tworczosc4

Trzydziestominutowa miłość

– Bez przesady, gościu, gdzie z tym petem – irytuję się.

Obrzydliwie niedogolony młodzik zstępuje ze schodka mojego busa, pociąga ostatni raz cygaretkę i wyrzuca ją na trawnik. Tego zachowania już nie komentuję.

Umówmy się, kompletnie nie interesuje mnie kultura osobista kolesia. Widzę go na oczy pierwszy raz i zwróciłem mu uwagę tylko dlatego, że próbował naruszyć dobro pojazdu, w którym spędzam połowę życia. Rozchłestana koszula, ostry zapach perfum zmieszany z jeszcze ostrzejszą wonią pospirytusową, zaś wzrok zamglony i nieobecny – nie pierwszy i nie ostatni typ, który wsiada do okejki tylko po to, aby przejechać przez kilka wiosek i rozpłynąć się w jednej z nich.

On nie byłby dobrym materiałem na reportaż, człowiek stawiany w świetle reflektorów musi być charakterystyczny i ciekawy. Powierzchowne spojrzenie mogłoby wprawdzie objąć postać chłystka i docenić dandysowaty wygląd, kołnierz jego koszuli podręcznikowo macający się z kilkudniowym zarostem, jednak zbyt dobrze poznałem sobotnich pasażerów, aby dać się nabrać na pierwszowrażeniowe złudzenie.

Znacznie bardziej interesowałaby mnie i potencjalnych widzów kobieta, która wsiada do busika w dni robocze, zawsze pojawiając się na dziesięć minut przed odjazdem kursu startującego dokładnie o godzinie piętnastej.

Muszę im przygotować ten test, mówi do telefonu. Jutro prezentacja i powtórzenie, wieczór będę miała wolny, kąciki ust rozpływają się w powściągliwym uśmiechu, może nawet podświadomym i mimowolnym.

Dużo więcej tematów nie przewija się w jej kilkuminutowych rozmowach, pozostały czas podróży z miasta do miasta spędza na czytaniu książki lub wpatrywaniu się w okno. Kilkukrotnie widziałem w jej drobnych, ozdobionych równie maleńkimi kolczykami uszach słuchawki, jednak muzyka najwyraźniej nie sprawia jej przyjemności, od ponad pół roku drobne kabelki nie wystawały spod delikatnych sweterków i jasnych paltocików.

Gładkiej, młodziutkiej jeszcze twarzy nie traktuje z nienawiścią, nie oblepia jej na co dzień grubymi warstwami makijażu. Te pojawiają się tylko od czasu do czasu, zabawnie kontrastując z nadal delikatną, niemal niedostrzegalną szminką, o której używaniu nie wiedziałbym, gdyby przed wjazdem do swojego miasta nie wyciągała z torebki krótkiej pomadki i nie przeciągała nią dyskretnie po wargach. W ruchu tym nie ma nic z prób skupienia na sobie atencji, nie próbuje być zmysłowa, jak to czynią zazwyczaj starsze od niej o dziesięć lat mężatki, balansujące niebezpiecznie na linii, która grubą krechą oddziela kobiety próbujące odnaleźć się w czterdziestce od podstarzałych, skamlących o uwagę desperatek.

Rankami jeździ najczęściej okejką wąsatego Stacha, kierowcy nieporównywalnie mniej spostrzegawczego niż ja.

– Puknąłby taką – zawyrokował pewnego dnia, odpalając papierosa i obserwując spokojne kroki nauczycielki, która skorzystała z kilku pozostałych do odjazdu minut, aby przejść się do pobliskiego Empiku.

– Puknąłby – zgodziłem się, obserwując błyskawiczny ubytek żaru.

– Ma pewnie jakiegoś faceta.

– Za młoda dla ciebie. Za mądra. Zbyt wymuskana. I fakt, ma męża.

Popatrzył na mnie przeciągle, otworzył usta, ale po chwili zamknął je i wyrzucił na chodnik kiepa.

– Gość ma farta – stwierdził tylko rzecz oczywistą.

Nie wiem właściwie, czy jest jej mężem. Równie dobrze może być narzeczonym lub chłopakiem, ale związek należy z pewnością do tych długich i stabilnych. Niewysoki mężczyzna odbiera ją z przystanku kilka razy w tygodniu od czasu, gdy zaczęła jeździć moją okejką regularnie, tak więc od ponad dwóch lat.

Teraz musi cieszyć się z nim wolnym weekendem, podczas gdy mi pozostawiona została podróż z pasażerami znacznie mniej estetycznymi. Już pięć minut przed odjazdem listę przewożonych osób można uznać za zamkniętą. Rzadko wskakuje ktoś do busa w ostatniej chwili, ludzi zmuszonych do podróży tym środkiem transportu przeszkoliliśmy solidnie kapryśnym wyruszaniem o porze niekoniecznie zgodnej z rozkładem jazdy. Dzięki temu pasażerowie wykraczają poza punktualność, miejsca zajmując na długo przed czasem.

Bambaryła, która w chwilę po zajechaniu busika do zatoczki wepchała się do niego z wypchaną po brzegi torbą podróżną, wyjęła właśnie z płaszcza kanapkę. Niepełnoletni chłopaczek, z początku pobudzony i wykręcający ciekawską głowę niczym sowa, teraz korzysta z wolnej przestrzeni i spogląda w ekran postawionego na fotelu obok laptopa. Jego rówieśniczka, skryta w ostatnim rzędzie, nie wpatruje się w nic, sama unikając spojrzeń. Jedynie  niekulturalny chłystek powinien być chłystkiem wioskowym, całą resztę wpisać mogę w poczet stworzeń małomiasteczkowych, zmierzających wprost do punktu docelowego mojego busika. Trzydziestominutowy kurs zebrał niewielu podróżnych. Późnoporanny sobotni przejazd nie przekracza zazwyczaj bariery opłacalności.

Każdej z siedzących za mną osób poświęcić mógłbym sporo czasu, lecz nie wydają się tego warci. Swoich pasażerów traktuję bowiem jako materiał na hipotetyczny reportaż, a do tego najlepiej nadają się mieszkańcy wiosek położonych daleko od trasy przejazdu, ludzie, którzy do busa relacji Olsztyn-Dobre Miasto dotrzeć muszą przez pola i lasy. Sterani okrutnymi chorobami i ciężką pracą, cierpiący na deformujące ciało schorzenia, mający problemy z higieną osobistą, nadużywający alkoholu – to widok powodujący w ludziach nieprzyzwyczajonych wewnętrzne rozedrganie, może nawet i obrzydzenie.

Właśnie dla nich z uwagą przysłuchuję się wszystkim audycjom radiowym, szukam kolejnych słów, którymi mógłbym urealnić stopień warmińsko-mazurskich aberracji. Gdybym tylko obdarzony był radiowym głosem lub telewizyjną urodą, z pewnością stałbym się kimś w rodzaju Krystyny Jaworowicz czy Michała Olszańskiego. Byłbym osobą, która wyciąga na prostą tych wszystkich ludzi, którzy zostali utopieni w prowincjonalnych schematach przez chłoniaka zmian ustrojowo-rynkowych, do dziś toczącego nieprzystosowane jednostki.

Nauczycielka jest od nich inna, przypomina mi nieco bohaterki tych lektur, którymi w formie filmowej męczyła nas w samochodówce stara polonistka w wieku mocno przedemerytalnym, straciwszy wszelką nadzieję na to, że którykolwiek spośród nastoletnich wielbicieli naprawiania silników oraz wymiany oleju będzie w stanie przedrzeć się przez więcej niż kilka kartek zadrukowanych czarnawym gównem.

Wszystkie męczenniczki i siłaczki, na ekranie odgrywane przez aktorki wiotkie i eteryczne jak moja pasażerka, traciły życia dla ludzi tak od nich odmiennych. Ona realizuje swoją misję pedagogiczną na opak, dojeżdżając z małego miasteczka do miasta znacznie większego. Praca nauczyciela nie jest już ciężką katorgą i dobrowolnie branym na ramiona krzyżem, to po prostu zawód, profesja jak każda inna. Prowincja preceptorów nie potrzebuje, co więcej, wydaje ich w nadmiarze i zmusza do migracji, niekiedy stałej, a w nieco fortunniejszych przypadkach tylko codziennej. Los szczęśliwszy stał się udziałem nauczycielki, lecz nawet mimo tak olbrzymiej dawki życiowego farta pasażerka wydaje się być osobą smutnawą, jak określiliby ją w mądrzejszych słowach – melancholijną. Szczęście maluje się w jej oczach i na jej twarzy tylko wtedy, gdy przychodzi na kurs wieczorny, nie zaś popołudniowy, obładowana torbami z Zary i Wranglera.

Z początku wyobrażałem sobie ją jako ofiarę przemocy domowej, przywiązaną do oprawcy niewidzialnymi więzami syndromu sztokholmskiego. Mój reportaż ukazałby dramat zaklętego kręgu, kursów między pracą a powrotem do zazdrośnie strzegącego jej nadzorcy-niekochanka, jednak bardzo szybko zdałem sobie sprawę, jak głupie są te nadzieje. Teraz myślę, że nauczycielka jest raczej księżniczką zaklętą w figurę prekariuszki, mogącej pozwolić sobie na królewską uciechę konsumpcji niezwykle rzadko, na co dzień zajętą podliczaniem rachunków oraz planowaniem jak najekonomiczniejszego jadłospisu na następny dzień.

Brakuje jej po prostu beztroski, w żadnym wypadku nie zapewnianej przez skromną pensję nauczyciela, a życie pozbawione zmartwień jest właśnie tym, co należałoby kobiecie tak cudownej zapewnić. Moim obowiązkiem powinno być sprawianie, aby szczęście pojawiało się na jej twarzy znacznie częściej niż raz na kilka tygodni. I właśnie o takiej księżniczce chciałbym opowiedzieć w prime time, właśnie na nią skierowałbym oczy całego kraju siedzącego przed telewizorami. Metamorfoza w piękną i radosną kobietę, która wsiada do mojego pojazdu i już nigdy więcej nie musi przyoblekać się w kir rozczarowania monotonią egzystencji, skromnością niewystawnego życia.

Spragnionej splendoru publice trzeba opowiadać właśnie takie historie. Niestety, jestem tylko kierowcą busa, nie mogę więc rzucić na jej piękną, smutną twarz świateł reflektorów, nie mogę zaproponować nauczycielce ucieczki w świat pełen przepychu. Nigdy nie zajadę przed jej dom w błyszczącej diamentami karocy, nigdy nie nasunę na arystokratyczne stópki idealnie pasującego pantofelka, ona zaś już zawsze stawiała będzie ciężkie kroki w drodze do jednej z olsztyńskich szkół.

Zgodnie z przewidywaniami niedogolony chłystek wysiada na ostatnim przystanku przed Dobrym Miastem, nieoczekiwany przez nikogo, podróż przepędziwszy na kiwanym wpatrywaniu się w szybę. Do punktu docelowego docierają ze mną tylko trzy osoby. Nie wyróżniają się kompletnie niczym, kurtki utrzymane w szarych i ciemnych kolorach mówią wiele o ich życiach. Bambaryła, nielat i nielatka szykują się do opuszczenia pojazdu, doprowadzając do porządku odcienie bylejakości popakowane bezładnie do toreb, plecaków i bagaży.

Docieramy przed czasem. Po drodze nie zaliczyłem przystanków. O tej porze ruch jest minimalny. Mimo to wjeżdżam do miasta z dużą prędkością. Kwestia przyzwyczajenia. Z prawej strony uciekają fabryki i stacje benzynowe. Z lewej strony miga cmentarz i stadion. Do przejścia dla pieszych zbliżają się ludzie.

Czy powinienem się zatrzymać? Czy tego właśnie chcieliby widzowie?

Wśród przechodniów rozpoznaję nauczycielkę, wtuloną w swojego żenicha, wpatrującą się w niego tak, jak żadna kobieta nie spogląda nigdy na kierowcę busa.