Polska poezja jest zatruwana przez piwniczny modernizm

Dość oczywisty fakt, że polska poezja współczesna ma się nie najlepiej, został już przeanalizowany przez tabuny akademików, publicystów oraz hobbystów. Jest kiepsko – wiedzą o tym wszyscy interesujący się życiem literackim nad Wisłą. Jak wpływa na ten stan piwniczny modernizm?

Piwniczny modernizm – fraza totalnie publicystyczna

Zwrotu „piwniczny modernizm” zdarzyło mi się użyć ostatnio w opublikowanym w Wakacie tekście Jeśli kręcisz bekę, już jesteś niewolnikiem, gdzie służyć miał jako określenie pewnego nurtu krytycznoliterackiego, który dominuje dyskusje o poezji w wielu odnogach środowiska literackiego. Nie ukrywam, że była to fraza totalnie publicystyczna – chciałem po prostu podkreślić, że jest to podejście niezbyt przeze mnie lubiane. Jako że o dusznych, modernistycznych piwnicach napisałem we wstępie i akapicie podsumowującym, wymowa zwrotu okazała się dość mocna. A przynajmniej na tyle, abym poproszony został o jego rozwinięcie.

Czym zatem charakteryzuje się piwniczny modernizm? Tak określam sobie zazwyczaj w duchu wiecznie żywe w środowisku literackim młodopolskie podejście do poezji jako sztuki mogącej wprawdzie podejmować dowolne tematy istotne dla autora danego wiersza, ale tylko i wyłącznie wtedy, gdy efekt takich działań będzie podporządkowany mitycznemu odbiorcy z „wyrobionym literackim gustem”.

Choć żądanie od twórców pełnej podległości wobec upodobań estetycznych grupki osób spędzających nad poezją dwadzieścia cztery godziny na dobę przez siedem dni w tygodniu (co przekładać ma się ich zdaniem na owo wyrobienie literackie, dające z automatu monopol na posiadanie jedynej słusznej racji) usprawiedliwiane jest wielkimi ideami, praktyczny rezultat takich postulatów, nie wyrażanych oczywiście wprost, jest dość śmieszny i karykaturalny. Bo jak można traktować inaczej podejście, które jedną z tysięcy codziennych aktywności dziesiątek tysięcy Polaków odrywa w ostatecznym rozrachunku od rzeczywistości i wszystkich przyziemnych kontekstów, czyniąc z niej coś wobec real life’u nadrzędnego i znacznie ważniejszego od człowieka?

piwniczny modernizm 3

Ano można podchodzić doń całkowicie serio, wyznawać je z całym bagażem przekonania o własnej wyższości (estetycznej, intelektualnej, a niekiedy wręcz osobowościowej!) i zamykać się z jednej strony na ludzi traktujących literaturę nieco mniej poważnie, a z drugiej strony na osoby widzące w niej nie cudowne zjawisko, lecz narzędzie upodmiotawiające twórcę. Jest to oczywiście działanie w pewien sposób wykluczające, ale w obecnej sytuacji społeczno-gospodarczej zdecydowanie autowykluczające – brak scentralizowanego systemu sprawia, że nadanie podmiotowości twórczej w żaden sposób nie zależy od zdania grupki rozsądzającej co jest w literaturze fajne, a co fajne nie jest.

Stąd też wzięło się określenie „piwniczny” – ludzie wyznający takie zasady i próbujący narzucać je pod płaszczykiem intelektualnych wywodów mogą się bujać po literackiej ośce jak pierdolony rezus, ale koniec końców w swoich ciasnych i odizolowanych grupkach przypominają życiowych wykolejeńców, którzy każdego wieczora w piwnicznych knajpach zalewają pałę browarem z nalewaka i narzekają, że nikt nie traktuje poezji jako Wielkiej Sztuki, a ich jako Wielkich Poetów/Krytyków. A przecież tak bardzo na to zasługują…

Piwniczy modernizm nie jest zły. Jest krzywy

Przy całej tej niefajności piwnicznego modernizmu wzbraniałbym się jednak przed określaniem go złym. Ba, wzdragałbym się nawet przed użyciem przymiotnika szkodliwy, gdyż praktyczne działania piwnicznych modernistów ograniczają się najczęściej do roztrząsania kilku nieistotnych i roztrząśniętych już miliony razy kwestii. Nie boję się za to stwierdzić, że vivaartowe tyrady oraz lamenty, mimo oczywistej nieprzekładalności na rzeczywiste działania o jakimkolwiek znaczeniu, są toksyczne i w dużym stopniu zatruwają polską poezję.

Odbieramy bowiem poezję i rozmawiamy o niej w czasie, gdy praktyczne działania na olbrzymią skalę są możliwe do zrealizowania w niespotykanym wcześniej wymiarze. Co więcej, teoretyczne rozważania na ten temat również mają swoją rację bytu – żyjąc w XXI w. i znając choć pobieżnie historię gwałtownego rozwoju cywilizacyjnego ostatnich kilkuset lat, ciężko wątpić, że metodyczna oraz rozważna analiza może być katalizatorem efektywnych i trwałych zmian.

piwniczny modernizm 2

To właśnie zmiana jest słowem-kluczem i nie mówię tutaj o pokoleniowym przejmowaniu poetyckiej warty (zainteresowanych tym konkretnym aspektem odsyłam za to do ciekawego cyklu tekstów na stronie Biura Literackiego), lecz o znaczącym poszerzeniu poetyckiego pola. Piwniczni moderniści tęsknią za pewnym mitem, w którym podstawą literackiego sukcesu miałyby być przesłanki merytoryczne i jakościowe, będące – po dokonaniu przekładu tych pięknych i doniosłych słów na język przyziemny – kryteriami kreowanymi wyłącznie przez nich samych.

Zaznaczyć należy przy tym, że decydentami nie mieliby być jacyś mityczni i skonkretyzowani ONI. Chodzi tu raczej o ogólny konsens szerszej grupy oddzielającej ziarno (to co wydaje się istotne jej przedstawicielom, reprezentantom wyrobionej literacko elity) od plew (wszystko co wykracza poza zainteresowania, poglądy oraz upodobania owej elity). Przykładów takiego procesu znaleźć można aż nadto, widzieliśmy w ciągu ostatniego półrocza jak czynił to na łamach Małego Formatu Rafał Różewicz, wcielając się w rolę przywódcy niedobitków ludzkości w walce o przetrwanie w świecie postapokaliptycznego kapitalizmu Polski AD 2018, a następnie kontynuowała tamże Aleksandra Byrska, dając niczym amerykański kołcz motywacyjnego kopa kobietom skrzywdzonym przez system patriarchalny.

Oba te teksty stanowiły rozpaczliwy apel o ograniczenie poetyckiego pola, do którego dzięki rozwojowi mediów społecznościowych szerokimi strumieniami napływają autorzy wcześniej ograniczeni do własnych zeszytów czy wyłączonych z szerokiego obiegu literackiego grupek twórczych. Co więcej, okazało się, że istnieje na poezję spore zapotrzebowanie, że ludzie zwyczajnie chcą wiersze czytać. Niestety dla piwnicznych modernistów – nie te, które piwniczni moderniści piszą, i nie te, którymi się zachwycają. Nie dość więc, że przez lata cierpienia za miliony poetów nie zrobili nic, aby polską poezję wydźwignąć z dołka. Teraz chcą ją tam koniecznie zatrzymać.

Tej siły już nie powstrzymacie

Mimo nieprzystawania do tych czy innych wzorców kreowanych przez poważną krytykę, pretendenci do miana poetów znajdują kolejnych czytelników, nie musząc podporządkowywać przekazywanej przez siebie treści wymaganiom grupki kumatych. Wspomniana zmiana już nastąpiła: nastolatki i nastolatkowie mogą pisać o swoich uczuciach językiem nastoletnim, skrzywdzone kobiety mają prawo przelewać na papier swoje doświadczenia bez zagęszczania ich literacką papką.

Zdaję sobie sprawę, że krytykę piwnicznego modernizmu z łatwością wrzucić można do worka z etykietką „nie piszcie źle o wierszach”, ale tutaj wcale nie chodzi o sam fakt negatywnego wypowiadania się na temat tego czy innego tomiku. Istnieje bowiem zasadnicza różnica pomiędzy osądem negatywnym, a osądem negującym. A tak się jakoś składa, że piwniczy modernizm lubuje się właśnie w tym drugim, przez co zatruwa i tak wyjałowione poletko polskiej poezji współczesnej.

Wydaje mi się, że wielu poetów oraz krytyków zbyt długo tkwiło w piwnicach i karmiło się przekonaniem, jakoby poezję traktowano powszechnie jako coś „niedzisiejszego”, zaś samych poetów jako odrealnione relikty bełkotliwej przeszłości. Teraz, gdy setki twórców wychodzą na powierzchnię i zyskują od rzekomo niepoetyckiego społeczeństwa propsy (wyrażane tak, jak wyraża się dziś wszystko – lajkami), piwniczni moderniści nie mają odwagi uczynić tego samego.

Niech się trują. Mam szczerą nadzieję, że odmawiając twórczości innych ludzi miana poezji, sami nie zostaną jako poeci zapamiętani przez historię.