Postkolonializm poezji i krytyki zaangażowanej

Niniejszy tekst jest pierwszą spośród kilku polemik z tezami zawartymi w szkicu Barbarzyńca w ogrodzie. Próba rekonstrukcji, który przed kilkoma tygodniami opublikowany został przez Rafała Różewicza w Małym Formacie. Czemu odpowiedzią pierwszą, jedną z co najmniej trzech, nie zaś repliką kompletną od początku do końca? Przede wszystkim dlatego, że w instrukcji dekonstrukcji rekonstrukcji nakazano spokojne i systematyczne odnoszenie się do każdej istotnej kwestii bez zaburzania równowagi oraz produkowania nadmiaru słów. Tak więc schizofreniczna kondycja polskiej poezji poczekać musi na swoją kolej, podobnie zresztą jak analiza osiemnastowiecznego podejścia do mechanizmów systemu kapitalistycznego. Dziś porozmawiajmy o tym, jak niezrozumienie najważniejszych założeń i wniosków krytyki zaangażowanej czyni z krytyka zaangażowanego nędzne symulakrum zadowolonej z siebie Dominiki Kulczyk.

Generalnie bardzo fajna jest ta idea zaangażowanej poezji, bardzo sprytnie odwołująca się do romantycznego ducha polskiej poezji, u której podstaw leżeć ma ratowanie dusz i serc polskiego narodu, co jest pomysłem bardzo szlachetnym pomysłem i w ogóle. Ale.

Ale nie bądźmy jak Dominika Kulczyk opierająca opalone na wyspach polinezyjskich ramiona na trupich główkach głodujących dzieci z Afryki. Wymieniona w szkicu Rafała lista tematów godnych poruszenia brzmi dokładnie jak wypiska słówek, które młode poetki i młodzi poeci powinni wrzucić do wiersza, aby pochylili się nad nimi krytycy literaccy młodego pokolenia.

Donbas, ISIS, Syria, uchodźcy, Brexit, Trump, Izrael, Korea, Iran, Rosja, klimat, Polska, ONR itd. Bądźmy jak słynne trzy małpki, których ręce zakrywają kolejno oczy, uszy i usta: „Nic nie widziałam, nic nie słyszałam, nic nie mówiłam”.

Bardzo trafna lista, do której dodać moglibyśmy tak wiele tematów roztrząsanych dzień za dniem w prasie. Tak, są to poważne tematy, nad którymi warto się zastanawiać i nad którymi głowią się publicyści, akademicy i poeci. Nie wszyscy oczywiście, co jest totalnie zrozumiałe – podobnie jak nie każdy dziennikarz będzie zajmował się konfliktem syryjskim, podobnie jak nie każdy socjolog będzie badał ruchy neonazistowskie, tak nie każdy poeta musi dawać w swojej twórczości wyraz zainteresowania konkretnymi aspektami świata.

To jest najprostsza rzecz pod słońcem – potrzebujemy również statystyk pogłowia bydła z agroserwisu, potrzebujemy również badania wpływu porad z Bravo na postawy życiowe pokolenia płatków śniegu, i potrzebujemy poezji dającej wytchnienie od świata zewnętrznego tym, którzy pragną chwilowego rozpłynięcia się w cudzych emocjach podobnych do emocji ich samych – ludzi kierowanych jak większość z nas niepewnością i niezdecydowaniem.

I wydaje mi się, że właśnie konieczność nadania podmiotowości jak najszerszej grupie ludzi (autorek i autorów, podmiotek i podmiotów, bohaterek i bohaterów opisywanych miejsc czy problemów, a w końcu odbiorczyń i odbiorców wszystkich tych tekstów) jest ostatecznym postulatem, który wykluł się z zaangażowanych artykułów, szkiców oraz polemik idących już w tysiące.

Nie konstatacja, że jak najbardziej można pisać wprost o tym, co nas we współczesnym świecie boli – to był jasny punkt wyjściowy. Nie dowiedzenie, że polska poezja ostatnich dwudziestu czy trzydziestu lat wpisywała się w opresyjne struktury społeczne – to był kliniczny opis sytuacji. Efektu kilkunastu miesięcy pracy poetów, krytyków oraz badaczy dopatrywałem się w klarownym wykazaniu procesów, które za pomocą Wielkich i Szlachetnych Słów (a więc standardowego mechanizmu przemocy symbolicznej) odbierają prawo głosu kolejnym i kolejnym grupom.   

Uświadomienie tego mechanizmu miało sytuację zmienić, nawet jeśli nie wśród szanownych gremiów zamkniętych w złotych akademickich klatkach, to przynajmniej w pokoleniach zaangażowanych i – siłą rozpędu – wszystkich kolejnych, młodszych. Tymczasem przez kilka miesięcy dyskusji na temat instapoezji oraz tomików autorek takich jak Rupi Kaur czy Anna Ciarkowska mieliśmy do czynienia z festiwalem dokładnie tej samej żenady, jaką tak skutecznie i bezkompromisowo obnażała wcześniej krytyka zaangażowana. Nierzadko uskuteczniana przez te same osoby, które do krytyki zaangażowanej podchodziły z niepohamowanym entuzjazmem! 

Mogliśmy się więc dowiedzieć (żeby przytoczyć tylko tezy z podlinkowanego tekstu, olewając fejsowe komentarze pełne krzywdzących i stereotypowych porównań do disco-polo, hamburgerów czy gówna [sic!]) że: 

  • istotna jest tylko pogłębiona refleksja, będąca tym lepszym wyborem „politycznym”; odbieranie wiersza jako zwyczajnego komunikatu w codziennych warunkach to już przejaw bezrefleksyjnego poddania się pędowi mas, a reakcja przeciętnego czytelnika (lajk, serduszko lub przescrollowanie dalej) to oznaka złego wyboru „politycznego”
  • autonomiczne decyzje czytelnicze nieoświeconego ludu warto szanować tak długo, jak jest szansa, że w kolejnej turze wybierze książkę ważną dla krytyka zaangażowaną (nową książkę (…) Konrada Góry)
  • kiedy czytelnik zaczyna szukać polskiej odpowiedniczki Kaur jest już źle, a kiedy do spółki z autorem uważa, że w pisaniu chodzi wyłącznie o przekazywanie własnych (przede wszystkim pozytywnych) emocji – wtedy…
  • …wtedy kompletnie nieistotny staje się fakt, że dany czytelnik i dany autor chcą w jakiś sposób zajmować się swoimi emocjami i swoją wrażliwością – wtedy jest to płaszczykwypad na zakupy,  pójście do kina czy wrzucenie obrazka z wierszem na tablicę
  • a właściwie to tych emocji wcale nie ma, te dziesiątki tysięcy nastoletnich czytelniczek dających lajki, wrzucających na zdjęcia w tle cytaty z wierszy to albo głupiutkie baranki nie wiedzące co czytają, albo ludzie chcący odhaczyć jakąś poezję w celu budowania wizerunku.

I naprawdę mam zagwozdkę – bo może jednak coś źle zrozumiałem z tych wszystkich działań krytyki zaangażowanej. Może ona tak naprawdę chciała napierdalać w ludzi nie mających czasu na warunkowaną olbrzymim kapitałem kulturowym pogłębioną refleksję (choć przeczyłby temu tekst czołowej krytyczki zaangażowanej, Mai Staśko, wielokrotnie przywoływanej przez Rafała)? Może tak naprawdę sugerowała, że czytelnik wybierający lektury według swoich potrzeb lub według swoich potrzeb nie wybierający ich wcale tak naprawdę jest ogłupiany i sterowany przez mechanizmy rynkowe, od których uwolnić go może tylko lektura odpowiedniej poezji (choć przeczyłby temu podlinkowany wyżej tekst)? Może ona tak naprawdę przekonywała, że jeśli w wizji krytyka poezja powinna być czymś znacznie bardziej problemowym i złożonym to prywatne preferencje ludzi nieposiadających doświadczeń intelektualnych wypływających z posiadanego kapitału kulturowego są chuja warte (kolejne zaprzeczenie)? Może ona tak naprawdę nie postulowała, aby rozmawianie o poezji przestało być tylko domeną poważnych panów profesorów mówiących o poezji i literaturze będących wartościami samymi w sobie, lecz w końcu zaczęła być doceniana jako głos tych, którzy mówią i do których się mówi, niezależnie od ich płci, narodowości, wieku czy wykształcenia (jak wyżej)?

Naprawdę chciałbym, aby tak nie było, aby wymowa szkicu Barbarzyńca w ogrodzie. Próba rekonstrukcji była wynikiem pokrętnego zrozumienia (nie wiem czy już przez Thomasa Manna, bo nie czytałem, czy może dopiero przez Rafała Różewicza) owej arystotelesowskiej idei polityczności. Bo jeśli okaże się, że wszystkie cenne lekcje z krytyki zaangażowanej poszły się jebać i jako środowisko literackie wrócimy do patrzenia na poezję jak na cep mogący być trzymany tylko przez konkretną grupę, uprzywilejowaną pod względem posiadanego kapitału kulturowego – będzie bardzo niedobrze. Znów okaże się bowiem, że wszystkie szlachetne hasełka służyły tak naprawdę umacnianiu tych czy innych grup w polu literackim, a wykluczające mechanizmy jak działały, tak działać będą.

Jak nic – Dominika Kulczyk opierająca opalone na wyspach polinezyjskich ramiona na trupich główkach głodujących dzieci z Afryki. Tyle że w stosunku do poetów i krytyków, którzy obrażają nastoletnie dziewczynki tylko dlatego, że wolą czytać o emocjach i uczuciach zamiast o Syrii i Donbasie, odczuwać możemy co najwyżej mieszaninę drwiny i zażenowania. Nijak ma się to do pogardy, którą wszyscy czujemy na widok billboardu z kapitalistką bogacącą się na nieszczęściu bezbronnych. Na nią jednak zżymać się w kolejnym zaangażowanym wierszu albo szkicu krytycznym będzie niezwykle łatwo, a może i wpadną za to propsy od krytyków albo dostanie się statuetkę, przy okazji utwierdzając się w przekonaniu o własnej zajebistości. Samemu zobaczyć w swoich działaniach praktyki podobne, choć przeprowadzane oczywiście na mniejszą skalę? Zdecydowanie trudniej.