skwara1

Elegancja czy wyuzdanie? – wywiad z Ewą Skwarą, tłumaczką Sztuki kochania Owidiusza

Sztuka kochania Owidiusza obrosła przez wieki wieloma mitami. Podręcznik elegancji czy katalog pozycji seksualnych? Lektura komiczna czy wyrafinowana? Traktat szowinistyczny czy manifest feministyczny? Wszelkie wątpliwości na temat Ars amandi rozwiewa Ewa Skwara, autorka najświeższego tłumaczenia poematu Owidiusza.

Do kogo skierowana jest obecnie Sztuka kochania?

Do każdego, kto interesuje się literaturą antyczną. Wbrew pozorom mało tam technicznych wskazówek. Mimo chwytliwego tytułu dzieło Owidiusza jest raczej podręcznikiem elegancji, dobrego smaku, savoir-vivre’u… Czyli tego wszystkiego, czym podbija się serca kobiet i serca mężczyzn, bo przecież działa to w obie strony. Jak pisze Owidiusz: na nic napary miłosne, na nic obłęd, mania – jeśli chcesz być kochany, bądź godny kochania.

A czy dziś Owidiusz może jeszcze kogokolwiek zawstydzać?

Wydaje mi się, że przekład stoi na dokładnie tym samym poziomie obyczajności, co oryginał. Owidiusz nie przekracza granicy dobrego smaku, a jego urok polega na niedopowiedzeniu. Nigdzie nie ma wulgarnych słów, a autor wyraźnie odcina się od ewentualnych myśli czytelnika, na niego właśnie przenosząc odpowiedzialność. Granice estetyczne są jednak różne. Miałam takich studentów, którzy odmawiali czytania Arystofanesa! Nie chodzi tu nawet o stopień wyuzdania danej lektury, a o wcześniejsze doświadczenia czytelnicze i traktowanie dzieła literackiego jako nienaruszalnego dzieła sztuki.

I nic kontrowersyjnego nie da się w Sztuce kochania znaleźć?

Muza Owidiusza milknie na progu sypialni, choć jest parę pikantnych fragmentów, które mogą czytelnika poruszyć. Osnute są one jednak najróżniejszymi zabiegami artystycznymi. Autor nie podaje na przykład pełnego katalogu pozycji seksualnych, ale wskazuje, które z zabiegów eksponują najlepiej wdzięki danej budowy ciała.

sztuka kochania owidiusz

Można by jednak krytykować Owidiusza z pozycji feministycznych.

Mówi się, że Owidiusz jest pierwszym feministą w historii literatury rzymskiej! Jako pierwszy pokazuje przecież w Sztuce kochania, że w sypialni kobieta ma równe prawa z mężczyzną. W wielu miejscach pisze o miłości, relacjach i spełnieniu jako partnerstwie. Powiela wprawdzie schematy elegii miłosnej, gdzie to mężczyzna ugania się za kobietą i stara się ją zdobyć, ale zdecydowanie nie jest mizoginem! Napisanie trzeciej księgi, przeznaczonej głównie dla kobiet, stanowi tego najwyraźniejszą oznakę. Pewne fragmenty trudno jednak wytłumaczyć z dzisiejszej perspektywy inaczej niż konwencją literacką. Owidiusz mówi bowiem, że lekka przemoc jest mile widziana przez kobiety.

Zawsze się trochę gwałci”?

Słynny casus, który mówi, że kiedy kobieta mówi „nie”, naprawdę myśli „tak”. Ma on proweniencję historyczną, częstokroć nawet komediową. Szlachetnie urodzone dziewice nie mogły być partnerem w miłosnych relacjach, nie mogły wykazywać podobnej inicjatywy co mężczyźni. Zakazywało im tego prawo oraz obyczajowość dawnych epok. Wymagano, aby kobieta nie miała żadnych kontaktów seksualnych poza tymi małżeńskimi. Oznaczało to brak kontaktów nie tylko przed ślubem, ale i po nim, w przypadku rozwodu czy owdowienia.

Natura nie znosi próżni, więc zawsze znajdzie się sposób na obejście prawa. Gdy w Rzymie zabroniono urządzania hucznych uczt, natychmiast zrodził się zwyczaj wyjeżdżania poza miasto, co oczywiście prowadziło do jeszcze większych zbytków. A jeżeli dochodziło do kontaktów seksualnych poza małżeństwem, najlepiej było powiedzieć, że kobieta została do nich zmuszona siłą. Obyczajowość antyczna łatwo znajdowała usprawiedliwienie dla przemocy fizycznej i uleganie sile gwałtu było postrzegane znacznie lepiej niż uleganie sile perswazji czy miłości. Tę samą moralność przejęła zresztą z antyku kultura chrześcijańska.

Motyw kobiety będącej tak naprawdę na „tak” zrodził się z tego właśnie podejścia. Kobiety z rodzin plasujących się wysoko na drabinie społecznej nie mogły wyrazić zgody, więc jeżeli już dochodziło do kontaktów seksualnych, to był najlepszy sposób obrony.

Myślenie bardzo patriarchalne.

Ciężko oceniać jednak czasy ówczesne dzisiejszymi kategoriami. Patrzenie na nie z obecnej perspektywy byłoby anachronizmem. Zrobiliśmy olbrzymi postęp na drodze w uznawaniu praw jednostki: kobiet, dzieci, mniejszości etnicznych czy seksualnych. Bardzo dobrym przykładem będzie tu różnica między pannami na wydaniu a słynną Lukrecją, na której stosunek seksualny został wymuszony gwałtem. Prawo tamtych czasów dawało na to prostą odpowiedź: jeśli delikwent oferował się poślubić zgwałconą dziewczynę, sprawę uważano za niebyłą.

Z dzisiejszego punktu widzenia jest to skandaliczne, ale z tego właśnie zjawiska biorą się „szczęśliwe zakończenia” w komediach czasów dawnych: mimo pewnego zawirowania chronologicznego wszyscy są zadowoleni, a sytuacja wraca do punktu wyjścia. Problem z Lukrecją polegał na tym, że winowajca nie mógł odkupić winy, gdyż była już mężatką. Dla ówczesnej mentalności tragiczność sytuacji nie polegała więc na samym gwałcie, a na wejściu w prawa małżeńskie.

Dla tłumacza współczesnego nie jest to trudna sytuacja?

Człowiek musi bronić się przed pokusą zmiany tekstu, ale poprawianie go lub omijanie przypominałoby niszczenie starych zdjęć, na których źle wyszliśmy. Tacy po prostu byliśmy, cywilizacja tak właśnie wyglądała.

Największą trudność sprawiła mi historia Achillesa i Dejdamei. Aby uniknąć wysłania syna na wojnę, matka przebrała herosa za dziewczynkę i umieszczony został on na dworze królewskim. Kładziono go nawet do jednego łoża z córką królewską, którą w końcu zdobył gwałtem. Owidiusz pisze:

Niech twa namiętność będzie dla jej warg bez szkody,

by nie mogła narzekać, że jesteś brutalem.

Wyraźnie pokazane jest więc, że nie ma to być seks ostry, brutalny. Ale:

kto zdobył pocałunki, a reszty nie zdobył,

także z tym, co już dostał, pożegna się z żalem.

Od całusów do pełni brakło tak niewiele?

Ech, rzecz więc nie ze skromną, ale z nieporadną.

Użyj siły, gdyż siła jest ich przyjacielem,

bo chcą wbrew swej woli to, co dać ci pragną.

Ta wzięta gwałtem będzie mieć oczy wesołe,

poczyta zniewolenie za rodzaj grzeczności.

Ta, którą mogłeś zmusić, a nawet nie tknąłeś,

uda radość, lecz smutek w jej oczach zagości.

Dejdamea sama nie mogła się oddać Achillesowi, ale cieszyła się, gdy bohater ją zmusił.

Starałam się oddać to nawet lżej, niż napisał sam Owidiusz, aby było oczywiste, że tutaj nie chodzi o złą interpretację, ale o zapewnienie tej dziewczynie pewnego alibi. To właściwie jedyny moment, w którym autor mówi o przemocy, ale przecież odżegnuje się jednocześnie od brutalności. Oczywiście można interpretować to na różne sposoby, a sam przekład też jest swojego rodzaju interpretacją. Ja chciałam pokazać Owidiusza jako poetę wyrafinowanego, eleganckiego, pełnego dowcipu i humoru. Wydaje mi się, że ta przemoc jest u niego pewnego rodzaju kontraktem miłosnym między dwojgiem ludzi i nie proponuje poeta niczego więcej.

Spojrzenie bardzo optymistyczne.

Z pewnością nie jestem w stu procentach obiektywna. Do przekładu wybieram takich autorów, do których czuję wyraźną sympatię oraz sentyment. Muszę mieć z nimi coś wspólnego: czy to poczucie humoru, czy zainteresowanie podobną tematyką. Tylko raz podjęłam się przekładu tekstu, który ktoś mi zaproponował. Była to komedia Piccolominiego, późniejszego papieża Piusa II, bardzo niemoralna, opowiadająca o tuzinie heter kąpiących się w łaźni. Ale nawet wtedy decyzję podjęłam dopiero po przeczytaniu dzieła!

sztuka kochania owidiusz

Pewnym zmianom musiała jednak ulec w tłumaczeniu poetyka tekstu.

Jest to zawsze problem, a przy przekładach z literatur dawnych jest on jeszcze większy. Jedna z teorii mówi zresztą, że każde pokolenie powinno mieć swoich tłumaczy tych dzieł, które stanowią kanon kultury europejskiej.

Mnie przy tłumaczeniu Owidiusza przyświecała myśl, aby tekst był jak najbardziej zrozumiały bez przypisów. To, co nad kreską, miało sprawiać przyjemność czytelnikowi nieposiadającemu wiedzy szczegółowej. Nie chciałam też cenzurować Owidiusza. Oznacza to, że musiały pozostać fragmenty niezrozumiałe dla współczesnego czytelnika i kompletnie go nieinteresujące. Wersję złożoną z rodzynek, najsmaczniejszych kawałków, dał już czytelnikom w latach dwudziestych zeszłego stulecia Ejsmond. Jest to przekład chwytliwy i popularny, więc robienie tego samego nie miało już sensu. Ja chciałam zaś oddać czytelnikom do lektury pełny tekst, który przy obecnej wiedzy ogólnej na temat antyku będzie wystarczająco zrozumiały.

Jak wygląda to w praktyce?

Skoro przyświecała mi taka zasada, to wszystkie patronimikony czy określenia trudniejsze konsekwentnie przekładam na formę jednoznaczną. Przez to oryginalny „Peliada” jest Achillesem, a „Fazyjka” Medeą. We fragmencie, gdzie pojawia się rzeka Kaikos, stanowiąca dla rzymskiego czytelnika symbol miejsca bardzo odległego od cywilizacji, zastąpiłam jej nazwę określeniem „gdzieś tam w Myzji”.

Starałam się zastąpić nazwy własne ekwiwalentami, ale nie korzystać przy tym z anachronicznych elementów współczesnych. Chciałam zostawić tyle warstwy antycznej, ile tylko się dało. Sporo rzeczy trzeba było zmienić w celu ułatwienia tekstu, więc pojawia się też dużo przypisów. Za ich pośrednictwem tłumaczę się ze zmian. Chodzi tu i o filologiczny obowiązek, i o powinność naukową. Zdarzało się, że historycy opierali się na przekładach artystycznych dzieł antycznych, nie sprawdzając oryginału, i wysnuwali wnioski wprost nieprawdopodobne!

Jeśli tekst zostałby oddany słowo w słowo, zmieniłaby się liczba przypisów?

Niekoniecznie. Wracając do przykładu z Medeą: w tekście przetłumaczonym jest ona wymieniona z imienia, ale na dole znajduje się przypis, że w oryginale była „Fazyjką”, od rzeki Fasis płynącej przez Kolchidę, skąd pochodziła. W przypadku oddania tekstu słowo w słowo byłoby po prostu na odwrót – w przypisie znajdowałoby się uściślenie, że chodzi o Medeę. Jednak konia z rzędem temu, kto wiedziałby od razu o kogo chodzi!

Kwestia przypisów wywołuje najwięcej konfliktów na linii tłumacz – wydawca. W zeszłym roku wyszło wznowienie i udało mi się przekonać wydawcę, że wiele z umieszczonych w pierwszym wydaniu informacji bez trudu można dziś sprawdzić w internecie.

A jak dużo tłumacza zmieściło się w przekładzie Sztuki kochania?

Kiedy wcześniej przekładałam komedie Plauta, pytano mnie, czy nie boję się rozdawać tekstu na prawo i lewo. Książka nie była jeszcze wydana, a już wystawialiśmy sztukę w teatrze, każdy miał pełen tekst tłumaczenia. Nie obawiałam się, że ktoś może wydać to pod swoim nazwiskiem, bo mnie po prostu widać w tym tłumaczeniu! Żaden tłumacz nie jest w stanie ukryć się na tyle, aby nie było żadnego śladu jego osobowości.

Jakie moje cechy widać w tłumaczeniu? Przede wszystkim pragmatyzm, nastawienie nie tyle na sukces, co na efekt. Jeżeli mam więc pisać tak, aby ktoś odniósł z mojego przekładu korzyść, muszę brać pod uwagę głównie potrzeby odbiorcy. Kiedy zaczynałam tłumaczyć Plauta, założyłam studencki teatr „Sfinga” i mogłam obserwować, co sprawdza się na scenie. Studenci pytali mnie też o rzeczy dla mnie oczywiste, ale dla nich zbyt archaiczne. Wydawało mi się, że takie słowa jak „dyszkant” czy „chabeta” są popularne do dziś, ale tak nie jest! Stąd na przykład w „Żołnierzu samochwale” imię „Chabetia” zostało zmienione na „Szkapinia”.

Wiele się dzięki temu nauczyłam.. We wszystkich podręcznikach napisane jest, że Plaut był niesamowicie śmieszny, ale poprzednie przekłady niekoniecznie to dziś oddają. Nie jest to winą samych tłumaczy, lecz faktu, że nic nie starzeje się tak szybko jak język komedii.

A jak testy kliniczne wyglądały w przypadku Sztuki kochania?

Ciężko było robić to w ten sposób, jak w przypadku Plauta, chociaż w średniowieczu uważano Owidiusza za komediopisarza ze względu na olbrzymią ilość dialogów. Jako iż miało być to zabawne i komunikatywne dla osób spoza kręgu filologów, dawałam fragmenty tłumaczenia przyjaciołom niezwiązanym z klasyką. Prosiłam, aby zaznaczali te miejsca, które są do zrozumienia trudne lub kłopotliwe. Tłumaczę w końcu dla odbiorcy, przecież sama mogłabym sobie poczytać w oryginale. Po raz kolejny na wierzch wychodzi więc pragmatyzm.

Czy przebija się tylko to nastawienie na użyteczność dzieła?

Niewątpliwie w tłumaczeniu widać też moje preferencje lekturowe, upodobania, doświadczenia literackie i czytelnicze… Samo tłumaczenie wierszem i rymami w układzie ABAB zainspirowane zostało Bolesławem Leśmianem, który często posługuje się rymem naprzemiennym. Przy układzie AABB rym za bardzo by się wybijał, a w przypadku naprzemiennym mamy trochę powietrza, gdyż nie ściąga on wiersza jak gorset.

A rym był przecież niezbędny! Sztuka kochania jest poematem dydaktycznym, ale mocno prześmiewczym, satyrycznym wręcz. W przypadku komizmu zaś nic nie podbija puenty tak dobrze jak rym. Wymaga on znacznie większego nakładu pracy, ale daje efekty nieporównywalnie lepsze niż byłyby one w przypadku przekładu prozą.

sztuka kochania owidiusz

W dzisiejszej lekturze Sztuki kochania na pierwszy plan wysuwa się komizm, czy jednak rozrywka intelektualna?

Sam komizm jest przyjemnością intelektualną! Pierwszą radość w dowcipie sprawia nam fakt, że go zrozumieliśmy, dlatego też wiersz opowiedziany w języku obcym będzie śmieszył kilkukrotnie bardziej niż ten sam dowcip opowiedziany po polsku.

Na pewno zależało mi na tym, żeby lektura była lekka, przyjemna i wywołująca uśmiech. Nie chciałam epatować erudycją czy historyczno-mitologicznymi drobiazgami. Są jednak takie miejsca jak katalog kobiet opętanych miłością, gdzie nic się nie dało zrobić z takimi postaciami jak Biblida. Nie ukrywam, że niektóre rzeczy sama musiałam sprawdzać bardzo dokładnie, aby nie popełnić błędu. Tym bardziej, że często to samo imię nosi w mitologii kilka postaci. Gdyby ktoś poprosił mnie o przeczytanie kilku ustępów Owidiusza, pewnych miejsc nie wybrałabym nigdy w życiu, gdyż są dziś zwyczajnie nudne. Choćbym  stanęła na głowie, zwyczajnie nie dałoby się ich przybliżyć czytelnikowi nie znającemu dobrze mitologii. Gdybym robiła wyciąg tak jak Ejsmond, z pewnością nie uwzględniłabym tych fragmentów.

W czasach Owidiusza również mogły one sprawiać problemy?

Epoka augustowska jak żadna inna była epoką poezji. Poezji, w której wszyscy posługiwali się mitologią. Czym innym niż jednym wielkim odwołaniem do mitologii oraz literatury greckiej była bowiem Eneida? Owidiusz był na końcu łańcucha, po Wergiliuszu, Horacym, Propercjuszu, Tibullusie… Pewne rzeczy mogły być bardzo erudycyjne i zmuszać czytelnika do uzupełnienia wiedzy, ale sporo kwestii było oczywistych.

Owidiusz pisze, że winny ucieczki Heleny nie był Parys, lecz Menelaos. Bo kto przy zdrowych zmysłach zostawia piękną młodą żonę z pięknym i młodym gościem, a sam udaje się w podróż? Parys był dżentelmenem, który chciał ogrzać damę, a jedynym winnym jest małżonek. Takie alternatywne pokazywanie mitologii musiało odwoływać się do wiedzy ogólnej, ustalonej. Parodia zakłada przecież powszechną znajomość tego, co jest parodiowane. Mity nie mają wprawdzie wersji jednoznacznej i kanonicznej, ale kiedy Owidiusz pokazuje alternatywną wersję danej historii, miał z pewnością na uwadze powszechność pewnej wersji mitu.

Trudność sprawiać mogą czytelnikowi współczesnemu wyłącznie odwołania mitologiczne?

Nie tylko. Kolejną rzeczą nieprzyjazną czytelnikowi są dziś passusy topograficzne. Dzięki Sztuce kochania możemy odtworzyć ówczesną kulturę materialną Rzymu, ale jest to interesujące tylko dla badaczy kultury i archeologów. Nie bez powodu mówi się, że dzieła Owidiusza czy Marcjalisa są najlepszym źródłem historycznym. Zawierają tyle szczegółowych opisów obyczajowości, strojów, świąt, rytuałów i zwyczajów, że doskonale poznajemy dzięki nim epokę. Ten sam problem mamy na przykład z Arystofanesem – śmieszą nas tylko te fragmenty, które jesteśmy w stanie zrozumieć, ale część aluzji tego twórcy jest dla nas kompletnie nieczytelna!

Niełatwo zrozumieć również te elementy Sztuki kochania, które według pewnych teorii przyczyniły się do wygnania Owidiusza z Rzymu bardziej niż rzekoma nieobyczajność dzieła.

Chodzi tutaj o uszczypliwości względem Oktawiana Augusta. Wiele rzeczy musiałam doczytać, aby te elementy uchwycić. Od wieków powtarza się, że Owidiusz został zesłany do współczesnej Rumunii przez Sztukę kochania. Dzisiaj filologowie popierają jednak tezę, w myśl której prawdziwym powodem wygnania było inne dzieło, Metamorfozy. Miało znajdować się tam wiele uszczypliwości pod adresem Augusta, jak choćby umiejscawianie „złotego wieku” w dalekiej przeszłości, podczas gdy władca lansował jako „złoty wiek” swoje rządy. Sztuka kochania przedstawia to zresztą dokładnie tak samo: czasy są złote, bo gdy nie masz pieniędzy, to nie masz co podchodzić do kobiet. A kiedy nie można podać oficjalnego powodu wygnania, najłatwiej uciec się do kwestii obyczajowych!

A czy coś jeszcze można by Owidiuszowi zarzucić?

Tak! Jest on poetą niezwykle trudnym do przekładu, gdyż bardzo mało u niego waty słownej. Sytuacja wygląda zupełnie jak z Tuwimem – każde słowo jest istotne. U Owidiusza na dobrą sprawę nie ma wyrazu, który można opuścić, więc zmieszczenie się w tłumaczeniu wers do wersu jest niezwykle trudne. Do dziś nie wiem, jak udało mi się to zrobić. Sztuka kochania jest zdecydowanie najtrudniejszym tekstem, jaki tłumaczyłam.

Z perspektywy kilkunastu wydanych książek śmiało mogę powiedzieć, że nic nie wymagało ode mnie tak wytężonej pracy oraz koncentracji jak poemat Owidiusza. Było to wyzwanie trudne, ale zdecydowanie warte podjęcia!


Ewa Skwara – latynista, literaturoznawca, tłumacz. Zajmuje się teatrem antycznym i jego szeroko pojętą recepcją, uwzględniającą także operę i film. Jej pracom badawczym nad komedią rzymską towarzyszą obszernie komentowane przekłady sztuk Plauta i Terencjusza, które z kolei inspirują ją do podejmowania tematyki związanej z teorią przekładu. W kręgu zainteresowań pozostaje także teatr średniowieczny i renesansowy, a poza komedią również inne dzieła posługujące się komizmem jako kategorią estetyczną (parodia, epigram, satyra).


Jeśli spodobał ci się tekst, zapoznaj się także z innymi pogadankami z

 OBGADAJMY POEZJĘ