lech2

Sztuczki – Joanna Lech – recenzja

Debiut powieściowy Joanny Lech przenosi czytelnika w krainę dziecięco-młodzieńczych wspomnień, świat powoli i pieczołowicie odrapywany z właściwych wczesnej młodości złudzeń i miraży. Czy wyłaniający się spod nich obraz może zaciekawić?

Od początku lektury Sztuczek odnieść można wrażenie, że zostało się wrzuconym do baśniowego świata, w którym dni przepędzane są na beztroskich zabawach typowych dla pokolenia preinternetowego. Reminiscencje wchodzącej w dorosłość narratorki, próbującej poradzić sobie z odejściem przyjaciela poprzez wspominki dzieciństwa spędzonego w niewielkim miasteczku, z każdą kolejną stroną czynią jednak ten obraz bardziej grimmowym niż andersenowskim.

Choć na pierwszy rzut oka dzieciństwo spędzone w Niebie może sprawiać wrażenie sielankowego, to bardzo szybko wyskakuje zza drzewa ojciec-alkoholik z wilczymi kłami, w przebraniu chatki z pierników otacza główną bohaterkę bańka destruktywnej pierwszej miłości, a sugestywnym cieniem kładzie się na świecie przedstawionym widmo śmierci, stanowiącej wyraźną dominantę kompozycyjną Sztuczek. – Ona powinna być ciągle obecna, tak jak normalnie, w życiu – tłumaczy autorka – ale na co dzień się o niej przecież nie myśli. Świadomość nieuniknionego dociera do człowieka zawsze za późno.

Nachodzi więc śmierć bohaterów powieści co i rusz, jak mogłoby się zdawać – na każdej stronie. Bywa symboliczna, metaforyczna i całkowicie sympatyczna, ale bywa też wcieleniem śmierci dosłownej, nieodwracalnej oraz zwyczajnie smutnej. To jednak, co z początku wydaje się olbrzymim nagromadzeniem, dość szybko zostaje ucięte i przeniesione do sfery domyślności, uaktywniając w czytelniku pragnienie dostrzeżenia śmierci tam, gdzie ciężko o jej znalezienie. Jednym z najintensywniejszych wrażeń, na jakie napotyka się podczas lektury Sztuczek, jest właśnie to obsesyjne doszukiwanie się odwołań do umierania w każdej pojedynczej scenie, oczekiwanie na mniej lub bardziej sugestywny opis odejścia, czy to metaforycznego, czy to do bólu dosłownego.

Lektura powieści bywa przez to męcząca. Rozłożenie forsownego intelektualnie materiału na metr kwadratowy druku przekracza europejskie normy, w niektórych fragmentach symbolika wybija się znacznie ponad opowiadaną historię, całkowicie ją dominuje. – W pierwszej wersji rzeczywiście niektóre watki były rozwinięte, jak na przykład pierwsze spotkanie bohaterów czy okoliczności zesłania ich na wieś – przyznaje autorka. – Stwierdziłam jednak, że wcale nie są istotne dla książki. Wydłużają, nudzą i kto właściwie powiedział, że przy czytaniu trzeba oddychać? Ja w czasie pisania nie oddychałam – mówi.

Z brakiem rozwadniaczy łączy się również pewna specyficzna cecha Sztuczek. Mimo iż historia wydaje się być opowiedziana krok po kroku, to brak rozległych opisów chronotopicznych sprawiać może wrażenie, że fabuła podporządkowana została pokazywaniu konkretnych scenek i schematów, w gruncie rzeczy autonomicznych i do powieściowej historii przyspawanych tylko powierzchownie. Przez to mierzyć musi się autorka z dwoma zarzutami: zbytniego upoetyzowania formy powieściowej oraz uczynienie ze Sztuczek dość prostego zapisu mitu pokoleniowego, wyświechtanego już na wszystkie strony. – Choroby języka niełatwo się pozbyć. Mam jednak wrażenie, że to nigdy nie było specjalnym zarzutem. Ładunki są rozmieszczone w odpowiednich miejscach, małe eksplozje następują w każdym rozdziale i zdaje mi się, że raziłyby dopiero wtedy, gdyby było ich za dużo – podkreśla Joanna.

Nie sposób się z nią nie zgodzić. Mnie także zdarzało się wyłapywać podczas lektury drobne elementy techniczne zwiazane z poezją, ale w całości odebrałem Sztuczki jako prozę rasową i ewidentną, choć miejscami faktycznie nieco zbyt zrytmizowaną. Za trafne uważam natomiast krytyczne uwagi skierowane wobec opisów dziecięcych gier i zabaw. Co na to autorka? – Akcja dzieje się w bardzo konkretnym miejscu i czasie, ale dziecko odbierało przecież rzeczywistość inaczej, niż wydzierałby ją sobie z pamięci dorosły – tłumaczy, i może faktycznie coś w tym jest, a treść wspomnień narratorki odbierana jest niepotrzebnie z perspektywy zupełnie dorosłej?

Decyzja o nienaruszaniu kondensacji w świetle lektury wydaje się jednak nietrafiona. Wypełnienie fabularnych dziur mogłoby nie tylko pozwolić czytelnikowi na odetchnięcie, ale wprowadzić również nieco porządku do bardzo chaotycznej akcji. Szczególnie biorąc pod uwagę fakt, że bazowa historia wiejskiego outsidera Andy’ego zostaje w pewnym momencie ucięta, zaś to, co wydawać mogłoby się punktem kulminacyjnym, stanowi wyłącznie wstęp do wolty narracyjnej oraz klimatycznej.

Przejście w stronę klimatu zagmatwanego i onirycznego zrodzić miało się naturalnie, podczas przelewania myśli na papier. – Zmiana narracji ma podkreślać ogrom straty, zwyczajnie nie dałoby się tego inaczej zapisać. Zresztą, rodziały drugiej części najpierw napisałam w ten sposób z automatu, sama nie zwróciłabym na to nawet uwagi – opowiada Joanna. Intuicyjna myśl zamieniła się jednak w integralną część kompozycji dzieła. – To nie miał być zamierzony eksperyment i długo dyskutowałyśmy nad tym elementem z redaktorką. Nie sądzę jednak, żeby treść była przez to zbyt zagmatwana. Wierzę w moich czytelników i bardziej bałam się krytyki samego zabiegu, niż trudności w jego odbiorze – przyznaje.

Sztuczki nie staną się przez to rynkowym i popkulturowym fenomenem czytelniczym, jednak w swojej roli spisują się znakomicie. Motyw śmierci ukazany został w nich z każdej strony, a autorce udało się uniknąć zarówno intelektualizowania procesu godzenia się z odejściem, jak i umelodramatyczniania go. Chaotyczność oraz zagmatwanie czynią z powieści rzecz najnaturalniejszą w świecie i może cała sztuka tkwi właśnie w tej jednej sztuczce?

W końcu o tym mówi głosem narratorki Joanna Lech: O sztuczkach, którymi sami się przekonujemy do zapomnienia o tym, że w każdej chwili i w każdym miejscu możemy nagle zaprzestać istnieć. Przekonujemy się, żeby nie pamiętać i żeby móc sobie z tym poradzić. Gdy byliśmy dziećmi i nie wiedzieliśmy, jak się mierzyć z problemami, szliśmy się staczać ze zbocza wzgórza. Taka zabawa, kładziesz się i toczysz. Po prostu. I taką szalenie mało oryginalną  myślą właśnie kończy się cała książka. Co zrobić, gdy twój cały świat wali ci się naraz w gruzach na głowę? No cóż, czasem nie możesz nic zrobić, możesz tylko próbować się toczyć, toczyć się dalej. Toczyć. Po prostu – podsumowuje.