artym

Spotkania literackie bez spiny – wywiad z Justyną Artym

Egalitaryzm, dobra zabawa oraz integracja środowiska literackiego – tak wyglądają idealne spotkania literackie w wizji współorganizatorki cyklów imprez Olsztyński Literacki Miesięcznik Mówiony oraz Półkowniczki. Justyna Artym opowiada, czemu warto pójść w jej ślady.

Skąd wzięła się potrzeba na luźne „comiesięczne tematyczne spotkania literackie organizowane przez Hannę Brakoniecką* i Justynę Artym*”?

Jest dużo konkursów poetyckich i slamów, więc nie widziałyśmy sensu w powtarzaniu się czy tworzeniu konkurencji. Nie szukałyśmy jednak nowej formuły na imprezę literacką, przeciwnie, Miesięcznik zrodził się w naturalny sposób ze wspólnego czytania. Hania prosiła czasami, abym śpiewała na jej wieczorach autorskich. Pewnego razu zaproponowała także, abym oprócz piosenek zaprezentowała parę swoich tekstów. Wyszło bardzo pozytywnie i postanowiłyśmy zrobić kolejne spotkanie tego typu, a do czytania zaprosić jeszcze kliku znajomych pisarzy olsztyńskich. Sukces przedsięwzięcia sprawił, że następne spotkanie zrobiłyśmy już na bogato, z dużą promocją i udziałem uznanych twórców. Przyszło sporo osób, były nawet relacje w telewizji i radiu.

Jakie były główne założenia Miesięcznika?

W pierwszej formule były to spotkania organizowane co miesiąc z różnymi tematami przewodnimi. Pod nie dopasowywana była lokalizacja i muzyka. W doborze autorów chodziło przede wszystkim o współpracę i jednoczenie środowiska. Chciałyśmy pokazać przekrój tego, co dzieje się na olsztyńskiej scenie literackiej. Pojawiały się osoby z kręgów slamowych i debiutanci, a z drugiej strony twórcy starsi i już uznani. Wszyscy występowali na równym poziomie.

Zazwyczaj pisarze są osobami egotycznymi i pojedynkują się lub organizują wieczory, na których są głównymi gwiazdami i zbierają całą chwałę, inaczej niż muzycy, którzy potrafią czerpać radość ze wspólnego grania. Chciałyśmy zaproponować autorom możliwość spotkania oraz posłuchania, co inni mają do powiedzenia na ten sam temat, coś w rodzaju literackiego jam session.

Jak wychodziło to w praktyce?

Dzięki różnorodności bodźców z pewnością nie było nudno. Teksty przeplatane były dobrą muzyką, przez jakiś czas w trakcie spotkań Ewa Letki rysowała karykatury występujących, więc nasz Miesięcznik miał nawet ilustracje. Całość trzymała się w kupie dzięki żelaznym zasadom: każdy prezentuje tylko jeden wiersz czy krótki utwór prozatorski związany z tematem numeru.

Dużo osób było zachwyconych odmiennością naszych spotkań. Bardzo wspierał nas np. Mariusz Sieniewicz, który chwalił oddolność naszej inicjatywy. Wielu twórców doceniało możliwość cyklicznej prezentacji lokalnej literatury. Bardzo przeżywały spotkania osoby mające u nas swój debiut publiczny. Niektórzy wydali już od tego czasu swoje pierwsze tomiki!

Oczywiście nie wszystkim przypadło to do gustu. Niektórzy nie chcieli stawać na jednej scenie z amatorami, po kilku spotkaniach zaczęli się wycofywać. Uważali, że osoby bez dorobku nie powinny występować na scenie z uznanymi pisarzami.

Pierwsze spotkania cieszyły się sporą frekwencją.

Wzięłam się mocno do roboty promocyjnej. Dzięki rozsyłaniu informacji do prasy i mediów pojawiała się na spotkaniu lokalna telewizja oraz dwie stacje radiowe. Ruszyłyśmy z promocją w internecie, wieszałam plakaty na mieście, roznosiłam je po lokalach i instytucjach. Pomógł też fakt, że pierwsze duże spotkanie zorganizowałyśmy latem, na zewnątrz. Pojawiło się kilkadziesiąt osób. To dużo jak na miasto takie jak Olsztyn. Sukcesy frekwencyjne były zasługą nie tylko akcji informacyjnej, ale również samych uczestników. Każdy występujący ma jakiś krąg słuchaczy, więc publika była zróżnicowana.

Czego brakowało wam w dotychczasowych spotkaniach literackich?

Bywają nudne i organizowane według jednego schematu. My starałyśmy się to urozmaicić. Chodziło nam o to, żeby spotkania były różnorodne, z udziałem występujących i starszych, i młodszych, żeby przyciągnąć publikę i typowo slamową, i tradycyjną. Bardzo ciekawym pomysłem są też zmiany lokalizacji.

To nasze najważniejsze wyróżniki, wpływające na dynamikę spotkań. Istotna jest również oddolność i niezależność naszej inicjatywy. Nic nie musimy, nie wiąże nas żadna umowa projektowa czy zobowiązania wobec instytucji. Robimy to, co chcemy, z ludźmi, z którymi się dogadamy.

Niezależność ma swoje wady?

Możemy zaprosić kogokolwiek i prezentować właściwie wszystko, jednak formuła, którą narzuciłyśmy sobie w koncepcyjnym amoku, przysparza nam też wiele pracy. Każdego miesiąca zebranie dziesięciu tekstów na konkretny temat, wynajęcie sali, zaklepanie muzyka i zgranie terminów, a to wszystko bez grosza dofinansowania… Praca non stop, przez co w pewnym momencie musiałyśmy zdecydować się na wyhamowanie i wprowadzenie Miesięczników monograficznych, poświęconych jednemu twórcy.

Jednym z luksusów niezależnego trybu działania jest także fakt, że możemy pozwolić sobie na spontaniczność. Lubię działania elastyczne, a jeśli nie bierzemy udziału w żadnym oficjalnym projekcie, to nie musimy dostosowywać się do harmonogramów. Kiedy ludzie chcą spotykać się częściej, spotykamy się częściej.

olsztyński literacki miesięcznik mówiony

Przez zmianę formuły zmniejszyło się audytorium i zmieniła atmosfera?

Spotkania stają się bardziej kameralne, przez co mamy większą przestrzeń na rozmowę i wracamy do tego, z czego Miesięcznik się zrodził – potrzeby spotkania i porozmawiania. Gdy nie ma olbrzymiej widowni, ludzie chętniej zadają pytania i wchodzą z twórcą w dyskusję. Wielu osobom brakuje jednak większych spotkań i pod koniec stycznia planujemy do nich wrócić. 25 stycznia odbędzie się w formule Miesięcznika prezentacja członków Olsztyńskiego Klubu Literackiego. Mi też tego brakowało!

Jakie różnice widzisz między spotkaniami luźnymi, a tymi nastawionymi na rywalizację?

Sama lubię chadzać na spotkania połączone z rywalizacją, moja działalność zaczęła się zresztą od zwycięstwa na Rzeźni Literackiej. Takie konkretne potwierdzenie dało mi dużego kopa i zachęciło do działania. Oglądam też bitwy freestyle’owe, bo spotkania tego typu dają więcej emocji, ludzie słuchają inaczej, uważniej, żeby oceniać. Ma to jednak również ciemniejsze strony, napięcie często przeradza się w negatywne emocje, tworzą się teorie spiskowe o ustawionych konkursach albo nieskończone rozkminy, komu tak naprawdę należało się zwycięstwo.

Spotkania luźne i nastawione na prezentację też są potrzebne, a jest ich znacznie mniej. Mamy dużo konkursów i rywalizacji, ale warto zaproponować też trochę współpracy i zwykłego dzielenia się tym, co się robi. Zawsze imponowało to mi w środowisku muzycznym – artyści potrafiący razem muzykować po prostu dla dobrej zabawy, zgrywać się ze sobą, często nawet się wcześniej nie znając. Nasze początki właśnie tak wyglądały: ludzie spotykali się, czytali swoje teksty, rozmawiali o nich i po prostu było fajnie.

Z Miesięcznika wyrosły też „Półkowniczki”, czyli spotkania wyłącznie kobiece.

Tam formuła egalitarna jest jeszcze pełniejsza. Przychodzi kameralne grono kobiet, czytamy teksty na określony temat, bez potrzeby udowadniania, kto jest lepszy. Piszę, śpiewam, maluję, myślę, przeżywam, więc chcę się tym z wami podzielić – taka jest główna zasada. W świecie jest wystarczająco dużo walki i rywalizacji. Cały czas musimy udowadniać swoje prawo do działania i istnienia, a dobrze jest dla zaczerpnięcia oddechu spotkać się czasami bez wartościowania.

Jak standardowo wygląda takie spotkanie?

Spotykamy się na zmianę w dwóch miejscach: Pracowni Papapilo Tamary Bołdak-Janowskiej oraz księgarni dla dzieci „Za rogiem”. Właścicielki obu miejsc są w naszym gronie i dzięki temu zyskałyśmy dwa miejsca całkowicie dla nas. Przynosimy wino, ciasteczka, opowiadamy o sobie, czytamy teksty oraz dyskutujemy na ich temat. Nie ma żadnego przymusu, niektóre dziewczyny chcą tylko posiedzieć i posłuchać. Z jednej strony każda z nas wnosi coś innego i nawzajem się inspirujemy, a z drugiej wszystkie mamy coś wspólnego – myślimy i pracujemy nad sobą, patrzymy podobnie na wiele spraw. Spotkania te trwają przeważnie 3-4 godziny i to jest to, o co nam chodziło – możliwość naładowania akumulatorów i twórczej wymiany kobiecej energii.

Z czego wynika sukces tego drugiego projektu?

Nie jestem mocno genderowo stereotypowa i robię dużo czynności tradycyjnie zarezerwowanych dla mężczyzn, mam niektóre cechy uznane za męskie, ale jednak uważam, że kobiety mają lepsze predyspozycje do współpracy, komunikacji i dialogu. Nastawione są bardziej na relację niż rywalizację, potrafią otworzyć się i opowiedzieć o sobie oraz swoim tekście. W tych spotkaniach podoba mi się atmosfera totalnego luzu, otwartości, ciekawości drugiego człowieka. Dzięki tej formule poznałam mnóstwo interesujących i wartościowych kobiet. Zastanawiam się, czy udałoby się stworzyć taką atmosferę na spotkaniach obupłciowych.

Formuła „miesięcznikowa” miałaby szansę przyjąć się w innym środowisku niż wasze?

Gdybym coś takiego jak Miesięcznik starała się rozkręcić w Warszawie, prawdopodobnie nie udałoby mi się namówić do darmowego występu najlepszych pisarzy i muzyków z tego miasta ani też znaleźć lokalu, który ugości nas za darmo. Problemem byłby również przesyt imprez kulturalnych. Łatwiej jest w mieście, w którym mało się dzieje i nie ma problemu z dotarciem do najlepszych lokalnych pisarzy.

Istotna jest również chęć do działania. Nam się po prostu chciało. Jeśli chodzi o formułę Półkowniczek, to podobne spotkania dałoby się zorganizować w każdym miejscu. Ze względu na swój charakter i tak muszą być kameralne, a prawdziwe spotkania i rozmowy, w dobie, kiedy nie mamy czasu często nawet dla najbliższych, są bardzo potrzebne. Spotkania literackie, na których dzielimy się tym, co robimy, to doskonałe miejsce do kontaktu między ludźmi, wykroczenie poza lajka na facebooku.

A jakie są efekty waszych spotkań?

Zauważyłam wzrost lokalnych inicjatyw w takiej właśnie formule, czyli prezentacji kilku autorów bez współzawodnictwa i konkurencji. Dla wielu osób Miesięcznik stał się początkiem pracy nad sobą i swoją twórczością. Zawiązały się cenne znajomości.

Organizacja Miesięcznika pokazała też, że ludzie są otwarci i chętni do bezinteresownej współpracy. Przez trzy lata działalności tylko raz spotkałam się z odmową udostępnienia sali! Okazało się również, że mnóstwo ludzi chce się spotykać i dzielić swoją twórczością oraz przemyśleniami. To ważne, dla mnie i dla wszystkich.


Justyna Artym – współzałożycielka i redaktorka Olsztyńskiego Literackiego Miesięcznika Mówionego oraz grupy Półkowniczki, organizatorka i prowadząca spotkania autorskie, laureatka i jurorka Rzeźni Literackich, publikuje w „VariArcie”.

Hanna Brakoniecka – autorka krótkich form literackich, adaptacji, monodramów; rysowniczka i blogerka. Swoje małe prozy prezentuje na licznych spotkaniach przy akompaniamencie muzyków i pieśniarzy. Współzałożycielka wraz pisarką Justyną Artym „Olsztyńskiego Literackiego Miesięcznika Mówionego”. W 2009 roku opublikowała w wydawnictwie „Borussia” wraz z mężem Kazimierzem satyryczną książkę Kabra-Habra, w 2013 zbiór nowel „Wjechał we mnie tramwaj, czyli 77 opowieści o miłości” zaś w 2015 kolejną książkę „Głowa na piecu, czyli 77 opowieści o dzieciach”.


Jeśli spodobał ci się tekst, zapoznaj się także z innymi pogadankami z

 OBGADAJMY POEZJĘ