poskąpiła deszczu, udzieliła nam szczodrego kredytu, z którego wszyscy korzystaliśmy chciwie i bez opamiętania. Obfite lipcowe opady pokazały, że miał on w sobie więcej z chwilówki niż uczciwej pożyczki, ale tutaj tak właśnie się żyje. Nie oczekujesz zbyt wiele, więc każda radość uszczęśliwia cię podwójnie.

– A teraz jest jeszcze lepiej. Widziałeś przecież Ukiel, widziałeś promenadę, byłeś na siatce plażowej. Jak przyjeżdża ktoś z Wawy albo Wrocka to nie wstyd zabrać go na leniwą posiadówkę przy wodzie i browarku. Do takich zachodów słońca nawet filtrów nie musisz używać na Insta. Czego więcej potrzeba takiej dziewczynie jak Natalia? Czego więcej potrzeba nam?

Mi nie potrzeba nic więcej. Cholernie szkoda, że nie dała mu szansy na wyłożenie tych argumentów, jakby bała się, że wysłuchanie monotonnie klepanych pochwał zamrozi marzenia o awansie i zdrowej rywalizacji zawodowej, o życiu stawiającym wyzwania, ale też wynagradzającym młodość spędzoną na ciężkiej pracy.

– Nie myślałeś, żeby się z nią spotkać? Zachęcić Natalkę do powrotu? – dorzucam w końcu do płomiennych wynurzeń swój węgielek.

Rafał na chwilę zamiera., wyraźnie się przed czymś wzbraniając. W końcu przełamuje opór.

– A wiesz, że przyjechała ostatnio odwiedzić matkę? Nie sama. I podobno ktoś spuścił jej facetowi wpierdol pod blokiem. Nie okradł go, w ogóle nic nie mówił, napierdalał go tylko, leżącego na glebie kopał, pluł na niego, kurwił straszliwie…

Rozkręcał się, mówił to coraz szybciej i głośniej, aż w końcu zamilkł na kilka sekund. Uspokajał się. Skutecznie, kończy głosem już stemperowanym, znacznie delikatniejszym.

– Czułem się jak Liam Neeson z Taken. Jak sierżant B.A. Baracus. Jak bohater Palahniuka. Jakbym był co najmniej w Kalifornii. Albo jakimś innym Miami.

Na przyrodzie nie zrobiło to wyznanie wrażenia. Chłodny wieczór z pewnością zmusi nas do zamienienia parkowej ławki na obskurny pub.


Zdjęcie podkradnięte z instagramowego profilu Olsztyn nie Miami.