Rodniki Tuwima, czyli fantastyczna metoda twórcza

Nie znam poety, który w trakcie swojej drogi twórczej nie eksperymentowałby z co najmniej kilkoma różnymi sposobami na pisanie. Sam jestem ostatnio zachwycony metodą twórczą, którą udało mi się wypracować na podstawie dwóch ciekawych koncepcji. Jedna z nich opiera się na popularnych wśród poetów notatkach, których szczególną formą były tak zwane rodniki Tuwima, a druga wywodzi się ze współczesnych technik efektywnego i produktywnego działania. Do czego doprowadził ten mariaż?

Śmierci Tuwima towarzyszyła anegdota. W kieszeni garnituru poety znaleziono serwetkę z którejś z zakopiańskich knajp z nagryzmolonym zdaniem: „Ze względów oszczędnościowych polecam zgasić światłość wiekuistą, która mi może będzie świecić”. To był klasyczny tuwimowski rodnik, pomysł na nowy wiersz. Tak pożegnał się ze światem poeta liczony między największych. Dowcipem, paradoksem, ironią. Ale była w tym zdaniu także pewność, że jest kimś niezwykłym, wartym przejścia do historii. Skromność poety, który doskonale wiedział, że istnieje wystarczająco wiele powodów, by nie musiał być skromnym.

Tak właśnie Mariusz Urbanek zaczyna Wylęknionego bluźniercę, bardzo fajną biografię Tuwima, którą przeczytać warto ze wszech miar. Może to zasługa mechanizmu, który pierwsze i ostatnie słowa książek najbardziej wbija nam do głowy, a może i jest to anegdota odpowiednio nośna, aby ciekawie zacząć od niej opowieść – jakkolwiek jednak by nie było, bardzo długo obracałem sobie w głowie te słowa.

rodniki tuwima 5

Jako twórcę interesował mnie szczególnie wytłuszczony fragment. Przecież sam tak robię, przecież robią tak wszyscy znajomi poeci! Zapisywanie urywków zdań zasłyszanych w komunikacji miejskiej, ciekawych pomysłów przemykających przez głowę czy fraz będących potencjalnym materiałem na podstawę przyszłego wiersza to chleb powszedni każdego piszącego.

Nie inaczej było z Tuwimem, który frenetycznie archiwizował tego typu zapiski i przekuwał je później w konkretne utwory. A powstawało ich mnóstwo, w szczycie swojej kariery napisał w końcu setki wierszy miąższystych i dziesiątki tysięcy okolicznościowych wierszy-wierszyków, w dużej mierze niezachowanych. Rodziły się one właśnie z rodników. 

Właściwie od początku swojej przygody z pisaniem wierszy (a zaczęła się ona dobre siedem lat temu) mam z notatkami poetyckimi problem. Wiem też,  że dotyka on nie tylko mnie. Jakkolwiek nie próbowałoby się tych wszystkich pomysłów archiwizować i przechowywać, zawsze gdzieś uciekają, zawsze znikają z pola widzenia i rzadko się do nich wraca, czy to z powodu codziennych obowiązków, czy przez przytłoczenie kolejnymi ideami twórczymi.

Pierwszym krokiem do ogarnięcia tego zaniechania było stworzenie dla rodników oddzielnego formatu, koniecznie fizycznego. Jako że ogarnianie tej kwestii miało z początku charakter partyzancki i doraźny, rozpocząłem od rozerwania kartki A4 na cztery równe części, na których spisałem kłębiące się po głowie pomysły. Nie przychodzi mi teraz do głowy żadne określenie trafniejsze niż pospolita fraza „strzał w dziesiątkę” – rozmiary tak przyciętego kartonika okazały się na tyle małe, żeby nie zachęcać do spisywania kilku pomysłów jednocześnie, i na tyle duże, aby zmieściły się tam ewentualne komentarze, uwagi i skromne pomysły na rozwinięcie tematu.

rodniki tuwima 2

O ile kupno notatniczka w podobnym formacie oraz znalezienie widocznego obok pudełeczka na te zapiski było już sztuką dla sztuki, pozostawał jeszcze problem z rozwijaniem pomysłów dalej. W sukurs przyszła ciekawa koncepcja wywiedziona ze współczesnych technik efektywnego i produktywnego działania. Opiera się ona na idei, w myśl której umysł człowieka pracować może w dwóch trybach: kreatywnym lub analitycznym. Kiedy próbujemy rozdwoić się pomiędzy nimi, wymyślając coraz to kolejne rzeczy i jednocześnie próbując je ustrukturyzować, ewidentnie szkodzimy obu procesom: twórcze myślenie ograniczane jest przez schematy, a próby wprowadzenia porządku torpedowane są przez coraz to nowsze pomysły. Ewentualne podstawy naukowe tej teorii lub ich brak niezbyt mnie interesują, ważniejsze są praktyczne efekty pójścia za nią i podzielenia pracy twórczej na etap kreatywny i analityczny.

W przypadku rozwijania rodników w wiersz sprawa jest dość prosta: na kartce z zapisanym wcześniej konceptem wypisuję wszelkie możliwe skojarzenia oraz pomysły. Gdy czuję się już totalnie wypstrykany z pokładów kreatywności, nadchodzi czas na ogarnięcie tych wszystkich myśli i wpisanie ich w typowe dla wiersza struktury – stroficzne, wersowe, rytmiczne, narracyjne czy z jakichtam akurat przy konkretnym utworze korzystam.

Rozwinięcie tuwimowskich rodników w ten właśnie sposób ma kilka istotnych zalet.

rodniki tuwima 3Po pierwsze, tak dobrze przy pisaniu wierszy nie bawiłem się od czasów liceum, gdy miałem na tyle zuchwałości i entuzjazmu, aby każdy świeży pomysł przerabiać od razu w pełen tekst na marginesie szkolnych zeszytów.

Po drugie, do każdego komponowanego utworu siadam ze znacznie większą ilością gotowego do użycia materiału. Może jest go czasem za dużo, może ucinanie niesatysfakcjonujących myśli nieco boli, ale takie akurat problemy chciałoby się mieć zawsze.

Po trzecie, odkąd używam techniki rodników nie zdarzyło mi się jeszcze siedzieć przed kartką czy edytorem tekstu z kompletną pustką w głowie. Po prostu nie, zawsze coś tworzę i nawet jeżeli z powodu gorszej dyspozycji intelektualnej czy emocjonalnej większość pomysłów nadaje się na przemiał, to chociaż nie frustruję się inercją.

Po czwarte, z każdym kolejnym rodnikiem rozwiniętym w ten sposób oba aspekty pisania, kreatywny i analityczny, stają się coraz luźniejsze i bezproblemowe. Pomysły na rozwinięcie koncepcji pojawiają się na kartce szybciej i w większej ilości, a potencjalne sposoby ich ustrukturyzowania klarują się niemal od ręki.

Tyle mi wystarcza. O wiele fajniej, gdy wiersz powstaje w miarę gładko, niż gdy rodzi się w bólu. Bo z jakiego powodu coś, co sprawić może tyle radości, musiałoby być tworzone cierpiętniczo?