Choć raz trzeba trafić na slam w Worku Kości!

Wrzesień oznacza koniec eventów wakacyjnych i prawdziwy początek sezonu slamowego. W jego trakcie postaram się przedstawiać choć raz w miesiącu ciekawe eventy z całej Polski, a na pierwszy ogień idzie najbardziej prestiżowy obecnie cykl – Slam w Worku Kości. Dlaczego trzeba tam trafić choćby raz w życiu?

Worek Kości to naprawdę świetna miejscówka

I jest to powód, dla którego warto pojawić się w tym miejscu nie tylko na slamie. Bar obchodzący w październiku swoje pierwsze urodziny dał się poznać warszawiakom jako miejsce idealne dla ludzi lubiących rozrywkę z jednej strony kulturalną i stonowaną, a z drugiej pozbawioną charakterystycznego dla polskiej kultury nadęcia i snobizmu. Półmrok opadający na klientów od razu po przekroczeniu progu Worka stanowi świetną przygrywkę do tego, co znajduje się we wnętrzu lokalu – księgarnianej półki wypełnionej książkami Stephena Kinga od podłogi po sam sufit.

W kraju, gdzie twórczość mistrza grozy i największego żyjącego klasyka amerykańskiej prozy nadal jest w oczach literaturoznawców grafomanią niewartą splunięcia, o krytycznym pochyleniu się nad nią nie wspominając, taka wystawka stanowi doskonałe tło dla slamerskich potyczek. Są one wszak pomostem pomiędzy poezją (było nie było sztuką otoczoną w Polsce nimbem hieratyczności), a zwyczajną i codzienną publiką, nastawioną na odbiór tekstów dobrych nie tylko pod względem warsztatowym, lecz także artystycznym oraz emocjonalnym. Trudno zaś wyobrazić sobie, aby tego typu rozrywka nie siadła jak złoto w miejscu zapełnianym regularnie przez tłumy ludzi schodzących się na kryminalistyczne wykłady o zbrodniach doskonałych czy występy gwiazd polskiej i europejskiej burleski.

Słowem – Worek Kości jest na turniej slamowy najodpowiedniejszym miejscem pod słońcem.

Taką atmosferę mogłoby mieć więcej spotkań poetyckich

Za magią miejsca idzie w przypadku Worka Kości również powab klimatu. Nie odnajdą się w nim oczywiście wszyscy: barman lekko krzywiący się na prostolinijny wybór piwa (najtańsze poproszę – to moje hasło) i dobrze ubrani goście z kolorowymi koktajlami w dłoniach to nie najlepsze towarzystwo dla licznych poetyckich wagabundów, ale mi odmiana cyganeryjnego nastroju ostatnich kilku literackich spędów zdecydowanie przypadła do gustu. Tym bardziej, że nie jest w Worku Kości tak posh, jak mogłoby się wydawać po powyższym opisie.

Daedalus Chaos, teksańsko-warszawski performer od ponad pięciu lat mieszkający w Polsce, z którym przeprowadziłem swego czasu megainteresujący wywiad na temat różnic między slamem nadwiślańskim a tym za wielką wodą, opisał mi jakiś czas temu ludzi zbierających się na slamach w Worku kilkoma celnymi słowami-kluczami: young professional crowd, masters/Ph.D students and business folks it seemed. Szczególnie znaczący jest w tym przypadku brak pierwiastka artystowskiego. Na jednej z wakacyjnych workowych imprez typu open mic, w której miałem przyjemność uczestniczyć, dało się wyczuć pewne nastawienie na rozrywkę pozbawioną elementów kultury uznawanej zazwyczaj za niską, ale przesada w drugą stronę również byłaby zupełnie nie na miejscu.

Cóż, każdy slam ma własny klimat i dobrze bawię się nawet na najbardziej hulaszczych turniejach, jednak nie obraziłbym się na więcej imprez tak stonowanych jak te w Worku. Albo się starzeję, albo umiarkowana atmosfera także ma swoje plusy 😉

Poziom slamów w Warszawie jest najwyższy w Polsce

Choć slamowo najbliżej związany jestem ze sceną poznańską, ciężko byłoby mi udawać, że tutejsi zawodnicy mają w jakiejkolwiek dziedzinie slamerskiego fachu podjazd do tych występujących na co dzień w mieście stołecznym. Nie chodzi tu zresztą wyłącznie o turnieje organizowane w Worku Kości, Warszawa ma kilka równorzędnych scen, na których regularnie biją się o laur zwycięstwa zastępy świetnych performerów. Nic dziwnego więc, że gdy na jednej z krajowych scen pojawia się nawet trzecioligowy slamer ze stolicy, niemal z automatu rozjeżdża wszystkie lokalne gwiazdki.

Przyczyna takiego stanu rzeczy jest prosta i brutalna zarazem – turnieje w Warszawie nie wybaczają słabości, a slam w Worku Kości nie należy do wyjątków. W przypadku sportów i rozgrywek wysoce kompetetywnych nic nie rozwija stających w szranki tak bardzo jak starcia z ludźmi, którzy na swoim fachu pozjadali zęby. Tych jest zaś w Warszawie pod dostatkiem i ciężko wyobrazić sobie, aby trafienie do ścisłego topu danego turnieju mogło być dziełem przypadku, szczęśliwego rozlosowania drabinki i wpadania w każdej następnej rundzie na ludzi mamroczących własne utwory pod nosem lub szczękających zębami na myśl o przedstawieniu swojego wiersza przed publiką złożoną z kilkudziesięciu nieznajomych ludzi.

Brzmi to okrutnie, ale tak właśnie hartuje się stal warszawskiego slamu: pokolenia świetnych slamerów wychowują kolejne generacje zawodników równie dobrych, a z czasem pewnie i lepszych. Wszystko dzięki zapewnieniu świeżym zawodnikom brutalnej selekcji i dawaniu dobrego przykładu! Trzeba przy tym jednak zaznaczyć, że nie jest to przesiew znany ze standardowej drogi poetyckiej od „zera” do całowanego po rękach a obgadywanego za plecami „mistrza”. Zwycięstwo w slamie przyznaje w końcu publika, czego efekt może być dla wielu twórców przyzwyczajonych do tradycyjnego modelu rozwoju literackiego konkretnym szokiem – tutaj nie chodzi o całowanie odpowiednich dłoni, pokorne potakiwanie małostkowym uwagom czy wyzbywanie się cech osobniczych na rzecz wpasowania własnej dykcji w odpowiednią modę. Jasne, ludzie zbierający się pod sceną żeby posłuchać slamerów i oddać swój głos posiadają własne preferencje rozrywkowe, poglądy na temat sztuki czy w końcu zależny od danego dnia nastrój, ale artystyczna i nieartystowska zarazem atmosfera zawsze wypycha na wierzch oliwę sprawiedliwości.

Kwestia jest, jak już wcześniej podkreśliłem, prosta. Żeby trafić do grona najlepszych warszawskich slamerów, nie wystarczy stawać się z turnieju na turniej lepszym i wychowywać pod siebie lokalną publiczność. Taka taktyka zadziałać może w mniejszych miastach, gdzie nie ma tak dużej rotacji wśród występujących i po roku czy dwóch bez wysiłku staje się człowiek lokalną gwiazdką. W Warszawie zaś walczyć trzeba do upadłego, gdyż w miejsce każdego poległego przeciwnika pojawiają się trzej nowi, spragnieni sukcesu jak rekiny świeżej krwi.

Twórcy potrafiący brać przykład z najlepszych i uzupełniać go o najprawdziwszą cząstkę siebie zostają zwycięzcami. Pozostali – odpadają z gry. I nikt mi nie wmówi, że atmosfera rywalizacji połączona z klarownym i sprawiedliwym win condition (miłość ze strony publiczności, nic więcej!) nie jest najlepszym środowiskiem dla rozwijających się slamerów. Bo jest, i kropka.

To obecnie najbardziej prestiżowy cykl slamów w Polsce

Za wysokim poziomem dosłownie każdego workowego turnieju idzie naturalnie prestiż całego cyklu. Slamów organizowanych regularnie i układających się w powiązane z danym miejscem i organizatorem serie jest w Polsce całkiem sporo (w Warszawie są jeszcze turnieje w Pogłosie oraz Cabaret Poetry Slam, w Krakowie regularnie odbywają się imprezy w Magazynie Kultury, Bydgoszcz ma raz w miesiącu Tupot Poetycki, a Poznań co dwa tygodnie Literufkę i wakacyjne Kontenery…), jednak to właśnie tabelki z wynikami z Worka Kości mówią nam najwięcej o czołowych graczach polskiej sceny slamerskiej.

Pierwszy Slam w Worku Kości w sezonie 2018/2019 odbędzie się już w najbliższy weekend, 8 września. Szczegóły tradycyjnie w wydarzeniu na Facebooku.