natalia malek

Natalia Malek – wywiad

Bohaterowie rozgrywają sposób myślenia, z którym chcę wejść w dialog, polemikę. Czytelnik ma do tego takie samo prawo jak ja, więc niech to robi. Nie jestem osobą strachliwą, aby o wynik tych dialogów się obawiać – deklaruje Natalia Malek, poetka, kuratorka wydarzeń literackich, feministka.

Czy mogłabyś przedstawić się czytelnikom?

Nazywam się Natalia Malek, jestem autorką trzech książek poetyckich, kuratorką wydarzeń literackich, feministką. To biogram literacki. Pełniejszy uwzględniłby szereg mniej gładkich spraw. Piszę od dziesięciu lat, debiutowałam w 2010 roku Pracowitymi popołudniami.

Tempo wydawania książek raz na trzy-cztery lata jest w twoim przypadku wymuszone działaniami pozaliterackimi czy sama je sobie narzucasz?

Nie miałam okazji przetestować innego tempa, bo oprócz życia artystycznego istnieje także życie ogólne, a raczej szczególne – rodzinne, zawodowe, społeczne. Tempo, w jakim wydaję, jest jedynym, jakie znam. Pokazuje tempo mojego myślenia i to, ile czasu potrzebuję, żeby zebrać nowy materiał.

Pod tym względem jestem szczęściarą. Miałam wydawców, którzy nie kazali mi czekać z wydaniem książki ani nie popędzali, żebym już coś wysłała. Beata Gula, która od początku mecenatuje moim książkom i bez której nie tylko mnie, lecz także sporej grupie autorów, głównie eksperymentalnych i „dzikich” w obsłudze, byłoby nieporównanie ciężej w życiu, czuwa nad tak zwanym właściwym czasem dla kolejnych przedsięwzięć Staromiejskiego Domu Kultury w Warszawie. Zaś Mariusz Grzebalski, który zgodził się współwydawać Kord w serii WBPiCAK, miał na tyle dużo cierpliwości, żeby poczekać na mnie, mimo przeciągającej się pracy redakcyjnej.

Wspominałaś, że wybrałaś studia z myślą o twórczości literackiej. Czy były to studia polonistyczne?

Nie, była to warszawska anglistyka, która w tamtym czasie obfitowała w świetne poetyckie nazwiska i miała pod tym względem długą tradycję. Wiedziałam, z kim konkretnie chcę pracować i co chcę robić. Jak większość planów, także te z czasem musiały ulec modyfikacji.

Najważniejsze było doświadczenie innej tradycji literackiej – anglosaskiej, a raczej amerykańskiej, którą wcześniej znałam tylko z tłumaczeń, głównie Piotra Sommera, oraz rozproszonych publikacji. Chciałam poznać ją również od strony praktycznej, poprzez kontakt z tłumaczami oraz samymi tekstami. To się udało.

Wpływ tej tradycji objawia się u ciebie na poziomie technicznym czy merytorycznym?

Ciężko rozgraniczać pomiędzy wpływem „duchowym” a technicznym. Mogę ci wymienić kilkoro artystów, których podpatrywałam, z którymi i za którymi jeździłam, czasem odwiedzając ich dawne domy, jak np. Emily Dickinson. To mistrzyni elipsy i bezpardonowego montażu, zderzania słów, przy czym mowa o zderzaniu słów nagich, pozbawionych kontekstów, a raczej targających do krótkiego wiersza konteksty bardzo oddalone. To zderzanie kojarzy mi się z łupaniem kamieni, pewnego rodzaju zapamiętałym rzeźbieniem – prymitywnym, bo wykonywanym bez dodatkowych narzędzi.

Duży wpływ wywarła na mnie obiektywistyczna fraza, na przykład wiersze Charlesa Reznikoffa. Potem wymieniłabym amerykański modernizm, inny niż europejski, bardziej dokumentalny, mniej wielkościowy, któremu patronowałby najpewniej Grant Wood i jego metoda brutalnej dwuznaczności. Potem Emily Bishop, operująca całkowicie odmienną, wstrzemięźliwą poetyką, Jane Bowles i stworzony przez nią korowód swoistości. Potem sztuki, ze szczególnym wskazaniem jednoaktówek. Krótki, męsko-końcówkowy lingwizm, powojenna sztuka konceptualna. Zmierzenie się z pewną prostotą amerykańskiej tradycji było ożywcze, a jednocześnie bardzo wymagające intelektualnie.

Sama próbujesz przemycić coś z tego do literatury polskiej?

Nie sądzę, żebym była w swoim pisaniu na tyle reprezentatywna, aby tego dokonać. Dzieje się to raczej w przestrzeni translatorskiej lub animacyjnej. Poprzez własne pisanie nie da się tego zrobić. Niezależnie od zachwytu innymi językami oraz ich znajomości żyję w Warszawie i nieunikniony jest przesiew docierających tu bodźców przez moją polskość.

W przypadku twojej poezji „przesiew przez polskość” odbywa się spontanicznie, poprzez zapis emocji, czy kierujesz się konkretnym zamysłem, programem?

Wydaje mi się, że w tekstach nie jestem przesadnie ekspresyjna. Z drugiej strony każdą książkę piszę inaczej, mam ich tylko dwie, jeśli debiut uznamy – a prosiłabym, żeby go takim uznać – za część procesu dojrzewania. Wszystkie generalizacje będą przedwczesne.

Oba zbiory są zbudowane na pewnym rdzeniu konceptualnym, choć poszczególne wiersze mogą nie mieć ze sobą wiele wspólnego. Nie jestem autorką „tematu”, nie umiałabym na trzydzieści sposobów rozpisać jednego problemu czy pytania. Albo wydałoby mi się to nudne. Dotychczasowe książki były także pomyślane jako współpraca artystyczna na linii słowo-obraz. Ważna była ich materialność, wpływała na odbiór słów. Same słowa wymagały przestrzeni, wakatów, światła. Tu się cofamy do tych metafor, jakich użyłam wcześniej, rzeźby. Szaber zrobiłyśmy z ilustratorką Joanną Grochocką, zaś Kord z fotografką Anną Grzelewską.

Wybór lakonicznych nazw nie był, jak podejrzewam, przypadkowy.

Szaber był dla mnie figurą dwuznacznego przekroczenia: trudnej do odczucia, ale nieusuwalnej, wpisanej w codzienność przemocy. Skonstruowanie tej figury opierało się o dwa sensy słowa. Szaber może oznaczać kradzież owoców, błahostkę, przywilej młodości. Jednak może też być aktem agresji totalnej, wymazania czyjejś obecności – kiedy mówimy o grabieży wojennej, w Polsce głównie o grabieży mienia żydowskiego. Zestawiłam przekroczenie błahe z punktu widzenia praktyki, bo w prawie widziane na równi z innymi, z przejęciem totalnym, na dodatek motywowanym względami praktycznymi, gdzie relacja prawo-praktyka wydaje się odwrócona. Tamta książka opowiadała o manipulowaniu skalą, przewinieniu – drobnym i wielkim, o powiązanych z tym niejednoznacznościami.

W przypadku Kordu też chodzi o dwuznaczność. Kord oznacza nóż, ale i serce.

Oprócz tych sensów jest jeszcze co najmniej kilka innych. Dla mnie najważniejszym było włókno. To podstawowa jednostka powiązania, istniejąca nawet w atomach. Pojedyncze włókno jest kruche, ale podstawowe powiązania bywają najtrwalsze. I o ile w poprzedniej książce manipulowałam skalą, tak tu bawię się kruchością. Potem dochodzi traktowanie wiązań metaforycznie, i w kontekście relacji międzyludzkich, i relacji podróżnych. Ostatecznie nie uciekam jednak od rozbieżności. Staram się budować teksty tak, aby pozwalały na ambiwalencję, a przeciwstawne siły oddziaływały też na siebie.

Masz na temat tych połączeń kompleksową teorię, biorącą pod uwagę kilka czynników, ale czytelnik stworzy własną wersję tego tomu, niekoniecznie tak pełną. Nie przeszkadza ci to jako autorce?

To naturalna część interpretacji i absolutnie nie chciałabym czytać za kogoś własnych tekstów. Sama też jestem czytelniczką wielu utworów i lubię dostawać je na własny użytek. Do innego niż moje rozumienia np. humoru doszli recenzenci Szabru, dopatrując się w tomie surrealizmu. Chodziło o specyficzny rodzaj humoru, który nazwali w ten sposób.

W zagadkach interpretacyjnych nie ułatwia w przypadku Kordu rzesza różnorodnych postaci, wśród których ciężko rozgraniczyć twój głos od głosu potencjalnie komuś udzielanego.

Tak – i wolałabym to zachować. Liczne postacie służą między innymi temu, by nie pozostawać przy jednym wniosku, być w ruchu, w pewnej niewygodzie. Pozwalają wprowadzać historie, z którymi niekoniecznie się identyfikuję. Bohaterowie rozgrywają sposób myślenia, z którym chcę wejść w dialog, polemikę. Czytelnik ma do tego takie samo prawo jak ja, więc niech to robi. Nie jestem osobą strachliwą, aby o wynik tych dialogów się obawiać.

Oddanie głosu tak olbrzymiej liczbie postaci nie jest codziennością w przypadku współczesnej poezji. To świadome wykraczanie poza dzisiejsze gusta?

Faktycznie nie lubię estetyki silnego głosu, drażni mnie ona. Mój głos i tak będzie w książce słyszalny, głos autorski jest z natury dominujący, nie ma potrzeby podbijania tego efektu.

W przypadku wiersza dostajemy kilka słów i puentę, bez długich opisów właściwych prozie. Nie boisz się, że lakonicznie przedstawiona historia będzie dla czytelnika zwyczajnie zbyt hermetyczna?

To kwestia dociekliwości. Ważne jest zaufanie do mnie jako autorki oraz poczucie, że warto sobie przedstawioną sytuację dopowiedzieć. Nie mogę mieć oczywiście pretensji do kogoś, kto nie będzie chciał się tego podjąć, ale wtedy się nie dogadamy. Jeżeli ktoś woli twórczość szerzej nakreśloną, nie będę dla niego ciekawa. Tak to jest.

Przy tworzeniu książki współpracowałaś z artystkami wizualnymi.

Tak, chciałam pokazać pewną metodę tworzenia sztuki. W pracy poetyckiej jest wiele punktów wspólnych z pracą fotograficzną czy ilustratorską, i nie mówię tu o oklepanej formule wyobraźni jako następujących po sobie obrazów.

Pracując nad książką, myślę strukturalnie, nie tematami. W przypadku Kordu tematy moich wierszy i tematy Ani Grzelewskiej kompletnie się różniły, ale łączyło nas poszukiwanie wieloznaczności, zabawa ze skalą, abstrahowanie, kadrowanie. Jednym z przyjemniejszych aspektów wspólnej pracy jest to, że nie musimy snuć wszystkiego w próżni czy zastanawiać się nad rzeczywistością, siedząc w pokoju, co jest domeną wielu poetów-mężczyzn. Wolimy pokazywać świat na konkretnych przykładach, do tego wizualność się nadaje – robiąc użytek ze szczegółów i przetwarzając je jednocześnie. Podobny efekt chcę znaleźć w poezji.

Kiedy mówisz o myśleniu na temat świata, przypominają mi się te drobniutkie odwołania do bieżących sytuacji, rozsiane w wierszach z Kordu albo nawet wplecione w tytuły.

Cieszę się i potwierdzam – wplatałam, rozsiewałam. Jestem przekonana, że konkretne słowa, czyli odmiany, „kultywary” ogólniejszych pojęć, wywołują lepszy efekt krytyczny niż najdłuższe monologi najbardziej rozżalonych kontestatorów.

A współpraca z fotografem różni się znacząco od współpracy z ilustratorem?

Fotografia spośród wszystkich mediów jest najbardziej dokumentalna, nie pozostawia niedopowiedzeń, oczywiście, jeśli mówimy o fotografii przedstawiającej. Kiedy widzisz zdjęcie krzesła, ciężko dostrzec w nim wieloznaczność. Zmierzenie się z tym było dla mnie najciekawsze, nawet jeśli żartuję trochę z „Krzesła” Josepha Kossutha. Jeżeli można uwieloznacznić zdjęcie dokumentacyjne, tak jak robi to Ania Grzelewska, tym bardziej można zrobić to z poezją.


Natalia Malek (1988) – poetka, kuratorka wydarzeń literackich. Autorka dwóch książek poetyckich pt.: Pracowite popołudnia (2010) i Szaber (2014, nominowany do Nagrody Literackiej Gdynia). Najmłodsza z Solistek z: Antologii poezji kobiet 1989-2009. Wiersze i teksty o sztuce publikowała w ogólnopolskiej i zagranicznej prasie kulturalnej. Od pięciu lat współtworzy cykl feminariów pt. Wspólny Pokój w Staromiejskim Domu Kultury w Warszawie, prowadzi spotkania na temat literatury krajów anglosaskich oraz związków literatury i sztuk wizualnych. Mieszka w Warszawie.


Autorem zdjęcia jest Kazimierz Rajnerowicz.


natalia malek kord

izabela kawczyńska

maciej robert wywiad

maciej robert nautilus