rafał skonieczny

Poezję traktuję śmiertelnie poważnie – wywiad z Rafałem Skoniecznym

Utyskiwania poetów na czytelnictwo są żenujące. Jeżeli książki są chujowe lub nie mówią człowiekowi żyjącemu tu i teraz niczego o nim samym, to dlaczego człowiek żyjący tu i teraz miałby je czytać i się nimi przejmować? Kiedy odkryłem beatników, okazało się, że poezja ma coś do powiedzenia również i na temat mojego życia. Wsiąkłem w nią, dała mi coś, czego nie dało mi piwko – wspomina Rafał Skonieczny, poeta i muzyk.

Czy mógłbyś sam przedstawić się czytelnikom?

Nazywam się Rafał Skonieczny, z wykształcenia jestem polonistą oraz niedoszłym nauczycielem – zdałem wszystkie wymagane egzaminy, ale nie skończyłem praktyk w szkole. Wydawało mi się to wtedy obrzydliwe, po trzech tygodniach czy miesiącu zrezygnowałem z tego cyrku. Zwyczajnie nie nadaję się do nauczania dzieci. Jako nauczyciel powinienem palących za garażami uczniów wyciągać za fraki, a ja najchętniej przyłączyłbym się do nich. A w pokoju nauczycielskim byłem tylko raz, pierwszego dnia.

Poezją interesowałeś się jednak jeszcze przed studiami polonistycznymi?

Wychowywałem się na osiedlu i miałem kumpla, który pisał teksty. Ja układałem do nich muzykę i wspólnie robiliśmy kawałki, aż w pewnym momencie jego utwory za bardzo zaczęły przypominać wiersze. Miały swój rytm poetycki, ale brakowało im rytmu piosenkowego, więc sam zacząłem pisać. Okazało się, że jest to koszmarnie trudne i chcąc pisać piosenki zacząłem niechcący pisać wiersze.

Można powiedzieć, że muzyczne inklinacje są w środowisku poetyckim dość powszechne.

Powiedziałbym, że nawet bardzo powszechne. Ja jednak oddzielam te dwie gałęzie działalności artystycznej – piosenka to nie wiersz, wiersz zaś nie jest piosenką. Chociaż w skrajnych przypadkach wiersz bywa piosenką, a piosenka wierszem. To są jednak dwie różne formy wypowiedzi, wymagające odmiennego podejścia, różnego zorganizowania i różnego temperamentu. Dobrzy tekściarze mogą nie mieć do pisania wierszy ani wyczucia, ani talentu, a poeci niekoniecznie potrafią napisać dobrą piosenkę.

Są tacy, którzy próbują żenić swoje wiersze z muzyką, ja do nich nie należę. Niektórym wychodzi to świetnie, jak na przykład Świetlickiemu, chociaż niektóre jego teksty w druku wypadają rozczarowująco. Mamy też Grzegorza Kazimierczaka, który bezbłędnie śpiewa swoje wiersze. Dla niego piosenka i wiersz są tożsame, a śpiewać zaczął ze względu na niechęć do tradycyjnych wieczorków poetyckich.

Prezentujemy więc różne podejścia. Ja piosenek już nie piszę, bo nie mam nic więcej do powiedzenia jako tekściarz, ale gdy jeszcze to robiłem, to zawsze siadałem do kartki z gitarą czy klawiszem oraz nastawieniem powiedzmy muzycznym. Wiersz jest o wiele prostszą robotą, przy tworzeniu piosenki trzeba się sporo napocić, bo trzeba się zmieścić. Wiersz nie musi się w niczym zmieścić.

I może dlatego informacja, że zajmujesz się muzyką, była dla mnie po lekturze Antologii hałasu sporym zaskoczeniem. Nie odnotowałem w tekstach zbyt dużo muzyczności. W żaden sposób nie korzystasz więc z zabiegów muzycznych przy pisaniu poezji?

Kluczową kategorią jest rytm – posiada go i dobra piosenka, i dobry wiersz. W przypadku wiersza niekoniecznie muszą być to równe wersy czy taka sama liczba sylab, ale powinna zostać zachowana logika wewnętrzna wiersza, jego wewnętrzny rytm. Równie ważna jest jednak myśl, czasami założona z góry, czasami wyłaniająca się zza wiersza. Ja nic nie zakładam z góry, więc oczekuję, że po skończonej robocie ta myśl mi się objawi. A jeśli się nie objawia, to odkładam wiersz na później albo go zwyczajnie kasuję. Może się więc to wszystko przejawiać na wiele więcej sposobów w wierszu niż piosence, jak sądzę, ze względu na większą swobodę. Nawet Ginsberg, który leciał tą swoją rozległą frazą, potrafił go zachować, sypiąc frazami jak z karabinu. Raczej tego nie zaśpiewamy, ale rytm jak najbardziej poczujemy.

Mówisz, że poezja wymaga też innego temperamentu. Twój temperament poetycki różni się od tego muzycznego i życiowego?

Nie dalej jak wczoraj wieczorem przy piwku Adaś Widemann zażartował, że słyszał, że podobno jakiś tam poeta z Gdańska, niejaki Skonieczny, napisał wiersz zaangażowany. Roześmialiśmy się z tego i doszliśmy do wniosku, że powinienem pisać wyłącznie te swoje melancholijne wiersze o siedzeniu nad rzeką. Widać taki właśnie jest mój temperament, również życiowy (śmiech). Chociaż melancholia to efekt uboczny mojej pracy.

Czyli poezja zaangażowana nie leży w twojej naturze?

Wydaje mi się, że cała literatura jako taka jest zaangażowana, że właśnie z zaangażowania między innymi bierze się jej wartość i siła. Nie musi być to jednak zaangażowanie stricte polityczne, w sposób bezpośredni wyartykułowane. Ja mam swoje sumienie, swoje wyobrażenia i pragnienia, które konfrontuję z zastanym porządkiem, do którego oczywiście one nie zawsze przystają. Z tego tarcia wytwarza się energia, bunt, niezgoda, literatura. W taki sposób wszystkie moje książki są zaangażowane i pewnie można wyczytać z nich nie tylko mój światopogląd, ale również poglądy polityczne. Ostatecznie jednak wiersz nie jest dla mnie polem walki, a sferą wolności.

Przy okazji spotkania z Marcinem Ostrychaczem, którego „Ruje i wyciszenia” aż kipią od – nazwijmy to – niezgody na stan rzeczy, za którą jest również rozpacz, ale także pewien subtelnie zarysowany program ideologiczny, droga wyjścia z impasu, ktoś poruszył wątek zaangażowania i zapytał, czemu właściwie wiersze Marcina są nieobecne w antologii poezji zaangażowanej Zebrało się śliny. Odpowiedział, że jego ta nieobecność w ogóle nie dziwi, nie chce być z tym modnym ostatnio nurtem nawet kojarzony. Ma rację. To marketingowa łatka, która nie otwiera żadnych drzwi, a już z pewnością nie otwiera drzwi niebios.

Mówisz, że jesteś poetą niszowym. Względy marketingowe powinny cię więc kusić.

Względy marketingowe nie leżą w obszarze moich zainteresowań. Cel nie uświęca środków, wolałbym już na zawsze pozostać poetą niszowym niż trafiać pod strzechy z karteczką na plecach, którą ktoś mi złośliwie przykleił na ślinę.

Natomiast prawdą jest (i tu Wiedemann dobrze usłyszał), że napisałem wiersz o sprawach bieżących, aby zaakcentować moje stanowisko w temacie. Mogłem napisać post na fejsie, ale wolałem napisać wiersz. Z niego narodziła się cała książka pisana na pełnym wkurwie. Nie ma w niej jednak prostej linii, ponieważ moje poglądy nie idą po prostej, jedynej i słusznej linii, żadna ze stron nie proponuje porządku, w jakim chciałbym wychowywać syna. A chcę go wychowywać w zgodzie z własnym sumieniem, w zgodzie z wartościami, które uważam za istotne. Chcę móc zadawać pytania, szanować odpowiedzi i reagować niezgodą na fanatyzm, który zaślepia i tych z lewa, i tych z prawa. Na końcu tego łańcucha pokarmowego jest człowiek wątpiący, nie ideologia, nie religia, a mi po drodze jest właśnie z człowiekiem wątpiącym, a nie z bogiem i partią.

Zadowolony jesteś z pójścia w tę właśnie stronę?

Jeszcze nie wiem. Póki co cieszę się z każdego napisanego wiersza, przynajmniej dopóki wydaje mi się wierszem dobrym. Chcę wierzyć, że się zmieniam i moja poetyka ewoluuje, chociaż nowa książka, o której powiedziałem, że powstała na pełnym wkurwie, okazuje się kolejną książką o miłości (śmiech). Z oceną muszę jednak poczekać, czas dostarczy perspektywę możliwie najbardziej uczciwą. Teraz może mi się wydaje, że piszę coś nowego, a tak naprawdę to stara śpiewka w nowych ciuchach, które za chwilę staną się w ciuchami znoszonymi.

W Antologii hałasu opowiadają o świecie inne podmioty niż ty, czy zostało tam zawarte tylko twoje spojrzenie na świat?

Nie chodzę i nie podsłuchuję ludzi na dworcach i w kawiarniach, aby potem oddać im głos w książce. Zdaję się na intuicję, która ostatecznie zawsze się ode mnie odkleja. To jest właśnie moja metoda komunikacji. Sięgam możliwie najgłębiej do własnych doświadczeń, by następnie wyjść z siebie i przyjrzeć się sobie i swojemu otoczeniu z dystansu, już jako ktoś odmieniony. Jim O’Rourke powiedział kiedyś mniej więcej coś takiego, że pracuje nad muzyką tak długo, aż będzie brzmiała, jakby została napisana przez kogoś innego. Napisany wiersz mówi znacznie więcej niż się wydaje podczas pisania. Albo mniej, ponieważ czasami w wierszu okazuję się autorem prostolinijnym i dość ograniczonym.

Antologia hałasu była też dla ciebie rozliczeniem z pewnym etapem życia.

99% tej książki stanowią wiersze najstarsze, których przed dziesięcioma laty nie udało mi się opublikować. Pod tym względem jest to dla mnie tom bardzo daleki. Przygotowywany był zresztą z myślą, że jest to jakiś koniec – czy to pewnej poetyki, czy mojego wierszowania w ogóle. Później napisałem jednak w porywie parę nowych wierszy i okazało się, że coś się we mnie jeszcze tli. Dotychczasowe trzy tomy (Dzikie strony, Przeniesionego człowieka oraz Antologię hałasu) możemy więc traktować jako zamkniętą trylogię. Ja właśnie tak je traktuję.

Bez poczucia ostateczności wiersze wyglądałyby inaczej?

Na pewno nie w przypadku kawałków z Antologii hałasu, które były dla mnie przecież początkiem, wielkim otwarciem. Oczywiście wszystko zostało poddane redakcji i przefiltrowane przez świeże doświadczenie i potrzebę podsumowania, ale ostatecznie wciąż myślę o nich jako czymś otwierającym. Wydaje mi się, że te wiersze odpowiadają na apokalipsę, która stale się wydarza – apokalipsę reprezentowaną przez „zapominanie”. Być może stąd bierze się ich ton. A to tylko świadczy o tym, że w zasadzie lubię życie i lubię, kiedy ma sens. I czekam na okazję, aby zaprotestować przeciwko twojemu odebraniu ich jako wierszy na temat „niefajności świata”.

Proszę bardzo.

Ja widzę w nich witalność i żywotność, być może wyrażoną nie wprost. Włożyłem tam mnóstwo pragnienia życia oraz doświadczania go poprzez najprostsze czynności, jak wyjście na miasto czy nad rzekę, symbolicznego zrzucania skóry i chłonięcia wszystkiego jak leci. Zapachów, widoków, kolorów, dźwięków – w najprostszym, najświętszym wymiarze. Z moich wszystkich książek Antologia wydaje mi się najbardziej ekstatyczna, choć podobnie jak pozostałe, jest tomem o utracie. Wiesz, węch już nie ten i chociaż cały czas czuję intensywne zapachy, to nie potrafię, jak kiedyś, po zapachu rozpoznać wiosny albo zimy. Zostały w niej zapisane takie drobne utraty, ale też te większe, gdy zrywają się więzi i tracimy coś, co wcześniej wydawało się wieczne.

Zdaję sobie sprawę, że będę musiał pogodzić się jeszcze z wieloma utratami. Poprzez muzykę i wiersze mogę jednak te wrażenia w jakiś sposób zachować, aby po latach je sobie przypomnieć. Być może również czytelnik dzięki nim o czymś sobie przypomni. Kiedyś prowadziłem w tym celu dziennik, pamięć jest dla mnie kwestią tożsamościową.

Odkąd mam dziecko, istnieje też we mnie dojmujące poczucie, że o czymś zapomniałem, o czymś fundamentalnym. W dzieciństwie obiecywałem sobie, że będę zachowywał się w stosunku do własnych dzieci o wiele lepiej niż czynili to dorośli, których sam obserwowałem jako dziecko; że będę rozumiał emocje i potrafił współuczestniczyć w ich życiu na 100%. Nie wiem jednak, jakie dokładne były to obietnice. Wiersze, szczególnie te zawarte w Antologii, mają formę fiszek z przypomnieniem o tym, o czym z czasem zapomnę.

Czujesz, że taka rzecz będzie się w stanie udzielić czytelnikom po kilkunastu latach?

Zastanawiam się nad tym, odkąd urodził się mój syn. Czy kiedy natknie się na moje książki pomyśli „ja pierdolę, mój stary pisał wiersze, muszę je koniecznie przeczytać, żeby coś lepiej zrozumieć”, czy może raczej „wspaniale, znowu jakieś sonety, jak Mickiewicz, lepiej odpalę starego dobrego Kalibra” (śmiech).

Mój tata powiedział mi, że miał w młodości gitarę elektryczną, ale w którymś momencie swojego życia ją sprzedał. Jako szesnastolatek bardzo tego żałowałem, przecież gdybym powiedział na próbach, że mam sprzęt po ojcu, koledzy mogliby to skwitować tylko jednym słowem: szacunek. Może mój syn będzie miał taką okazję? Na pewno prócz książek, zostanie mu po mnie gitara, która niejedną sztukę zagrała.

Jak zmieniają się w twoim przypadku emocje podczas odczuwania ich, spisywania oraz czytania po latach?

Emocje są zarówno podczas pisania, jak i czytania. Na ogół pierwszy szkic jest emocjonalną sieczką, którą następnie organizuję tak, żeby była również interesującym kawałkiem literatury. Jeśli po latach, mimo tej czasami żmudnej redakcji, czuję emocje, to znaczy, że wiersz się udał. Oczywiście nie jest to odbiór jeden do jednego. Nowe przeżycia i doświadczenia wprowadzają też nową perspektywę. Ale jeśli autor jest w swoim pisaniu uczciwy, to wiersz powinien grać czystą nutę zawsze i wszędzie.

Antologię spisywałem ciurkiem – jako poemat. Potem wydzieliłem z niego osobne części, sonety, a na koniec nadałem im tytuły, ponieważ tak mi było wygodnie i tak podpowiadała mi intuicja. Gdy zostałem laureatem Połowu organizowanego przez Biuro Literackie, razem z Mariuszem Grzebalskim wówczas tam pracującym, zajęliśmy się pracą redakcyjną i wykrajaniem co lepszych kawałków. Publikując cały tom po latach w wydawnictwie Mariusza, którego przy tej okazji gorąco pozdrawiam, nie miałem poczucia, że muszę mierzyć się z czymś słabym, nieprzemyślanym, niedojrzałym.

A w jakiej kolejności powinniśmy czytać tę „trylogię”?

Klasyczny dylemat fanów Gwiezdnych Wojen, ale bądźmy szczerzy i grajmy w otwarte karty – tomiki poezji czytane są bardzo wybiórczo, pojedynczymi wierszami, szybko zapominanymi, rzadko w kontekście całości. Podczas czytania tomu wierszy nie przykładam większej uwagi do kolejności czy chronologii, traktuję go tak, jak podobno traktuje się Biblię – każdego dnia otwieram książkę na jakiejś stronie i czytam wiersz. Czasami trafi mi się dobry.

Cudze wiersze czytasz bardziej czy mniej emocjonalnie niż swoje?

To zależy od wiersza, ponieważ nic nie zakładam z góry. Poezję traktuję śmiertelnie poważnie, tak jak śmiertelnie poważnie można traktować źródło dobrej zabawy. Bardzo mocno wpływa na moje życie i nawet jeżeli przeczytam jedną linijkę, ta linijka może mieć dla mnie kolosalne znaczenie. W którejś z ostatnich książek Krzysztofa Jaworskiego dotyczących choroby – .byłem albo Do szpiku kości – natrafiłem na trzy wersy, które przez wiele dni obracałem w ustach, aż wreszcie zagnieździły mi się gdzieś w okolicach serca chyba na stałe. Ot, potęga literatury, bo to przecież tylko kilka słów na papierze!

A przeminięcie epoki traktowania poezji z pietyzmem i nabożnością odbierasz negatywnie?

Niech sobie każdy traktuje poezję tak, jak chce. A poezja niech będzie traktowana tak, jak na to aktualnie zasługuje. Mamy XXI wiek i dobrze byłoby posługiwać się językiem zdolnym podtrzymać komunikację, bo bez dobrej komunikacji każdy projekt zakończy się fiaskiem. Jeśli ktoś używa wiersza do podtarcia tyłka, to proszę bardzo. Jeśli ktoś zapala kadzidło zanim sięgnie po swoje ulubione dzieła zebrane Norwida, winszuję i pozdrawiam. Nie ma sensu chodzić z nastawieniem starego dziada i międlić jak to kiedyś było fajnie. Gówno prawda, teraz jest fajniej – powszechny, teoretycznie nieograniczony dostęp do informacji to czyste złoto. To, że korzystamy z tego dobrodziejstwa jak kura ze sztućców, to już inna sprawa.

Utyskiwania poetów na czytelnictwo są żenujące. Jeżeli książki są chujowe lub nie mówią człowiekowi żyjącemu tu i teraz niczego o nim samym, to dlaczego człowiek żyjący tu i teraz miałby je czytać i się nimi przejmować? Mnie samego nie interesowali kiedyś polscy romantycy, może poza najbardziej z nich wszystkich postępowym Krasińskim, ale kiedy odkryłem beatników, okazało się, że poezja ma coś do powiedzenia również i na temat mojego życia. Nie siedziałem przecież na salonach, nie popijałem herbatki i nie zastanawiałem się „co tam panie w polityce”, tylko rozkminiałem gdzie by tu wyskoczyć na piwko, żeby spotkać fajnych ludzi. Kiedy okazało się, że istnieje istotna dla mnie poezja, wsiąkłem w nią, dała mi coś, czego nie dało mi piwko.

Pod tym względem nic się nie zmieniło w moim odbiorze dzieł literackich, poza tym, że mam lepsze warunki do próby ich zrozumienia. Natomiast niezdrowa sytuacja jest wtedy, gdy w szkołach dzieci uczy się ramot, zamierzchłych pierdół nie przystających do naszej rzeczywistości. Jak młodzi ludzie mają kumać Sosnowskiego czy Ashbery’ego, skoro nie daje się im do tego narzędzi? Szukacie winnych spadku czytelnictwa? Szukajcie w szkołach. Z drugiej strony szkoła nie musi nas jakoś specjalnie przygotowywać do tego, żeby nam się wiersze Jacka Podsiadły podobały, prawda? I czy musimy je rozumieć, żeby nam się podobały?

Po twojej twórczości spodziewałem się bardziej klasycystycznego podejścia do tego typu zjawisk.

Nie mogę zrozumieć, z jakiego powodu mianuje się mnie „klasycystą”. Czy to forma sonetu, wybrana ze względu na moje upodobanie symetrii? Antologia hałasu jest na wskroś nowoczesna, idzie się przez nią jak przez pole minowe. To przecież jedna wielka intertekstualna gra, którą czytelnik Petrarki odrzuci z obrzydzeniem. Odwołania do innych dzieł kultury funkcjonują na równych prawach z anegdotą i wspólnie tworzą mapę.

Dobrze więc rozumiem, że jesteś zwolennikiem klasycyzmu, ładu i harmonii w warstwie formy, zaś pod względem treści już zdecydowanie nie?

Nie uważam, żeby forma definiowała mój rzekomy „klasycyzm”. Nikt przecież nie powie, że klasycystą jest Raymond Queneau, chociaż jego Sto tysięcy miliardów wierszy ma formę sonetów. Zamknięcie mojej poezji w ramy klasycystyczne jest pójściem na łatwiznę, być może sam jestem temu winny. Ład i harmonia, jakkolwiek kuszące, co najwyżej na chwilę przyczepiają się do tkanki mojego wiersza, żeby zaraz się odczepić, bo nie wytrzymują energii napierającej od wewnątrz. Nie raz już słyszałem o pseudo-sonetach, może to i faktycznie najlepsze określenie, jakby osoby posługujące się tą etykietą wyczuwały, że pod skórą jest coś więcej; że porządek ulega dekonstrukcji. Bo ulega, ja to wiem, bo tak to napisałem, żeby ulegał. Życie to mniej lub bardziej kontrolowany chaos, którego doświadczam z ochotą i z ochotą daję temu wyraz w wierszach.

A podzielisz się rozmieszczeniem chociaż kilku ładunków umiejscowionych na tym polu minowym?

Ach, szkoda byłoby psuć zabawę wymagającemu czytelnikowi, wszystkie niezbędne wskazówki są w książce (można zacząć czytać od Przypisów). Pozwól, że ograniczę się do punktu wyjścia, pola „start” na mapie, chociaż jest to pole ruchome i wcale nie musi oznacza startu: Antologia hałasu to tytuł zaczerpnięty z Anthology of Noise & Electronic Music, siedmioczęściowej składanki wydanej przez belgijską wytwórnię Sub Rosa, zawierającej mało znane utwory kompozytorów, muzyków i zespołów, które ukształtowały obraz XX-wiecznej awangardy. Zatem obok utworów Edgarda Varese i Iannisa Xenakisa znajdziesz tu zupełnie unikatowe kawałki Autechre, Merzbowa czy Otomo Yoshihide. Obok cut-upów Burroughsa mamy elektroakustyczną miniaturę Ligetiego i tak dalej. To imponujące zestawienie uzmysławia jak wiele różnych eksperymentów się zadziało w XX wieku na polu muzyki, ale nie tylko muzyki i dokąd nas one zaprowadziły. Uważny słuchacz odnotuje też jeszcze jedną oczywistą oczywistość: przenikanie. Przenikanie różnych tradycji, środowisk akademickich i nieakademickich, scen i tak dalej. Ten pozornie chaotyczny amalgamat daje spore pojęcie o złożoności minionego stulecia, ale też paradoksalnie porządkuje je niejako od niechcenia, pokazuje Metodę. „Kultura niska”, „kultura wysoka”, techno, poważka, kultura Wschodu, psychodelia, krautrock, nowojorski minimalizm: jedno wynika z drugiego, a drugie z pierwszego, bez granic. W jednym z moich ulubionych kawałków ze składanki, Sonic Youth prezentują nagranie, na którym publiczność (prawdopodobnie po ich koncercie) skanduje „bis”, ale całość jest sztucznie spowolniona tak, że powstaje wrażenie jakbyśmy słuchali bolesnych jęków hordy zombie, co zaraz uruchamia przemyślenia na temat „mądrości tłumu”.

Skorzystałem z tej metody w mojej książce. Przepuściłem całe swoje doświadczenie życiowe przez własnoręcznie spreparowany przester kulturowy, odpaliłem w ekstremalnie zwolnionym tempie i zacząłem nasłuchiwać, czy aby spoza namacalnej powłoki nie odzywa się „ktoś inny”, czy – jak moja ulubiona bohaterka Czarodziejskiej góry – usłyszę w głowie szept, który „wypełni we mnie przepaść”. Przepaść, która powstała przeszło 12 lat temu, kiedy w lipcowe ciepłe popołudnie usiadłem nad rzeką pod mostem siedleckim z „Włóczęgami Dharmy” w plecaku obok sophii riesling i zanotowałem pierwsze zdanie: „Zamieszkiwaliśmy niegdyś przestronne pokoje”…


Rafał Skonieczny, (ur. w 1983 roku w Warszawie), autor dwóch książek z wierszami: Dzikie strony (2010) i Przeniesiony człowiek (2013). Związany z zespołami Hotel Kosmos i Rara, z którymi nagrał kilka płyt. Obecnie zameldowany w Gdańsku.


 Zdjęcie z archiwum poety.


 
antologia hałasu - rafał skonieczny
natalia malek
natalia malek kord
izabela kawczyńska
maciej robert wywiad
maciej robert nautilus