Stacja wieży ciśnień to 1/3 debiutu – Dawid Mateusz – wywiad

Zawód miłosny albo sukces na tym polu mogą być takim samym powodem do napisania wiersza jak dowolna kwestia społeczna, która w jakiś sposób uruchomi w autorze ów proces pisania. U nas jest olbrzymi problem z myśleniem o polityczności i często ulegamy iluzji, że nie zabierając głosu, nie mamy wpływu na rzeczywistość – mówi Dawid Mateusz, autor tomu Stacja wieży ciśnień, jednego z najgłośniejszych debiutów poetyckich ostatnich lat.

Masz trzydzieści lat, za tobą publikacje w ważnych antologiach poetyckich oraz co znaczniejszych periodykach literackich, zaś twój debiutancki tom Stacja wieży ciśnień został doceniony przez krytykę i czytelników. Czujesz mimo to przynależność do poetów jeszcze „młodych, zdolnych”, czy może odbierasz już siebie jako gracza wyższej ligi?

Oj, to tu będzie kilka kwestii. Po pierwsze, staram się siebie w ogóle nie „odbierać” i nie zastanawiam się nad takimi rzeczami. Na szczęście mam mnóstwo roboty, więc nawet nie mam na to czasu. Po drugie, ejdżyzm i adultyzm są tworami kulturowymi obcymi mi ideowo. Wreszcie, po trzecie, zostawmy „graczy” i „ligi” kibicom sportowym. W literaturze to tak nie działa.

I tu dochodzimy do clue tego krótkiego wywodu. Świadom jestem, że to straceńcza szarża bez większych szans na powodzenie, ale – nie ma lepszych i gorszych poetów. Są jednak lepsze i gorsze książki, lepsze i gorsze wiersze. Gdybyśmy przebudowali swoje myślenie w ten sposób i nieco odciążyli dotykanie ego każdego z piszących, środowisko literackie wyzbyłoby się wielu patologii w nim występujących. Wszyscy wydajemy twory bardziej lub mniej udane i nawet poetom uchodzącym za wybitnych zdarza się wypuścić słabszą książkę. Dlatego może nie rozmawiajmy o osobach, a właśnie o książkach.

Uważam, że w cholerę debiutanckich książek przepada przez koniunkturę jaka nas zastała. Pamiętajmy przy tym, że debiut to nie tylko pierwsza książka, ale często też druga czy trzecia. W naszych warunkach i piątą trzeba wydać, żeby zostać zauważonym. Poza tym zupełnie nie mam nostalgicznej natury – nie kolekcjonuje zdjęć, nie wspominam czasu minionego. Jestem natomiast niesamowicie podekscytowany myśląc o przyszłości, również przyszłości literatury. Stad też dużo bardziej jestem ciekaw debiutów takich ludzi jak Przemek Suchanecki, Nina Manel, Paweł Harlender, Paulina Pidzik, Patryk Kosenda, ty czy wielu innych, niż piętnastej książki uznanego poety X, która tak naprawdę w ogóle mnie nie zaskoczy i nie obejdzie.

Mówisz o koniunkturze, o naszych warunkach – a jak one dokładniej wyglądają z twojej perspektywy? Jest dobrze, skoro tych tomików wydaje się na pęczki, a o ciebie biły się dwa najbardziej aktywne i dynamiczne wydawnictwa poetyckie w kraju?

Ja tam żadnej bójki nie widziałem i myślę, że do żadnej bójki nie doszło. Wiem o czym mówisz i chciałem zaznaczyć na wstępie, że mam olbrzymi szacunek do pracy jaką wykonuje Mariusz Grzebalski oraz cała ekipa Wydawnictwa WBPiCAK, podobnie jak i do pracy Artura Burszty oraz całej ekipy Biura Literackiego. Problem leży gdzieś indziej.

Pamiętajmy, że te „dwa najbardziej aktywne i dynamiczne wydawnictwa” również mają swoje problemy, co skutkuje tym, że nie mogą one sobie pozwolić na wydanie więcej niż jednej czy dwóch książek debiutanckich rocznie. Szansa dla debiutantów pojawia się częściej w przeróżnych konkursach, problem polega jednak na tym, że te pokonkursowe publikacje nie mają przeważnie należytej promocji i dystrybucji. To bierze się przeważnie z braku możliwości finansowych mniejszych wydawców.

Wiesz, my jako Tłocznia Wydawnicza „Ach Jo” wespół z Domem Literatury w Łodzi wydaliśmy w zeszłym roku książkę Radka Jurczaka. Pamięć zewnętrzna dostała Silesiusa za debiut roku, więc teoretycznie zwiększyło to zainteresowanie książką. Ale wiesz jak się to przekłada na sprzedaż? Mógłbym policzyć ile egzemplarzy Pamięci zalega mi w pokoju, ale nie chciałbym, żebyś się wykrwawił do wewnątrz.

Zakładam, że jest to kwestia uniwersalna?

Przepadło mnóstwo bardzo dobrych książek, od debiutu Dominika Bielickiego do debiutu Macieja Rasia. Ba, nie do dostania są pierwsze książki Ryby, który teraz wyrasta na jeden z najważniejszych punktów odniesienia dla tzw. młodej poezji. Rybę akurat staramy się przywrócić do obiegu. Mam przyjemność być redaktorem jego wierszy zebranych, które wyjdą niebawem i które bardzo polecam. Ale np. Requiem dla Saddama Husajna i inne wiersze dla ubogich duchem, debiut Konrada Góry, było dystrybuowane przez Empik i przez ten Empik zostało praktycznie całościowo zmielone. Jest mnóstwo kuriozalnych sytuacji i jak tak dalej pójdzie, to jednak wszyscy do tego wewnątrz się wykrwawimy.

Problem jest wielowarstwowy i tutaj skłaniam się jednak ku gratulacjom dla drogi obranej przez chłopaków z Rozdzielczości Chleba albo Miłosza Biedrzyckiego, który wrzucał swoje książki do neta zanim to było zajebiste. Zyski ze sprzedaży książek poetyckich dla autorów są niemal żadne, poza jednostkowymi przypadkami, a dzięki umieszczeniu ich na Issuu mają przynajmniej szansę dotrzeć do szerszego grona odbiorców.

Słowem i czynem opowiadasz się po stronie poetów zaangażowanych nie abstrakcyjnie i nie ogólnie, lecz jasno i konkretnie. Skąd w tobie potrzeba zaangażowania właśnie tego rodzaju?

Prawdopodobnie z tych samych powodów, z których bierze się u innych wiara w klasycyzm, lingwizm albo poezję posmoleńską. To nie jest żadne założenie dotyczące mojego pisania. Bierze się to z natury i przekonania, że ta droga jest słuszna, ale po części również z mojego sposobu postrzegania rzeczywistości jako sieci naczyń połączonych. Zawód miłosny albo sukces na tym polu mogą być takim samym powodem do napisania wiersza jak dowolna kwestia społeczna, która w jakiś sposób uruchomi w autorze ów proces pisania. Z tym zaangażowaniem i politycznością mamy w ogóle jakiś absurdalny kłopot, zważywszy na to, że polska poezja od jej zarania jest poezją polityczną.

Każdy wiersz jest więc polityczny w sensie prezentowania takiego czy innego światopoglądu wprost?

Brak deklaracji czy nawet postawa abnegacka wobec polityczności również są wyborami politycznymi. Nie zabierając głosu, po prostu wspierasz status quo. Mówię bardziej o mikro niż makropolityce. U nas jest olbrzymi problem z myśleniem o polityczności i często ulegamy iluzji, że nie zabierając głosu, nie mamy wpływu na rzeczywistość. A tak nie jest, abnegacka postawa wobec polityczności i rzeczywistości politycznej, również jest głosem, który na te rzeczywistość wpływa. To jest szczególnie rażące w naszym środowisku. Do tej pory nie potrafię zrozumieć, dlaczego Marcin Świetlicki był opisywany jako poeta apolityczny, kiedy raz za razem zamieszczał w każdej kolejnej książce wiersze tak jawnie polityczne, jak być może żaden z poetów w latach dziewięćdziesiątych.

Stację wieży ciśnień zaczynasz od wiersza politycznego wprost, wzmiankującego Julię Tymoszenko, zaś cień wojny rosyjsko-ukraińskiej wisi nad całym tomem, tym wyraźniejszy, im więcej między kolejnymi jego emanacjami wierszy odnoszących się do twoich uczuć i doświadczeń natury prywatnej. Czy nie uważasz, że umniejszasz przez to wagę jednych lub drugich?

Kompozycja jednopłaszczyznowa, stworzona z wierszy tylko i wyłącznie zaangażowanych, jest nieprzekonująca dla czytelnika. Traci dużo przez swoją nachalność. Jeżeli natomiast przeplatamy wątki, formy i punkty zaczepienia, książka staje się różnorodna tematycznie oraz formalnie. Wszystkie jej wątki są równie ważne i równie mocno wyeksponowane.

A już kompletnie inną kwestią jest to, że niektóre z wierszy w książce są równie bardzo „polityczne i zaangażowane”, co „intymne” oraz „wynikające z doświadczeń prywatnych”. I co mi zrobisz?

Może podchodzę do tego zbyt bulwarowo, ale chciałbym w tym miejscu usłyszeć konkretną deklarację – jak myślenie o tej wojnie wpływa na twoje życie? Czemu to właśnie ona, a nie dziesiątki innych aktualnych konfliktów zbrojnych, staje się jedną z myśli przewodnich tomu?

To złożona kwestia. Nie jest przecież tak, że przechodzę obojętnie wobec konfliktów zbrojnych mających miejsce w innych częściach świata. Jakkolwiek to zabrzmi, „one mają swoich poetów”, a z pisaniem o Majdanie wystąpiła u nas swego rodzaju trudność i odczuwałem boleśnie brak reakcji na wydarzenia za wschodnią granicą. Do tego dochodzi z pewnością kwestia intensywności relacji medialnych ze względu na geograficzną bliskość. Trzecią kwestią jest fatalna, spłycająca i pauperyzująca forma tych relacji, która uderzyła mnie szczególnie mocno.

W kwestii „wpływania na moje życie”, pamiętajmy jednak, że pisałem tę książkę głównie w latach 2012-2015 i może zamiast „wpływania na życie”, mówmy o wpływie na kształt książki powstałej w tamtym okresie.

Jak daleko od Ukrainy znajduje się Dawid Mateusz nakreślony w tomie? Jest jednym z tych ludzi, którzy myślą o wojnie za miedzą tylko striggerowani nagłówkami, czy może poprzez refleksję i danie słowem świadectwa wkracza w jakiś sposób na pole walki?

755.66 km – taki wynik pokazują Google pytane o odległość między Krakowem a Kijowem. I wydaje mi się, że to najlepsze odpowiedź na całość Twojego pytanie, o walkę o przeżycie i striggerowanie nagłówkami.

Nie jestem natomiast pewien, o jakim konkretnie polu walki mówisz. Ta książka nie jest przecież polem walki o niepodległość Ukrainy, ono aktualnie przesuwa się z Donbasu na zachód. Jest natomiast polem walki o prawdziwość przekazu medialnego, prawdziwość swoich doświadczeń i „danie słowem świadectwa” o braku osiągnięcia jednego i drugiego już na początku drugiej dekady XXI wieku.

Podobnie jak ty odpowiedziałeś na pytanie o pole walki o niepodległość Ukrainy, ja mógłbym odpowiedzieć na deklarację walki o prawdziwość przekazu medialnego. Myślenie o twórczości poetyckiej jako narzędziu walki nie jest czasami myśleniem bardzo życzeniowym, szczególnie w kontekście zarysowanej przez ciebie pozycji debiutantów?

Jestem świadom tego, że jeżeli chodzi o „pozycję debiutantów”, znajduję się w dosyć uprzywilejowanej pozycji i akurat ja nie mam prawa narzekać na zainteresowanie ze strony krytyki ani czytelników. Myślenie życzeniowe? Możesz mieć rację, może jest to donkiszoteria, jednak – po pierwsze – w jaki rodzaj przekazu wierzyć, jeżeli przed chwilą ustaliliśmy, że medialny jest nieprawdziwy i zakłamany? Po drugie, uważam że pisze się po to, żeby jednak coś powiedzieć, np. coś co leży Ci na sercu, albo coś, co cię wkurwia. Bo jeżeli nie, to po co w ogóle pisać? Żeby powiększyć ilość ładnych wierszy we wszechświecie albo zdobyć dziewczynę? Nie, dzięki. Ładnych wierszy i bez naszych istnieją miliony, a dziewczynę już mam.

Jak bardzo przywiązany jesteś do Stacji wieży ciśnień jako całości? Poszczególne wiersze korespondują ze sobą i wchodzą w jakiś dialog, są więc ważne jedne dla drugich. Czy zatem chciałbyś, aby był odbierany w całości, czy może jest to dla ciebie obojętne i te szczególnie nośne wiersze (Brugata!) mogłyby sobie wejść do kultury literackiej bez kontekstu Stacji?

Gdybym nie był „przywiązany” do tej książki jako całości, to bym jej jako całości nie wydawał. Dosyć mamy przypadkowej produkcji literackiej w Polsce, gdzie w ramach tomu publikuje się zbiory wierszy „skomponowane” bez ładu i składu albo z pomysłami kompozycyjnymi na poziomie zlikwidowanej gimbazy, co zwyczajnie obraża mnie jako czytelnika.

U poetów twórczości wybitnej, jak u Eugeniusza Tkaczyszyna-Dyckiego, nie tylko wszystkie wiersze w książce, ale nawet wszystkie książki się w pewien sposób łączą. O swoim pisaniu staram się myśleć całościowo. Jeżeli zaczyna się na poważnie, a takim poważnym początkiem jest już publikacja książki, to trzeba znać ciąg dalszy tej historii. Stacja wieży ciśnień to dopiero ⅓ debiutu. Od początku pomyślana była jako tryptyk, trójksiąg, trójkąt – jak tam wolisz.


Dawid Mateusz (ur. 1986 w Wadowicach) – polski poeta. Laureat projektu Połów 2013 organizowanego przez Biuro Literackie. Laureat Nagrody Poetyckiej im. Kazimiery Iłłakowiczówny 2016 za najlepszy poetycki debiut roku oraz nominowany do Nagrody Literackiej Gdynia 2017 w kategorii poezja za tom Stacja wieży ciśnień. Publikował m.in. w Odrze, Wakacie, Zeszytach Poetyckich. Mieszka w Krakowie.


Autorem zdjęcia poety jest Wieńczysław Dębiński.