jeżyk

Jeżyk

Z każdą minutą do skąpego skrawka przyulicznej zieleni zbliżały się coraz to kolejne osoby, podchodzące najczęściej samotnie, choć można było wyróżnić wśród gapiów mimozowatą parkę oraz niezwykle milczkowatą grupkę młodych ludzi. Ruch na ulicach powoli zamierał, a i chodniki opanowane zostały przez duszność majowego wieczoru, mimo iż w okolicy kręciło się jeszcze sporo przechodniów, w większości studentów. Nawet oni nie zdobywali się jednak na przełamanie marazmu wywołanego przez parną atmosferę, oznaki żywotności ograniczając do tęsknych spojrzeń w kierunku tablicy odjazdów pobliskiego przystanku.

Może dlatego już pierwsze symptomy ruchliwości wywołały tak olbrzymie zainteresowanie?

Przy pasku trawy zielonkawej dość powściągliwie, choć przecież jeszcze nie wyschłej, zrazu zatrzymywali się tylko pojedynczy przechodnie. To właśnie ich reakcje zachęciły do ruszenia się spod wiaty kolejne fale gapiów. O ile nie wykazywałyby się odpowiednią sugestywnością podniesione głosy czy piski zachwytu, uprozaicznione w okolicy zaentuzjazmowanej rozbłyskami białych, billboardowych zębów, swoje zrobiły wycelowane w skrawek zieleni telefony komórkowe, stanowiące dowód wystarczający – warto było stać się częścią rosnącego zgromadzenia.

Napięcie bardzo szybko zaczęło opadać. Smartfony wibrowały już od powiadomień o pierwszych lajkach, niecyfrowemu śmieszkowi skończyły się zabawne komentarze, niektórzy zdecydowali się nawet pocwałować w kierunku przystankowej wiaty, by zająć miejsca strategiczne – siedzące.

Nagle wśród pozostałych gapiów rozległ się szmer, a zaciekawieni dezerterzy poczęli wracać na zajmowane wcześniej pozycje lub rzucać w stronę trawnika zaciekawione spojrzenia. Do rąk natychmiast powróciły komórki, tym razem ustawione w tryb video. Przyciągający uwagę tak wielu ludzi jeżyk, ruchliwa i kuleczkowata masa kolców, szybko opuścił zieloną strefę komfortu i wychynął na ulicę. Kilkoro ludzi zaśmiało się, ale egzaltowana studentka rozwiała atmosferę rozprężenia, wywołaną spotkaniem bandy mieszczuchów z namiastką dzikiej natury, wskazując palcem na powarkujące silnikami samochody, ustawione przy sygnalizacji świetlnej jak na linii startu.

Czas rozprężył się jeszcze wyraźniej, duszna atmosfera zagęściła się, a tłum po prostu zamarł. Jeżyk przyspieszył, jakby szosa, przypalana od kilku godzin naciskiem opon oraz promieniami słońca, wyłożona była nie asfaltem, lecz rozżarzonymi węgielkami. Jasne stało się jednak dla wszystkich, że dojść do drugiego skraju ulicy nie zdąży, choćby nawet zaczął drobić niewidocznymi nóżkami prędzej niż kiedykolwiek w swoim życiu.

Wtem spośród tłumu wyskoczyła na ulicę postać najbardziej niepozorna – średniego wzrostu młodzieniec, niekoniecznie nawet dwudziestoletni. Policzki, czoło oraz ścięte na jeżyka włosy perliły się potem, gdy kilkoma susami dościgał zwierzątko. Zdjęta na prędce koszulka pozwoliła na szybkie zebranie go sprzed masek przyhamowujących dopiero teraz samochodów, zaś kolejne pospieszne kroki pozwoliły śmiałkowi na powrót do bloków startowych.

Oklaski, klepnięcie w mokre ramię, przeciągłe spojrzenie zaskoczonej przypływem uczuć szatynki. Mimo odnotowania tak wielu przejawów podziwu, do uśmiechu oraz dumnego wyprostowania pleców zachęciło bohatera chwili dokładniejsze zlustrowanie tłumu. Swoboda w ruchach oraz gestach drobniutkiego blondynka narodziła się dopiero wtedy, gdy zdał sobie sprawę, iż jako jedyny potrafi zrozumieć ironię sytuacji. Nikt z gapiów nie wiedział bowiem, że  jest nielekko jebnięty.

Zwierzątko nie miało trafić ani do najbliższego parku, ani do lecznicy weterynaryjnej. Chłopaczek zamierzał jeżyka upiec i zjeść.